eee-co-to-ja-chcialam blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2009

.

4 komentarzy

Jest mi gorzej niż źle.

To znaczy mam parę scenariuszy z tyłu głowy, które dosrałyby mi dużo bardziej, niż obecny. Ale jak już pisałam wielokrotnie, jak nie tu, to tam, nie podnosi mojej kondycji psychicznej świadomość, że gdzieś tam hen, daleko, są dzieci o wzdętych brzuszkach, z muchami na zaropiałej twarzy, że gdzie indziej matka gryzie palce, czy jej dziecku nie upierdoli kończyn, bo dookoła same pola minowe, albo nawet bliżej – że na moim osiedlu jest pewnie wiele porzuconych kobiet, że tu, obok, na Bujwida, jest hematologia dziecięca, a zaraz obok dziecięcy dom opieki paliatywnej.

 

Tak, to mi łamie serce, ale jeszcze bardziej łamie mi dziś serce fakt, że pewien osiemdziesięciopięciolatek ma policzone dni, a co gorsze – jeszcze lepiej policzone dni bez cierpienia, za chwilę będzie dostawał dożylnie morfinę, za chwilę dokona swojego żywota w urągającym człowiekowi anturażu, za chwilę zabraknie człowieka, z którym łączy mnie tak wiele, który dał mi cudowne dzieciństwo. I nikt już nie opowie mojemu, za jakiś czas, nastoletniemu synowi, jak się żyło w niemieckich obozach pracy, jak cuchnął dym oświęcimski, gdy palono, tych, którzy do pracy nie załapali się.

 

Pisałam już o nim kiedyś. Tak. I tak. I tak.

 

I ja nie mogę do niego pójść, przytulić, bo primo – wszyscy jesteśmy chorzy na zapalenie oskrzeli i oboje z K. ledwo łazimy, a secundo – z powodu rzekomej bądź nie epidemii grypy odwiedzać leżących w szpitalach nie wolno.

 

Jest w tym wszystkim jeszcze babcia, z której obecnością i wymaganiami musi sobie poradzić moja matka oraz jej siostra.

Miałam i ja swój dyżur, do spółki z ciocio-Basio i mogę powiedzieć tyle:

 

Mój dziadek, rocznik ’25, to człowiek z żelaza, a raczej z diamentu, bo z tego, co pamiętam z prehistorycznych  lekcji geografii, to diament jest najtwardszy w skali niejakiego Mohse’a, dzielny rycerz swojej i-że-cię-nie-opuszczę-aż-do-śmierci-królowej. mężczyzna o pokorze Hioba i sercu gołębim, człowiek, który, parafrazując słowa Stefana Wyszyńskiego, nie pyta: dlaczego, bo na cóż byłaby mu wiara. W tym wypadku nie idzie o wiarę w jakąś tam ulotną, kosmiczną instancję z okiem wpisanym w trójkąt tudzież białym zarostem, ale o coś bardzo przyziemnego – wiarę, że dane drugiej osobie słowo nie może zostać złamane.

 

I on nigdy nie odpoczął.

Nigdy.

Całe życie miał jakiś zapierdol. Ten ostatni pewnie najgorszy.


Ktoś powie – osiemdziesiąt pięć lat, swoje przeżył, taka kolej rzeczy.

No tak. Wszystko się zgadza.

Taka kolej rzeczy.

Każda mamunia maluszka-sruszka umieszczonego w placówce wczesnoedukacyjnej z wielkim niepokojem zerka na wyświetlacz, gdy dzwoni telefon osobisty.

Potem zwykle konstatuje, że znów można odetchnąć.  

Wypuszcza powietrze z powabnej piersi.

Znów nie zadzwonili.

Znów udało mu się nie podgrzać ciała do więcej niż trzydzieści siedem, nie zarzygać współtowarzyszy, nie rozciąć łuków brwiowych, jego kupa nie była nazbyt luźna, nie nosiła śladów śluzu, ciało pozostało blade i jedwabiste, nie odnotowano nań rzuciku, cętek, rumienia, podnosowa rynienka nie odprowadziła do ust ni jednego mililitra gluta, żadne kichnięcie nie rozproszyło w bawialni miliardów mikrobów, serce pikało miarowo, płuca nie rzęziły, spojówka pozostawała bladoróżowa jak reformy cioteczki Wandy.  

