|
eee-co-to-ja-chcialam.blog miej serce i patrzaj w |
bardzo się boję ale tak ma być 2012-05-26 18:47:28
Za pierwszym razem zrobiłam ten błąd, że nie miałam żadnych wątpliwości i nie przewidziałam innych scenariuszy. Kto miałby rodzić jeśli nie ja? Podobnie jak – kto miałby zrobić najwłaściwszy użytek z mlecznego bufetu jeśli nie ja? Zostałam wyposażona przez naturę w ciało obiecujące mężczyźnie, któremu przyjdzie w udziale wystrzelić w moim wnętrzu swój cenny ładunek, liczne, nieliche, bezproblemowo wydane na świat potomstwo. Tak to przynajmniej wyglądało. Cyc, biodro, wiecie. No kto, jeśli nie ja? skomentuj (2) send me dead flowers every morning 2012-05-23 16:28:21
Dzień na pozór rozpoczyna się nienajgorzej, bo przetarłszy oczy zauważam na stole wazon z tulipanami. Na tym etapie wspólnego pożycia jest to dość niecodzienny widok, biorąc pod uwagę fakt, iż nie świętujemy dziś rocznicy, Adama i Ewy czy też moich urodzin. W lodówce jest zimny kefir (nikt mi nie wypił), na balkonie powiewają wyprane wczoraj kreacje dla Gustawa, użyczone wspaniałomyślnie przez ciocię Martę. Wszystko mi mówi, że to mój dzień. A wielcy świata na usługach mych. Nie zasmuca mnie nawet fakt, iż wczoraj musiałam podać złotnikowi swój serdeczny serdelek, celem przecięcia znaku miłości, wierności i uczciwości małżeńskiej, by ocalić serdelek od amputacji. skomentuj (12) riders on the storm 2012-05-15 21:18:28 Gustaw stwierdził, że jeszcze go nie było w poprzek. I, że należy tę lukę w empirii koniecznie wypełnić. Bo czasu niewiele, a stara dwoi się i troi, by za spokojnie nie było, a to napierdalając remonty, a to uwijając przy garach, a to latając po galeriach bynajmniej nie sztuki (bo tam się chociaż nie lata, tylko z dziubkiem skupienia wypatruje iluminacji, która zazwyczaj nie nadchodzi). Jak pomyślał tak uczynił i oto jest. Totalnie w poprzek. Czkawki miewam po prawej. Tupanie z zadowoleniem lub dezaprobatą po lewej. Bardzo osobliwym doznaniem jest Gustawa przeciąganie. Moje stęki pomiędzy jednym a drugim zdaniem opowiadań w Misiostwach Świata sprawiają, że Marceli poczuwa się do interwencji. Jako starszy, mądrzejszy i prawszy. - Ej, Gutek, nie rób tak naszej mamie! – chucha mi w brzuch, a ja myślę, że pierwszy krok wtajemniczenia za nami – Marcel zdaje się rozumieć, że mama będzie za chwilę nasza, a nie moja, co nie zmienia faktu, że trzęsę się na myśl o tej rewolucji. Kilka razy padła już śmiała propozycja podłączenia go do tego drugiego wymienia, podczas gdy młodszy brat będzie zachłystywał się potokami mleka z pierwszego. Popukałam się w czoło wywołując, na szczęście, radosny rechot. A nie na przykład ryk. Lub co gorsza – smutny grymas. A jednak do propozycji wraca. Ma totalną korbę na punkcie piersi, moich szczególnie, lecz nie tylko moich, ostatnio na przykład zapytał kiedy Uli (tej od ciuciubabki – pierwsza przedszkolna fascynacja erotyczna) urosną cycki. Nie ma dnia, by Marcel nie zapewniał o swoim oddaniu sprawie. Będę go nosił, pilnował, pomagał, przewijał, podawał, wycierał, podnosił, przynosił, śpiewał, czytał, pokazywał, wyjaśniał, opowiadał, uczył, uspokajał, bawił, usypiał, dzielił się zabawkami, pozwalał najpierw oglądać dzidziusiowe bajki. Taaaa. Martwię się najbardziej nie tym, że będzie ciężko, bo to, to wiem i jestem gotowa. Martwię się, że istnieje taka możliwość, że