Główny jego bohater był wymuskany, śliczny, wydepilowany, pachnący i umięśniony.
Taki lepszego sortu Mariusz. Ale jednak wciąż Mariusz. Nie muszę chyba
zaznaczać, że TOTALNIE NIE MOJA BAJKA. We śnie jednak była to jak najbardziej moja bajka, wymuskanie Mariusza w niczym
mi nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie, ochoczo zabrałam się do rzeczy, a
istotą naszego obcowania okazało się, czynione z wielkim oddaniem i
przyjemnością, fellatio.
W tym śnie mój stan cywilny nie odbiegał od rzeczywistego (bo to różnie w snach
bywa), więc miałam poczucie, że zdradzam. Było mi jednak przyjemnie, więc
wzorem Scalett O’Hary odłożyłam myślenie o skutkach na bliżej niesprecyzowaną
przyszłość.
Po serii zbliżeń, w których zajęłam bez protestów, a wręcz z pełną afirmacją, pozycję
klęczącą, poszliśmy z panem Mariuszem Lepszego Sortu przejść się po dzielni i zadać szyku. Wyszłam w piżamie, chcąc podzielić się ze światem wesołą nowiną (że oto
spędziłam cały dzień w alkowie z panem po mojej prawicy).
Idąc tak, syfiastymi uliczkami z wielkim potencjałem, natknęłam się na pewną strzykającą
jadem znajomą, będącą ucieleśnieniem świętojebliwości oraz wynikającej zeń
frustracji. I ona do mnie, unosząc wysoko brewki:
- A ty co?
No to ja:
- A ja gówno! PIERDOLĘ SIĘ Z TYM PANEM.
Tymi słowy jej odpowiedziałam.
Nie: wiesz, mam romans. Nie: poznaj mojego
przyjaciela. Nie: Chryste, pod żadnym pozorem nie mów nikomu (że mnie widziałaś
łażącą w piżamie po dzielni za rączkę z wymuskanym Mariuszem Lepszego Sortu).
Nie: słuchaj, umówmy się na kawę, to ci opowiem. Nie nie nie.
Właśnie: PIERDOLĘ SIĘ Z TYM PANEM.
Abstrahując
od interesującego doboru słów, jakimi postanowiłam obwieścić swe ulotne szczęście,
warto zaznaczyć, iż było to wierutne kłamstwo, bo penetracja sensu stricto nie
zaistniała i choć na pewno sprawianie obcemu mężczyźnie przyjemności na
klęczkach z powodzeniem mieści się w definicji nielojalności małżeńskiej, to
jednak PIERDOLENIA w pełnym tego słowa znaczeniu NIE BYŁO.
I tak sobie łaziliśmy, dzień chylił się ku końcowi, aż tu przypomniało mi się,
że zdrada to niejedyny problem z jakim się przyjdzie uporać. Przecież wyszłam z
domu rano nie mówiąc chłopakom dokąd się udaję i jak długo mnie nie będzie.
Przecież JA MAM SYNA. Przecież on może tęsknić, niepokoić się, płakać.
Wtedy targnął mną potężny szloch.
Spojrzałam na Mariusza Lepszego Sortu i mówię doń:
- Ładny jesteś jak z obrazka i w ogóle świetnie się z tobą bawię, jednak musisz
wiedzieć, że nigdy nie wygrasz z moim synem. To ja lecę. Nara.
I poleciałam co sił w nogach do domu, szlochając na całe gardło.
Drzwi otworzył mi K. i miał twarz Niegdysiejszego.
Wuju Zygmuncie, nie pytam dlaczego tak nieelegancko postąpiłam, skąd wziął się
w tej całej historii Niegdysiejszy i dlaczego rolę sumienia odegrała właśnie
Świętojebliwa, a nie ktoś mi bliższy, z czyim zdaniem liczę się bardziej,
jedna rzecz mnie niepokoi (wszak tego
kwiatu jest pół światu) – dlaczego mój kochanek był Mariuszem???