 

Każdy kolejny dzień bez wezwania wydaje się szóstką w Totka.

Jednak świadomość nieuchronnej bessy niweczy błogostan.

 

I oto jest! Nie wiem – wykrakałam?

Kolorowe Misie calling.

 

W ciągu tych kilku sekund, nim odbiorę, żegnam w myślach to całe dobro materialne, na które mogłam zapracować, gdyby Marceli Fr. zdecydował się nieco bardziej efektywnie zmobilizować immunologicznie. Żegnam perspektywę południowej kawy z P. i smaczne ploteczki ze świata jakże mi odległego, zwiędniętym nadgarstkiem robię pa-pa planom Ewy pragmatycznej, która brandzlowała się mentalnie widokiem rozstawionych na balkonie trzech suszarek z lights, darks i tymi-co-w-dziewięćdziesięciu, skwierczącym w piekarniku kawale schabu bez kości, lśniącej tafli płyty indukcyjnej, jednolitej, bez paprochów, zieleni dywanu w dziennym. Macham z rezygnacją do wspomnienia o tej codziennej, kilkugodzinnej bądź co bądź wolności. Do kojącego widoku Odry, wizji pozbawionej fonii, macham. Gudbaj mówię do siebie jak ten kwiat lotosu, bez rozdartej mordy, bez kłów dolnych obnażonych paskudnym grymasem.

 

I idę w stronę Daszyńskiego.

Nie spieszę się jakoś przesadnie, zaciągam się spaliną, uśmiecham pogodnie do zasranego na żółto chodnika.


Ostatnie chwile doraźnej wolności.  

Dopierom grzała pośladki nad Morzem Środziemnem a już mam lampeczki wokół okna olutone oranżem firany, już mam szron za oknem oraz Ikee całą w choinki i świerkowe girlandy. Już ogarniamy grudniowy budżet, patrzymy co komu można kupić i dlaczego tylko płytę Stańki.

Marceli Dupeli ma już za sobą pierwszy kryzys przedszkolny, który o dziwo nie rozszarpał mi serca na kawałki, może dlatego, że wiedziałam, iż za chwilę po histerii nie było śladu. Albowiem ciocie przedszkolne informują o wszystkim smsami. A czasem i obrazkiem. Na przykład ostatnio Marcelon zeżarl koledze kanapkę. Dostałam na komóreczkę jego pyszną mordkę ujebaną tłuszczem pochodzenia roślinnego z komentarzem – Cudze smakuje lepiej.

Urocze, nieprawdaż.

 

Poza tym co.

Zaginęła nam zimowa kołdra. K. twierdzi, że marznie, ale dwanaście miesięcy w roku śpi z gołą fujarą. Założyłby flanelkę, przykładem żonki, to by mu nie ciągło od okien, ale nie. Członek mojego męża jest wolnościowcem, jak on sam. Nie uznaje nie-boskerek i nocnych peniuarów.  

W efekcie K. krzyczy, że dopóki mieszkał sam nic mu nigdy nie ginęło. Na to ja odrzekam, żeby się rozwiódł. I tak sobie milutko konwersujemy.

 

No i nie mam pre-christmasowych migotań serca.

A już o tej porze roku to miałam.

Marta pyta, czy lepię z masy solnej dwatysiącedziewięć. A ja, że nie wiem. (Nie wiem, czy lepię z masy solnej??). Mama mówi, że pierniczki trzeba piec, by zmiękły na czas. Naprawdę?

A potem przypomina mi się jeszcze ta cała upierdliwa do zesrania logistyka transportu wigilijnego. Że ci, że tamci. Że tu trzeba zawieźć śledzie, a tam uszka, że prezenty ułożyć według klucza, rodzina Ce w renifery, rodzina eF w betlejemskie gwiazdy, żeby się nie pomyliło, bo dziadka Janka co najmniej skonsternuje Pawlikowska-Jasnorzewska, a babcię Danusię popielaty pulowerek z plakietką men’s faszyn.  