nie stanę na wysokości zadania, że zmęczenie mnie zeżre, że zamiast podeprzeć powieki na zapałki i być tych parę godzin dla Marcela, raz i drugi zasnę, a nawet w skrajnym zniecierpliwieniu wydrę mordę. Jest jeszcze K. i w nim upatruję największej nadziei, ale co matczyny cyc to cyc. W przenośni oczywiście, nie? Nie będę karmić cztero-i-pół–latka, jeszcze mnie nie posrało. Nie wiem czy to okej, ale po stokroć bardziej skupiam się teraz na potrzebach Marcela, nie Gustawa. Gutek to będzie póki co prosty organizm. Potrzeby z cyklu: jeść, spać, mieć względnie sucho i żeby nic nie bolało. I te bardziej złożone: być przytulonym, czuć zapach matki i słyszeć czasem jej głos. A Marcel to ocean potrzeb, które tak łatwo zaniedbać. Rany, szczęśliwy był to czas, gdy matki nie kminiły tylko zakładały chomąto i szły w pole. skomentuj (22) color me grey 2012-05-05 14:06:27 Bardzo chciałabym mieć wylane na doczesność. Walić przetarte tu i ówdzie panele podłogowe, nie nudzić się kolorem ścian, nie myśleć czule o dziwactwach tegorocznej kolekcji IKEA PS. Nie skupiać na pierdołach. Ale nie umiem, jestem niewolnicą dóbr doczesnych, doznań wzrokowych, nie mających nic wspólnego z zaglądaniem w głąb. Co najwyżej w głąb wiaderka z farbą zaglądam. Nic na to nie poradzę, choć mam świadomość słabizny takiego stanu rzeczy. Ja wiem, co człowieka uwalnia od myślenia o gównach. Wyzwala. Wiem i jednak pragnę mojego zniewolenia. No więc Intuicja od Ewy Minge, Bezmiar Przestrzeni, a także grafit z mieszalnika dają radę. Nowa aranżacja w dużym pokoju również. Małżonek, który nigdy nic nie widzi awansem, nie potrafi sobie wyobrazić, podchodzi sceptycznie, lub w ogóle nie podchodzi, jak już zobaczył, powiedział, że łał. Odczułam jakiś tam promil pełnowartościowej satysfakcji, bo do takiej normalnej nie jestem chyba zdolna po miesiącach łażenia po mieszkaniu z miarką i ołówkiem, gadania do ścian oraz świadomości, że patrzy się na mnie jak na kandydatkę do Lubiąża. Dlaczego on mi nie ufa? Czy to przez lampę dmuchawca XXL, przez którego oboje musieliśmy schylać się przechodząc? To może być jakiś trop. (Choć lampa była zjawiskowa i nikt mi nie wmówi, że niewarta schylania). No więc w kwestii malowania nie zrobiłam nic, ale za to dałam trochę czadu ze sprzątaniem, okna pomyłam i takie tam. I trochę to odchorowałam, nie powiem, że nie. Poza tym Gutek dostał wczoraj czkawki i dziwnie miała ona miejsce pod cyckami. Czyżby znudziło go świrowanie nietoperka? Nie wiem jak to się udało, że tym razem tak bardzo trzymam na dystans wyobrażenia okołoporodowe i nie daję się ponieść chwilowym nadziejom. To kompletnie nie w moim stylu, jestem etatową napalaczką, na wszystko się napalam, spalam, a potem popielę i jeden wielki chuj. A tu nic, stoicyzm, lotosizm i zen. Zaskakuję samą siebie. Może po trzydziestce tak się robi? A dziecku na jednej ze ścian śmy jebli Blue Jeans, również dzięki niebywałej uprzejmości Minge Ewy. Fajnie wyszło, delikatny zajob, bo kolorek cokolwiek intensywny, ale ja go znajduję bardzo dobrze. Kocica mówi, że dla niej zbyt żółty. Niebieski zbyt żółty? Przysięgam, przyciągam samych wariatów. Och, jutro niedziela, już jutro ujrzę mego Misia i zmolestuję setkami maminych całusków. (I nie minie godzina a już będę miała gada powyżej uszu, lajf). skomentuj (9) summer in the city 2012-05-01 22:13:18