Gustaw przeczołguje.
To znaczy nie on sam w sobie, to dobry chłopak, dam głowę, że nie ma na myśli nic złego.
Niemniej jednak.
Od mniej więcej połowy listopada cierpię na swą zaprzyjaźnioną, możnaby rzec przypisaną memu istnieniu, przypadłość. I wszystko okej, mogę pocić się obficie upuszczając urynę, mogę czuć ten cały tercecik: pieczenie-kłucie-napierdalanie, ale niechże wtedy nie będę w ciąży i niechże nie dotyczą mnie ograniczenia wytłuszczone na ulotkach środków farmakologicznych. Mam już za sobą baterię antybio, niby dozwolonego w dwupaku, ale niesmak pozostał, baterię słynnego ruskiego wynalazku barwiącego mocz na intrygujący oranż i inne uro-specyfiki. Pomagają na chwilę. Biorę, idę, badam, wyniki jakby lepsze, dochtór S. mówi – odstawiamy, nazajutrz cały garnitur tortur z powrotem na tapecie.
W międzyczasie, wypłukawszy resztki magnezu, dostaję serii skurczy kończyn, które budzą mnie kilka razy w nocy i nie odpuszczają dopóki nie spędzę kwadransa kuśtykając po chawirze, ku wielkiej nadziei Ireny, że oto ktoś postanowił dobrodusznie zadbać o jej kocią potrzebę igrzysk. (zejdź mi z drogi, sierściuchu). Rano mam obolałe łydki oraz stopy, a to doprawdy nic, bo skurcze łapią też w dzień, na przykład za kierownicą. To zabawne, jak mocno można wdepnąć gaz, gdy zachodzi potrzeba ulżenia pokurczonemu śródstopiu.
Ale skupmy się na pozytywach.
Byłam wczoraj na balu. No, dobra, nie na balu, tylko urodzinach kumpla, męża przyjaciółki. Ponieważ nie mogłam oddać się karnawałowi w stylu, który preferuję, dużo żarłam i błyskałam cekinami. Normę w spożywaniu substancji procentowych wyrabia ostatnio K., tak więc gdyby wyciągnąć z tego jakąś średnią dla nas dwojga, wyniki są wciąż imponujące i nikt nie zarzuci nam, że uszczuplamy budżet państwa. Wręcz przeciwnie – tankujemy diesla za całe pięć osiemdziesiąt i, nad czym bardzo ubolewam, wszelkie obecne dochody mamy objęte czułym skrzydłem fiskusa. Brzydzi mnie to, gdyż uważam, że naszym oczywistym obywatelskim obowiązkiem jest rżnąć państwo, skoro ono z takim upodobaniem rżnie nas, ale nic nie pocznę.
Na razie nie mam pomysłów. Może na wychowawczym trafi się jakieś zleconko na czarno. Będę je czule celebrować. Z lubością też rozwiodłabym się, by pobrać należne datki dla samotnej, ale za dużo zachodu za ten żenujący ochłap.
Wczoraj Gustaw okazał swe genitalia i wszystko wskazuje na to, że w tej historii zabraknie szokujących zwrotów akcji, przynajmniej jeśli idzie o płeć. Ma imponujące przyrodzenie, zupełnie jak starszy brat, a także, zupełnie jak on, piękny, pucołowaty profil.
Marceli przyglądał się bratu z analitycznym chłodem i powagą. Wyraźnie dostrzegał, co jest czym i z opanowaniem relacjonował swe odkrycia. Ja nie byłam opanowana, leżałam na kozetce z rogalem, a łzy wsiąkały w pukle zatknięte za uszami. K. wyglądał zaś, jakby obwieszczono mu coś, co było jasne dlań jak słońce. Dla mnie w sumie też Gutek był Gutkiem, jak Marcel Marcelem. Inne rozwiązania budziły tylko popłoch.