 

Niby wigilia, niby chillout przy tych wszystkich gazogennych cudach kulinarnych, a tu człowiek ciągle zerka na zegarek, bo przecież umówił się na part-two, a tamci o pustych żołądkach siedzą i czekają i Szwagier pewnie już ciska meblami, generalnie awantura wisi na włosku, więc może lepiej być na czas i takie to wszystko nerwowe.

Gdzie ten czas, kiedy wieczerza dłużyła się w oczekiwaniu na prezenty, kiedy żarło się bez wyrzutu, że trzeba zostawić miejsce na produkcje teściowej, by nie nastąpiła obraza majestatu, gdzie jest ten czas ja pytam i jaka alchemia mi go wróci.

 

Sama tego chciałaś – mówi mi matka, gdy narzekam.

Podsumowania mojej matki są bezcenne. Wszystko mi porządkują.  

Na drugie urodziny zakupiono Marcelemu wspaniały traktor z przyczepą, gumowymi oponami i jeszcze kikoma apgrejdami.

Ponieważ jesteśmy z małżonkiem naznaczeni fobią, że czas leci jak para i nim się obejrzymy będziemy sapać na katafalku, oszczędzamy czas gdzie tylko można. Z tej przyczyny sporą część zakupów uskuteczniamy klikając myszką. Tak było i z traktorem.

Kasę przelano, mejla, z zapewnieniem, że traktor będzie u nas niebawem, otrzymano, a następnie wrócono do prozy życia. (Jakby traktor był poezją…)

I takeśmy se pędzili ten nasz nudny żywot middle-class mieszczuchów aż tu nagle dzwoni telefon a na wyświetlaczu obcy numer.

- Czy pan K.?

- K., owszem – odrzekł mój mąż uprzejmie.

- Znalazłem na ulicy paczkę dla pana. Leżała. Na chodniku. Chyba kurier zgubił. I tu był napisany pana numer i namiary.

K. wytrzeszczył oczy, po czym zapuścił motor i udał się we wskazane miejsce. A było to wpizdu, na drugim koniuszku Miasta. Tak więc postulat niemarnowania czasu na pierdoły troszkę nam się rozmył.

 

Ja, będąc the biggets bitch in a whole wide world, raz po raz strzykając jadem, wypalającym dziury w panelach, uznałam, że milczymy. Paczka? Jaka paczka? NIC do nas nie doszło (chuje jedne! A gdyby urodziny były za moment??!!)

 

K., będąc połówką prawości, uczciwości i cnót libertarialnych, odrzekł, żebym rwała na szczaw, bo jestem moralną nędzą. I że absolutnie powie prawdę, bo kto ziarno dobra zasieje, ten obfity zbiera plon. Tralala.

No to napisał mejla do sklepu, gdzie sprzedano traktor.

Z dobrotliwym uśmiechem na swym pełnym licu oczekiwał plonu.


A pan od sklepu z traktorami zamiast się posrać z radości, że oto uczciwy obywatel pozbawił go obciążenia finansowego, związanego z zaginioną nietanią zabawką, napisał w tonie – panie, ja tam nie wiem jak było, no dobra, będę ścigał ten ju.pi.es., jak ścignę, to dam kasę.  

Tu K., który zaraz obok tego, że jest prawdomówny, prawy i uczciwy, jest również groźny i porywczy, a nade wszystko nie znosi, gdy ktoś robi go w wała, zrobił się bordowy na licu i powiedział panu od traktorów kilka dosadnie brzmiących słów.

 

Bo ludzie nie rozumieją takiej prostej zależności:

Twojego kontrahenta nie interesuje co i za ile robi jako twój podwykonawca. Twojego kontrahenta interesuje efekt końcowy. Jeśli nawala twój podwykonawca – nawalasz ty. Ty bierzesz za niego odpowiedzialność. Ty ponosisz konsekwencje fuszerki. A potem, jak już poniesiesz, to se ścigaj podwykonawcę na zdrowie. Przypalaj mu pięty i wciskaj jądra w oczodoły. Nobody cares.

