Na drugie urodziny zakupiono Marcelemu wspaniały traktor z przyczepą, gumowymi oponami i jeszcze kikoma apgrejdami.

Ponieważ jesteśmy z małżonkiem naznaczeni fobią, że czas leci jak para i nim się obejrzymy będziemy sapać na katafalku, oszczędzamy czas gdzie tylko można. Z tej przyczyny sporą część zakupów uskuteczniamy klikając myszką. Tak było i z traktorem.

Kasę przelano, mejla, z zapewnieniem, że traktor będzie u nas niebawem, otrzymano, a następnie wrócono do prozy życia. (Jakby traktor był poezją…)

I takeśmy se pędzili ten nasz nudny żywot middle-class mieszczuchów aż tu nagle dzwoni telefon a na wyświetlaczu obcy numer.

- Czy pan K.?

- K., owszem – odrzekł mój mąż uprzejmie.

- Znalazłem na ulicy paczkę dla pana. Leżała. Na chodniku. Chyba kurier zgubił. I tu był napisany pana numer i namiary.

K. wytrzeszczył oczy, po czym zapuścił motor i udał się we wskazane miejsce. A było to wpizdu, na drugim koniuszku Miasta. Tak więc postulat niemarnowania czasu na pierdoły troszkę nam się rozmył.

 

Ja, będąc the biggets bitch in a whole wide world, raz po raz strzykając jadem, wypalającym dziury w panelach, uznałam, że milczymy. Paczka? Jaka paczka? NIC do nas nie doszło (chuje jedne! A gdyby urodziny były za moment??!!)

 

K., będąc połówką prawości, uczciwości i cnót libertarialnych, odrzekł, żebym rwała na szczaw, bo jestem moralną nędzą. I że absolutnie powie prawdę, bo kto ziarno dobra zasieje, ten obfity zbiera plon. Tralala.

No to napisał mejla do sklepu, gdzie sprzedano traktor.

Z dobrotliwym uśmiechem na swym pełnym licu oczekiwał plonu.


A pan od sklepu z traktorami zamiast się posrać z radości, że oto uczciwy obywatel pozbawił go obciążenia finansowego, związanego z zaginioną nietanią zabawką, napisał w tonie – panie, ja tam nie wiem jak było, no dobra, będę ścigał ten ju.pi.es., jak ścignę, to dam kasę.  

Tu K., który zaraz obok tego, że jest prawdomówny, prawy i uczciwy, jest również groźny i porywczy, a nade wszystko nie znosi, gdy ktoś robi go w wała, zrobił się bordowy na licu i powiedział panu od traktorów kilka dosadnie brzmiących słów.

 

Bo ludzie nie rozumieją takiej prostej zależności:

Twojego kontrahenta nie interesuje co i za ile robi jako twój podwykonawca. Twojego kontrahenta interesuje efekt końcowy. Jeśli nawala twój podwykonawca – nawalasz ty. Ty bierzesz za niego odpowiedzialność. Ty ponosisz konsekwencje fuszerki. A potem, jak już poniesiesz, to se ścigaj podwykonawcę na zdrowie. Przypalaj mu pięty i wciskaj jądra w oczodoły. Nobody cares.

Ale nie – ludzie tej zależności TOTALNIE nie kumają.

 

Na przykład w Turcji.

Mówię do pani rezydentki, że parę rzeczy się tu nie zgadza, gdy porównać z idyllą widniejącą w katalogu. A ona mi, że nie odpowiadają za zdjęcia, które podsyła hotel. Ależ myli się pani – tłumaczę jej – umowę zawieramy z pani firmą, nie z hotelem. I wy nam ręczycie, że wszystko jest w porząsiu. Capisco?

 

Nie kapisko. Chuja tam kapisko. Totalna impotencja ośrodka odpowiedzialnego za kapowanie.

 

Morał jest dość smutny.

Zło triumfuje.

Trzeba było słuchać mnie i z góry ukarać zło, które istniało dopiero w potencji.

Co na drugi raz postaram się przeforsować. Amen.