No ale żeby nie było tak słodko, mam za sobą dwie noce rzygawicznych chlustów w dal i żywię nadzieję, że ta nadchodząca przyniesie przełom. Się obżarło dziecko weselno-poprawinowych wiktuałów i haftnie mu się czasem. Szkoda, że to czasem wypada w godzinach nocnego spoczynku.
A wesele na Wschodzie było bardzo… wschodnie. Na bogato, znaczy.
Fontanny czekoladowe, owoce morza i własnoręcznie pędzone alkohole, własnoręcznie w kiszki ładowane kiełbasy, raki - sraki, wymieńcie cokolwiek, a ja powiem – było. (No, dobra nie było kawioru).
Towarzystwo przemiłe i w ogóle byłoby w pyteczkę, ale jednak abstynent, szczególnie ten z musu, a nie z przekonania, nigdy w pełni nie zatrybi z pijącymi, bo jak powiedziała jedna Znajoma: z dobrą zabawą bez alkoholu jest jak z Yettim - niby mówią, że istnieje, ale nikt nie widział. To raz, a dwa – wymęczyło mnie to czterodniowe tournee bez opcji rozwalenia się w dresie z Wysokimi Obcasami przed nosem. Z biegu świątecznego przeszłam płynnie w poranne wstawanie do biura, a z niego z kolei – w sylwestrowe dziamdzianie z cioteczkami i kuzynostwem w pełnej tapecie z nóżką na nóżkę.
Potem, gdy już po całym dniu jazdy wylądowałam w domu słodkim domu, pozostało położyć się, by za chwilę ładować do pralki zarzygane piernaty, piasek mając pod powieką, za kolejnych zaś parę chwil - wbijać się w biurowy outifit. (Który, na szczęście, w moim przypadku, nie polega na ołówkowej spódnicy i żakieciku, lecz szloch za dresem wciąż nieutulony!)
JESTEM ZMĘCZONA.
Wymęczyła mnie także pewna sytuacja z ostatnich dni.
Tak to się weselą ci ze Wschodu, że przedkładają weselenie ponad wszelkie obciążenia.
Bo, że dzieci obciążają człowieka to wiadomo, jasna sprawa. Dzieciary są kulą u nogi, a już ołowianą kulą, jak człowiek chce się beztrosko zabawić. Te szuje małe zrobią wszystko, by przeszkodzić. Co można zatem zrobić w tej sprawie, skoro żaden z członków rodziny nie może pełnić roli babysittera, gdyż również ma silny imperatyw weselenia się do białego ranka? (Oraz, rzecz jasna, jest zaproszony, co przy trzystu gościach to raczej nic zaskakującego - WSZYSCY SĄ ZAPROSZENI).No więc: co można uczynić z tym uciążliwym bagażem, wydanym, może nazbyt pochopnie, na świat trudny do zaakceptowania i bez jego obecności?
Można na przykład zostawić w hotelu oddalonym nieco od sali weselnej i bawić się jak za młodu!
Tak beztrosko pomysłowa okazała pewna para lekarzy ze strony Panienki Młodej.
Dobijałam się do ryczącego spazmatycznie dziecięcia parę dobrych minut, a upewniwszy się, że nikt nie podejdzie i nie otworzy mi, doznałam pęknięcia żyłki i ruszyłam na pełnym wkurwie do weselnej sali, by wparować na scenę i rozkazać orkiestrze natychmiast ogłosić ten trudny do ogarnięcia fakt. Orkiestra stoicko postanowiła zakończyć trwający numer, zanim przychyliła się do żądania, a następnie wprawiła sprawców niefartownej sytuacji w konsternację, bo okazało się, że żadne z nich nie ma do pokoju klucza. Szukanie klucza zajęło dobry kwadrans (albo i dłużej), dziecko za drzwiami dławiło się własnymi smarkami,ja dławiłam się współodczuwaniem.
Kładąc się wreszcie, tuliłam Marcela zaborczo i histerycznie i właściwie do teraz chce mi się walić głową w ścianę na wspomnienie. A przecież umówmy się - pozostawienie malutkiego dziecka samego w pustym, ciemnym pokoju i nie pojawianie się na jego rozpaczliwe prośby to nic przy tym, co codziennie dzieje się nieprzemyślanie spłodzonym istnieniom.