Ale nie – ludzie tej zależności TOTALNIE nie kumają.

 

Na przykład w Turcji.

Mówię do pani rezydentki, że parę rzeczy się tu nie zgadza, gdy porównać z idyllą widniejącą w katalogu. A ona mi, że nie odpowiadają za zdjęcia, które podsyła hotel. Ależ myli się pani – tłumaczę jej – umowę zawieramy z pani firmą, nie z hotelem. I wy nam ręczycie, że wszystko jest w porząsiu. Capisco?

 

Nie kapisko. Chuja tam kapisko. Totalna impotencja ośrodka odpowiedzialnego za kapowanie.

 

Morał jest dość smutny.

Zło triumfuje.

Trzeba było słuchać mnie i z góry ukarać zło, które istniało dopiero w potencji.

Co na drugi raz postaram się przeforsować. Amen. 

Pożegnawszy niemrawym półuśmiechem domisiowe mamki o mocno nadwerężonej dacie przydatności do spożycia, wykręciłam numer małżonka.

- Kochanie? Chujnia z grzybnią – nadałam jasny komunikat.

 

Nawet mi ulżyło, albowiem opcja, która nam pozostała była od początku najmilszą memu sercu oraz rozsądkowi. Pozostawała w pewnym konflikcie z głosem gospodarności, jednak nawet głos gospodarności milknie, gdy w grę wchodzi dobro potomstwa. Oraz trzyminutowy dystans od chałupy.

- Czy mogę wpaść podpisać umowę? – zapytałam następnie panią od najlepszej opcji.

 

Trochę drgnęła mi dłoń przy zawijasku od „a” na końcu mojego nazwiska, ale może to nie zawahanie było, ale początki Parkinsona?

 

No i tak.

Marceli Dupeli wsiąkł totalnie.

Przychodzę, a ten udaje, że nie widzi. Na pytanie czy pójdzie ze mną do domu nakarmić Irenkę, odpowiada lekko, iż w żadnym wypadku. Apeluję do poczucia przyzwoitości, szantażuję emocjonalnie, zgrywam załamaną, przyzywam zastępy anielskie, wzdycham, prycham, grożę, srożę. Trochę to trwa, ale w końcu odzyskuję swe dziecię. Swego ptysia, racuszka, maminego pępuszka. No dobra, nie zagalopujmy się, ten racuszek w normalnych warunkach jest straszliwym bachorzęciem.

 

Marceli Fr. ma sześciu kumpli w tym jednego najlepszego.

Najlepszy kumpel Marcela jest imiennikiem jego tatusia, a mojego ślubnego starego.

Marceli i Najlepszy Kumpel są parą największych psotników-rozpierdalaczy w Kolorowych Misiach.

Widoczną konsekwencją tych psot jest efektowne fioletowo-zielone limo wokół lewego oczka Marcela oraz delikatne rozcięcie w jego kąciku.

A ja co?

Odżywam.

Myję okna, żeby nasz kojący widok na Odrę i Mosty Warszawskie nie tracił przez złą oprawę. Wiercę dziury, których się nie doprosiłam u K. Oraz zarabiam sobie powolutku na te chwile relaksu.

 

Trochę też jęczę, no, nie byłabym sobą, gdybym nie truła sobie i innym dupy. Jesień robi ze mnie rozedrganą cipę (bo normalnie to jestem wyważona, cha, cha!)

Oby mnie nie pokręciło za tę stękaninę.

Gdyż, zaprawdę, naprawdę jest dobrze.

Nazajutrz ruszam na obwąch terenu.

I tak trafiam na DOMISIE.

Bardzo mnie podniecił osobisty ogródek. Oczyma wyobraźni widzę jak misie domisie toczą śniegowe kule, albo ubierają przedszkolne świerki, a kilka miesięcy później gołe i wesołe piszczą radośnie pod zraszaczem. No. To jadę.