skomentuj (10) bad news travels like wildfire good news travels slow 2012-04-28 00:47:18
Przekręcił się chujasek mały, o czym dowiedziawszy się, mało
nie spadłam z kozetki gabinetu usg. Czy nie czułam? No czułam pewnego wieczoru,
że rozpycha się intensywniej niż normalnie, ale bo ja wiem. Oraz czkawkę miewał ostatnio nad kością łonową, a
nie jak dotychczas pod mostkiem, ale ja nie do końca ufam własnym interpretacjom
zjawisk. skomentuj (7) this is the end my beautiful friend 2012-04-17 21:23:07 Że Bolo się sypie Małgorzata dowiedziała się przed świętami. Szczerze powiedziawszy mało ją to obchodziło, lecz ktoś kiedyś wymyślił kurtuazję, elegancką pochodną fałszu, więc kurtuazyjnie Małgorzata udała, że owszem, obchodzi. Nie żeby markowała chlipanie w słuchawkę, bez przegięć, pewne sprawy są aż nadto jasne, nawet dla tych, którzy oczekują kurtuazyjnych gestów. Postanowiła jednak zatroskać się nad stanem psychicznym syna Bola, Wacława, i nie przestając kręcić żółtka z miodem i śmietanką kremówką (pascha), westchnęła – smutne. Choć smutne nie było za grosz, nie dla niej. Potem przeszły święta, zniknęła pascha i tarta cytrynowa, prawdziwa szynka ze Ścinawy i pasztet teściowej, i okazało się, że i Bolo zniknął. No nie tak do końca – ciało leżało wszakże w chłodni zakładu pogrzebowego i czekało na ostatnie pożegnanie. Gdy tylko dotarła do Małgorzaty ta umiarkowanie hiobowa wieść o śmierci bądź co bądź dziadka nastała dziwna aura. Oraz działy się rzeczy. Na przykład Małgorzata dałaby głowę, że zamykała drzwi od sypialni, a potem były szeroko otwarte. Albo taśma klejąca leżała płasko na komodzie i nagle –plask! – już była na podłodze. Albo Halina, jej kotka, zachowywała się co najmniej nietypowo. Całymi godzinami zamiast spać, co bardzo było w jej kociej naturze, warowała w przedpokoju w pozycji czujnej. Małgorzata zwierzyła się mężowi ze swych niecodziennych obserwacji, lecz on, nieczuły niedowiarek, wybuchnął serdecznym śmiechem i zakrzyknął na całe gardło – Bolo!! Jesteś tu, chłopie?? (Małgorzata popatrzyła na niego z odrazą.) Bolo nie był do końca zły. Nie był też na pewno dobry. Małgorzata pamiętała jeszcze te wszystkie katolickie pierdoły, które musiała wkuwać przed przyjęciem rozmaitych sakramentów i pamiętała, że było coś takiego, jak grzech cudzy. Milczeć, gdy ktoś grzeszy – tak brzmiała jego definicja i była to kwintesencja grzeszności Bolesława. Pod pantoflem swej ślubnej, karykatury człowieka, Bolo po prostu zapomniał, że można, a wręcz należy się przeciwstawiać. Zapomniał, że czasem w życiu więcej zyskuje się waląc pięścią w stół i wykrzykując veto. Choćby szacunku do samego siebie. No, ale do tego trzeba jaj, a jaja Bola to spełniwszy swą biologiczną powinność (razy trzy, w tym raz na boku), schowały się z powrotem do powłok brzusznych, a tam – wiadomo – za ciepło dla tak delikatnej materii. Zepsuły się i tyle ich było. Żal tylko było Małgorzacie, jej siostry Anny. Że nigdy nie zaznała czym mogą być prawdziwi dziadkowie. Bo rodzice Drugiej Żony od dawna rżnęli w brydża ze świętym Piotrem. No, ale nie można mieć w życiu wszystkiego. Pewne zadośćuczynienie stanowił fakt, że dom po Eugenii i Bolesławie został przepisany w spadku właśnie jej. Fajnie, ale wspomnień z dzieciństwa Małgorzata nie zamieniłaby na żadne wypełnione Rosenthalami domostwa. skomentuj (12) |
2012 |