Nie mogę o tym myśleć, bo pęka mi czaszka.
Jak zwykle jestem obżarta, przeżarta.
Ale wyjątkowo NIC nie widać!
Nie muszę zamartwiać się zanikającą talią, bo talia to pojęcie historyczne, była, ale się zmyła, mam teraz z przodu dość foremny bębenek, w bluzkach o cienkiej tkaninie i lejącej fakturze obnażający sterczący pępek,nic to nowego niby, ale przynosi względną przyjemność z posiadania. Podoba mi się ciało ciążowe, oczywiście dopóki ciąża jest młoda i niespecjalnie inwazyjna dla urody. Przynamniej w moim mniemaniu.
Potem zaczyna się bebech żyjący własnym życiem, podkręcony hormonami księżycowy krajobraz ud i pośladków, spuchnięte kostki, bordowe otoczki brodawek osiągające fi talerzyka deserowego i bufet roniący raz po raz pierwsze łzy życiodajnego, tłustego białka. Ot, biologia.
No, ale odbiegło mi się od wątku świątecznego. Bardzo lubię święta, choć nie znoszę tego nieustannego przemieszczania. Ani przez chwilę człowiek nie może wciągnąć na dupę szarego dresa Fruit of the Loom pamiętającego początki liceum i sklep firmowy na górze ekscentrycznego Solpolu, do którego chodziło się popatrzeć i pojeździć schodami. Ani przez chwilę nie da się wyciągnąć przed siebie nienajświeższych gir w puchatej skarpecie. Cały czas tylko wpierdalanie i napierdalanie. Nierzadko też jakaś słowna jatka. Nie, żebym się brzydziła – bardzo lubię wszelkie formy mielenia językiem, ale lubię też czasem NIE mielić, mieć święty spokój i wszystko w dupie. Nie robić sobie z rana tapety i pozwolić dziecku nakarmić się tym, co znajdzie.
No ale święta to święta. Trzeba spiąć dupę i pocierpieć. Za miljony. To nieodłączny element świąt.
Zresztą- czyż nie ze wszystkim, co dobre, piękne i pożądane tak właśnie jest? Weźmy pierwsze lepsze z brzegu macierzyństwo. O, albo małżeństwo. Albo bycie jednostką dorosłą i niezawisłą. Przesrane, ale biegu zdarzeń nie cofnąłbyś za Chiny.
Tak też jest ze świętami - nie mogę się odciąć, położyć na systemie laski.
Nie mogę, a przede wszystkim nie chcę.
Ponieważ życie w pędzie rozłupuje mi czaszkę, wyrzyma mózg, a także niweczy zen, postanowiłam zredukować prędkość ze stu sześćdziesięciu na sto pięćdziesiąt osiem. Czyli tendencja jest dobra. Może w okolicy emerytury, o ile sobie na nią kiedykolwiek odłożę, uzyskam pożądaną wartość, czyli taką osiedlową. Trzydzieści.
Jakżem tego dokonała? Proste. Nie dałam się świętom. Prezenty, a mam ich do kupienia w chuj i jeszcze kilka, zaczęłam kompletować z początkiem października. Dokładnie wtedy, gdy pojawiły się pierwsze kalendarze adwentowe w Lidlu. Wszyscy się pukali w czoło, że powariowały te szwabskie pomioty, ale nie ja. Ja, nosicielka germańskiego genu, przyklasnęłam z zadowoleniem. Polityka jest słuszna – życie popierdala bezlitośnie i nie pyta z troską, czy aby nadążamy. Nie nadążamy. Pieczenie pierników-święcenie jaj-sraczka w biurze podróży-pierniki. I tak w kółko.
No więc niechże te święta będą zauważalne, niech potrwają trochę. A nie tylko galop na pasaż handlowy, galop po kuchennej terakocie, galop między trzema domami trzech oczekujących nas rodzin. Takiego wała!