Kojarzysz może, Czytelniku, efekt zepsutej płyty wykorzystywany w filmach dla podkręcenia dramatyzmu rozczarowania głównego bohatera? Że na przykład idzie sobie, idzie, patrzy – cóż za zajebista niewiasta, nogi boskie, biodra jak marzenie, tu pierwsze tony  Can’t help falling in love, no więc dalej – nogi, tyłek, seksowne rozcięcie bluzki na plecach, lśniące włosy i nagle piękność odwraca swoją kształtną czaszkę i wtedy iiiiiiiiiii, igła gramofonu trafia na głębszą rysę, Elvis wydaje z siebie serię jęków, zajebista niewiasta okazuje się kaszalotem, ptaszki już nie śpiewają uroczo, lecz napierdalają, zieleń przechodzi w sraczkę, na zalane błogim uśmiechem lica przechodniów wpełza wredota i wszystko wraca do normy.

No to ja tak mam z tą płytą. Fonia jest taka, że cudowny świat, a wizja jak wyżej (wersja letnia – zraszacz, wersja zimowa – bałwan).


Zajechawszy na miejsce zaliczam pierwszą delikatną konsternację – pod podanym adresem nie ma żadnego szyldu informującego, że przebywają tam słodkie domisie. Włazę więc na prywatną posesję nie mając pewności czy zaraz nie rozszarpie mnie jakiś posrany amstaf.

(Posesję charakteryzuje eklektyczny styl mariuszowo-andżelowy, tak więc obecność psa mordercy byłaby mocno wstrzelona w konwencję.)

Ale nie. Udaje mi się bezpiecznie trafić do odrzwi.

Pani właścicielka (zmęczona facjata, rozmazany tusz, taki z wczoraj, bęben ciążowy) zapewnia mnie, że tak, tu rezydują domisie, i że zaprasza, włala.

Wchodzę na salony i oczom mym ukazuje się przeurocza scenka. Trzy baby w wieku mocno poborowym, jak mawia mój osiemdziesięcioczteroletni dziadek, a u ich opuchniętych, ożylaczonych łydek tuzin domisiów raczkujących, pakujących do usteczek rozmaite sprzęty, stawiających pierwsze niepewne kroki, generalnie snujących się bez celu. Jedna baba miesza w garze pożywną strawę, druga baba ćwierka archaicznie do jednego z domisiów, trzecia baba siedzi trzy stole i pije herbatę ze szklanki (daję głowę, że jest to Saga, ten dom to modelowy target Sagi).


- Yyyy – przemawiam elokwentnie, jak to ja – to ja się odezwę jak coś.

Nie precyzuję co coś oznacza.

Oznacza ni mniej ni więcej – inwazję obcych na mój mózg, co jest równie prawdopodobne jak to, że uczynię ze swego syna domisia.

CDN.

Zastawszy mię zalaną łzą słoną K. uznał, że dość tego.

Nakazał znaleźć godną owocu naszej miłości placówkę edukacyjno-opiekuńczą, gdzieś w plus minus okolicy, a obejrzawszy z bliska domowy budżet stwierdził, że stać nas na przedszkolny pół-etat.

(Nie, no jasne, że Marceli Fr. nie załapuje się jeszcze wiekowo na przedszkole, ale wyraz „żłobek” czyni spustoszenie w mojej histerycznej psyche, dlatego upieram się, że to jednak PRZEDSZKOLE.)

Następnie zasiadł przed monitorem a mi nakazał iść kąpać Juniora.

Zdezorientowana poszłam.

- Jutro zostawiam ci auto. Tu masz spis wszystkich misiowych zagajników i innych króliczkowych kurwa nor w naszej dzielnicy. Podzwoń, zapytaj o miejsca, a potem pojedź i obczaj.

Tak jest, mój Panie – powiedziałam bezgłośnie i z zachwytem.

 

To był kolejny raz kiedy potrzebowałam wzięcia za wszarz.

Tym razem nie chodziło o seks.

Ani o rozmnażanie.

Ani o małżeństwo („Zamierzam się z tobą ożenić i nie bardzo mnie obchodzi co o tym myślisz” – ten cytat powinien być mottem na naszych ślubnych zaproszeniach)

Chodziło o pozbycie się owocu naszej namiętnej miłości na jakieś niedrastyczne cztery w porywach pięć godzin dziennie, jakże wiele wnoszących do życia odciążonej.

