eee-co-to-ja-chcialam blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2009


Kolejny zestaw Duplo, tablica do rysowania kredą, miodowy sweterek, golarka do strzyżenia brody, miodowy zestawik zimowy, w tym urokliwy szalik z pomponami i skórzane rękawiczki z rządkiem mikroguziczków, box dvd Szulkina do oglądania jak mnie nie będzie na chawirze, patelnia z dizajnerską pokrywką, drewniany zestaw kolejofilski z mnóstwem kombinacji ułożenia torów i wagonikami na magnesiki, trzy cudnej urody bluzki, utrzymane w tonacji granat/petrol, antologia Kundery, Rzeczy pierwsze, Spojenia i Piknik na skraju drogi, widelec z termometrem, czyli to, czego mi od dawna brakowało w kuchni (obok moździerza!), srebrna bransoletka charms (kocham!), Bękarty wojny, ciepła kołdra z IKEI (cha, cha!), kolejny Hot Wheels, granatowa koszula, czerwona kurtka w góry, czapka uszanka, bilet na koncert, na którym baaardzo chciał być K., szare cudne wdzianko pełniące rolę golfu, bon do pewnego butiku, popielaty gruby sweter ze stójką, analog Slayera.

 

Że nie wspomnę o uginającym się stole i mnóstwie świątecznych dekoracji.

 

Tak, nasze Boże Narodzenie to świątynia przepychu i konsumpcjonizmu. Nie zająknięto się o nowonarodzonym Zbawcy. Zaintonowano kolędy, lecz z nieprzesadnym zaangażowaniem i tak bardziej, żeby się dziecko cieszyło (Marceli Fr. kocha wszelkie przejawy muzykowania, nieodrodne nasienie swego ojca). Tradycje kultywowano wybiórczo. To co nam odpowiada i ładne, owszem. No ale pasterka, wybaczcie, nieco za późno.

 

Cieszono się jowialnie zawartością paczuszek. Rozpinano coraz szerzej rozporki i guziki. Srano i puszczano gazy.

 

W ramach przeciwwagi dla rozbuchanej konsumpcji i upadku obyczajów poszliśmy z K. nasycić ducha. W odstępie kilkudniowym zapoznaliśmy się z debest of debest polisz kinematografia dwa tysiące dziewięć, nad którymi panowie w zjedzonych przez mole wełnianych marynarkach, biją sobie konia w woniejącym naftaliną studio TVP Kultura.

No i tak.

Ten pierwszy – majstersztyk. Absolutny wypas. Pomimo, że jednego wątku nie zajarzyłam, czym wielce rozczarowałam mojego wszechwiedzącego małżonka. Ewunko, nie pierdol, że nie wyłapałaś tego? To jest KLUCZOWE dla akcji!.
Ten drugi – hmmm. Gdyby nie antenowe wytryski może byłabym zauroczona. Bo ujmujący, zabawny, znakomicie zagrany, oryginalny, może nawet nowatorski. Ale kurwa – co to miały być te flash-forwardy lotniskowe, kapiące natrętną poprawnością polityczną (reżyser chciał przy okazji filmu o paskudzie realiów komunistycznych, koniecznie podkreślić solidarność z homoseksualistami?), patosem (ach, ta świeczka pod pomnikiem, trąci niemalże finalną sceną cmentarną z Małej Moskwy) i bezsensem (po co, pytam, po co?? Żeby jeszcze raz pokazać piękną twarz Dorocinskiego? Aż tak piękna nie jest…).

 

A tak w ogóle moi mili, zapalenie uszu na pokładzie i znów Marcelek z Mamunią dwadzieścia cztery na dobę, słodko, ślicznie, bombastycznie. 
Ale luz, doprawdy. Zostało sporo wina ze świąt.

Pisałam już kiedyś coś niecoś o wszechobecnym partactwie, tak?

No i niestetyż, jakże żaluję, nie mogę nic a nic odszczekać.