I tak z początkiem grudnia excelowski pliczek pod tytułem PREZENTY był w stu procentach zrealizowany. Potarłam dłonią o dłoń, pozbywając się mikrodrobin kurzu. Potem nastąpiło skompletowanie listy żarcia. Raz wybyłam z roboty po minerałkę i pieczywo, i sru, mimochodem wyszłam z torbą bakalii. Potem znów coś, jakaś poczta, jakieś coś zupełnie z innej beczki, ale zaszło mi się po chałkę do piekarni. Myślę - piękne ma warkocze, kruszonkę nielichą, zamrożę i będę mieć w dniu wigilijnym bezstresowe makiełki bez opuszczania chawiry. Potem przyczaiłam się na chłopów z leśną ścinką. Matka mi mówi, że spokojnie, że nie ma się co rzucać na te pierwsze. Ale ja wiem swoje, im szybciej załatwię, tym szybciej zoczę jak się szmata posypie. (Oczywiście oby nie.)
No i mam. Święta pasteryzowane, bez konserwantów. Podważę tylko wieczko rano dwudziestego czwartego.
Gustaw rośnie i rosnę ja.
Nabywałamwczoraj sylwestrową kreację i trochę skonfundowało mnie to, co dostrzegłam w haendemowym zwierciadle. Nóżki w normie, rączki w normie, dupa też jeszcze w ryzach, ale, kurwa, ten froncik! Krowa dojna to mało.
Jednakże szybko zapomniałam o sprawie, gdyż rzuciło mną na dział noworodkowy i dałam się naciągnąć na kilka uniseksów, choć przecież oboje to wiemy, nie Gutek?, jak stoją sprawy. No ale pomyślcie – body w małe liski!!! Liski!!! Śliczne, małe, bezbronne. Z kitami. Jak mogłam przejść obojętnie.
Jutro ubieramy choinę. Tak, żeby postała trochę, żeby święta zauważyć. Odnotować. Ja tam lubię święta, choć męczą bardziej niż cokolwiek. Nie no znam parę historii, które potrafią zmęczyć bardziej, jedna z nich czeka mnie już późną wiosną.
Myślałam, że stosunek do Gustawa mam taki raczej życzliwie taśmowy, jednakże pomyliłam się ogromnie. Dziś miałam okazję przeliczyć mu wszystkie paluszki, zobaczyć jego stoicki spokój (zen?), jakże odmienny od nieposkromionych harców starszego brata na podobnym etapie, wysoko ocenić piękny profil, a także uznać, że to, co determinuje nas w znacznej mierze wygląda bardziej na penisa.
Choć operator ustrojstwa powiedział, że to jeszcze o niczym nie świadczy. Udałam, że nie słyszę tej asekuranckiej formułki i zryczałam się jak pojebana. Marzę o drugim synu, co poradzę.
Przyszłam do domu i nastrój miałam bardzo podniosły. I wtedy zobaczyłam masę papierowych lampionów unoszących się nad Mostami i mnóstwo ludzi nad Odrą, puszczających kolejne i kolejne. Pomyślałam, że dawno nie widziałam czegoś równie zachwycającego.
A leciało Satelite of love.
Marcelus jest cudny. Mamo, nie dźwigaj, nie mozes, zawołaj tatusia.
Mamo, a biezes lekalstwa cionzowe? (> kwas foliowy) Mamo, zmencylaś sie. Tu sie połus.
Dziecko, mogłabym Cię żreć chochlami.
Zamierzenia weekendowe, zakładające oczywiście, że Marcelon nie wywinie jakiegoś numeru zdrowotnego, mam takie, że zaczynamy się krysmasić. W planach jest: pieczenie hurtowej ilości ciastek korzennych, wypad na jarmark świąteczny do Rynku, wychlanie całego grzańca bezalkoholowego z Ikei a także przesłuchanie wszystkich ulubionych płyt bożonarodzeniowych.