 

Lecz jeszcze wtedy znałam rzecz tylko z teorii.


CDN.
 
 

Wczora z wieczora wszystko zostało mi wyłuszczone.

Tak, że nie mam już więcej pytań.

 

Siedziałam w kuchni cioteczki (a raczej jej nieprzesadnie udanego konkubenta) i raczyłam się to sałateczką, to ciastem, a najczęściej jednak trunkiem sobotnim, ex definitione procentowym.

Cioteczka albowiem ukończyła kolejną wiosnę swego życia, coraz dramatyczniej zbliżając się do jesieni. Zaproszone na wesołą celebrę tego smutnego dnia cioteczkowe funfelki utrzymywały znośny poziom konwersacji, germańskie wino dobrze grzało w czachę, a orzechowy keks cioteczki konsekwentnie rozpękał wciągnięte dla niepoznaki bebechy.

Była i matka moja rodzona – młodsza siostra cioteczki – która, usłyszawszy, że w ramach zwalczania depresji spowodowanej postępującym poczuciem porażki rodzicielskiej, zostawiam męską część mojej rodziny na chawirze, ucieszyła się szczerze, gdyż i ona nie miała spójnych planów weekendowych z tatą, a to nieczęsto się zdarza, najebać z córką we dwie.  

Srutututu, majtki z drutu, czas mijał, a samotna pusta butelka ustawiona pod ścianą powoli zyskiwała coraz liczniejsze grono towarzyszy.

 

- Ja to bym nawet chciała, żeby mój syn zaliczył wpadkę! – zakrzyknęła jedna z funfelek znad talerza  - takie małe bobo poniańczyć – mmmm!…

- Taaaaa? – uniosła brwi moja matka.

- Moja mama nie jest entuzjastką małych bobo – wyjaśniłam uprzejmie zgromadzonym – to znaczy w sumie jest, ale tylko przez kwadrans, raz na trzy tygodnie i najlepiej u nas w domu.

 

Jestem ekstrawertyczką bez dopingu, ale gdy popiję, staję się gejzerem emocji, gdy kocham, miłość wytryskuje mi wszystkimi dziurami w ciele, gdy cierpię jestem wierną repliką Kasi Kowalskiej, a gdy żywię urazę, osz kurwa, gdy żywię urazę, lepiej ze mną nie pij.

 

Nie mam do mojej matki jakichś pretensji-gigantów. Nigdy mnie nie głodziła, nie lała kablem od żelazka, a jej absztyfikanci dobrze mnie traktowali. (Ponadto sama byłam dzieckiem dość problematycznym, co zawsze należy podkreślić, by zatriumfował obiektywizm.)

Istnieją po prostu pewne obszary, o których lepiej milczeć przy wigilijnym barszczu. Bo się kosmicznie zjebie klimat.

Jednym z takich obszarów historii nowożytnej jest mojej matki, mówiąc eufemistycznie, słabe udzielanie się jako babci swego wnuka.

 

Nie było wczoraj barszczu, był natomiast krem z dyni.

Oraz było sporo w czubie.

Oraz ktoś uderzył w stół.

Oraz żywiłam urazę.

 

Amatorzy rodzinnych pyskóweczek mieli używanie.

 

Dowiedziałam się, że moja matka już nas odchowała i, że chce mieć nieco luzu.

(nikt nigdy nie postulował, żeby Młodego zwalać raz na tydzień, ani raz na dwa, ani nawet na trzy, a cała operacja by trwała dłużej niż seans kinowy.)

Dowiedziałam się też, że ona nie ma obowiązków, to ja je mam.

(zgadza się, szkoda, sama nie stosowała tej dewizy podczas fullserwisu ze strony moich dziadków.)

Oraz, że ciężko pracuje i musi kiedyś odpocząć.

(jasna sprawa).

 

Funfelki słuchały i nie dowierzały.

Gdy wychodziłam rzuciły za mną słowa otuchy, że już one popracują nad babcią marnotrawną i dontju łory, bejb.

 

Ale ja już wszystko doskonale miałam wyłuszczone. Więc machnęłam reką.


  • RSS