Mam wrażenie, że dziś – bo Gustaw i te lampiony – zaczął się świąteczny czas.
Mógłby jeszcze spaść śnieg, ale no naprawdę, nie przeginajmy.
Zaprawdę powiadam. Zen można wypracować niezależnie od postawy początkowej
Marceli przerabia właśnie trzecie kiblowanie na chacie (w ciągu ostatniego półtora miesiąca), w tym dwa były antybiotykowe, poważne, to ostatnie jakby mniej, ale nie chwalmy dnia przed zachodem, nieprawdaż. W międzyczasie stracił nam się przefajny wyjazd w Tatry, kliknięty nieopatrznie na portalu z okazjami (teraz już wiem, że dla bezdzietnych), a aktualnie drżę o sobotni kinderbal. Bo niby idzie ku dobremu to kiblowanie trzecie, ale nie chwalmy dnia.
To pierwszy taki prawdziwy kinderbal w Marcelona życiu, więc nie ma to tamto. Motyw przewodni – rycerze. (I księżniczki, ale to jakby mniej istotne). Będzie dużo dzieciarni, dużo słodkiego, gry i zabawy. Zakład Kolorowe Misie się produkuje, a ja mam zen. No, nie do końca. Swoje odstać nad piekarnikiem muszę, no ale nie może być wszystko na gotowe, taka bogata jeszcze nie jestem.
Życie leci mi przez palce, zapierdala jak szalone. Wczoraj biały welon, jutro białe włosy. Wczoraj cycki zeżarte do kości bez szans na regenerację, dziś jak spod skalpela bardzo zdolnego chirurga. Naprawdę, dla takich cycków mogłabym łazić w ciąży całe życie.
Gutek coraz częściej jawi mi się Gustawą. Nie mamy imienia dla Gustawa, jeśli okaże się egzemplarzem z cipką, ale nie mnóżmy problemów przed chwilą prawdy na ekranie ultrasonografu.
W ogóle ta ciąża jest nieco inna, ale nie wiem ile zależy od hormonalnego haju i jego braku, obawiam się, że sporo. Nie przypominam sobie zjazdów, takich, że muszę legnąć bo zejdę na terakotę, aż tak silnych nudności (na szczęście i teraz bezowocnych – nie znoszę rzygać, dlatego prędko nauczyłam się rozpoznawać moment graniczny, gdy degustuję trunki procentowe), no i mięśnie nie te same. Brzuch wyszedł szybciej niż wtedy i nawet pępek ma wylane na konwenanse. Poza tym może być, aczkolwiek, żebym tak na co dzień przejmowała się jakoś specjalnie faktem istnienia Gustawa, to skłamałabym twierdząc. Dopadł mnie taki trochę linetyzm. Może trochę wcześnie, ale z dwojga złego. A może to listopad. Nie żeby jesienna depresja, w żadnym wypadku, taki bardziej właśnie zen.
Mamy wesele w Sylwestra. Jest taki interesujący obyczaj rodaków ze Ściany Wschodniej - ślub dokładnie 365 dni po zaręczynach, a że chłopcu się zebrało na odwagę po kilku sylwestrowych głębszych, wszyscy musimy cierpieć. To znaczy nie ma tragedii, każda okazja jest dobra żeby kupić sobie nową kieckę, a skoro kieckę to i buty, pytanie tylko kto mi w grudniu (GRUDNIU) na to da. Chyba Visa Gold. Ma ona jednak tę szkaradną wadę, że trzeba potem dziwkę spłacić. No ale nowy okres rozliczeniowy to będzie, więc Asosie, here I come!
Tęsknię za moim Misiem-Zdzisiem, bo stacjonuje u teściów, by rodzice mogli sumiennie dbać o przychód.
Marcelon jest taki fajowy! Mówi, że plemniki są spoko, a komórki jajowe bleee, co może nie należy do bardziej rezolutnych wypowiedzi świata, ale gdyby tak napisał na łolu to bym mu kliknęła lajka.
Jest zajebisty, naprawdę udany dzieciak.