 

Bo tak:

Autorka, a także główna bohaterka spisanych tu przypadków, zwana przez małżonka Ewunką, Bobrem (nie kojarzyć z rodzajem fryzury intymnej, kojarzyć ze specyficznym lookiem górnych siekaczy), Strzeszką (przycięta od linijki grzywa), Kochatką (coś jakby koszatka, ale skrzyżowana z bobrem), Ptakiem Cipakiem (podczas snucia się po domu nago) i jeszcze różnie inaczej, w okresie świątecznym zwana jest głównie Świątecznym Stworzeniem.

W sensie, że miewam okołoświątecznego zajoba, co K. bardzo rozczula.

Się pławię w klimatach. Mam na chacie jodłowe wianuszki, jemiołowe wiązki, kilka opleceń lampeczkowych, z głośnika chrypi Bob Dylan, ciastka korzenne szczypią w gardło (imbirem się mi sypło), grzaniec łagodzi szczypanie oraz obyczaje.

 

W związku z tym zajobem choinkę kupuję odpowiednio wcześnie oraz odpowiednio wcześnie ubieram. W tym roku padło na zagrodę nieopodal Castoramy. Wzięłam dziadkom i sobie. Dwa świerczki, albowiem nie ma jak to zapach żywicy świerkowej.

 

K., zaprzęgnięty do uciosania dołu celem udrożnienia układu pitnego, nie widział nic zdrożnego w tym, że po operacji balkon był usłany igliwiem.

- A bo tak szargałem nią trochę.

Hę? Żadne szarganie nie robi takiej masakry, gdy drzewko świeże.

No ale dajmy mu szansę, temu drzewku.

 

Dzień pierwszy i ostatni.

Dzwonię do firmy odpowiedzialnej za moje rozczarowanie.

- Wie pani – informuje mnie kobiecy głos – choinki mają to do siebie, że się sypią.
Trzy głębokie wdechy. Łyk wczorajszego zimnego już grzańca. Stukot pazurem w blat biureczka.

Mówię panience, że nie mam piętnastu lat i to nie pierwsza choinka w moim życiu i wiem, doprawdy, wiem jak zachowują się choinki. Zachowują się dobrze (nie nadużywają, bekają w sweter, rzadko zdarza im się gmerać w jądrach), o ile tylko nie są ścięte zaraz po Wszystkich Świętych.

Panienka do mnie, ze u nich nie można reklamować.

Prycham w słuchawkę. Informuję, że znam prawa konsumenta i że, owszem, można.

Panienka słucha przez moment suflera. Sufler łaskawie pozwala mi WYMIENIĆ egzemplarz.

- Ależ! Po ki chuj (wersja autentyczna – na cóż) mi inne drzewko z tego samego cięcia dwa miesiące temu?!

Panienka mówi za suflerem, że nic innego dla mnie nie zrobią.

Zgrzytają mi trzonowce. Trzeszczy czaszka. Tańczy powieka.

 

Mylicie się, nikt jeszcze nie wygrał ze Świątecznym Stworzeniem, kutasy złamasy.

 

Władowuję do bryki dwie choiny.

Jedna wciąż spowita siatkowym kondomem, druga w pełnej krasie – igiełki są WSZĘDZIE.

Ogarnia mnie wścieklizna. Piana leje mi się z pyska, oczy zachodzą krwią.

Pan od choinek spod Castoramy wciska mi kilka banknotów i błaga wzrokiem bym już poszła, bo odstraszam klientów. Przerywa mi naprawdę dobry monolog, więc nie czuję wielkiej satysfakcji.

 

A potem, cóż, kupuję jodłę.

U chłopa. Ostrzegam, że jak coś to wrócę.

Chłop mruga i mówi, że nie wątpi, bo do niego to wszystkie wracają.

 

Ale nie wracam. 

Dla kobiet czas nie jest łaskawy.

Mam za moment dwadzieścia osiem lat, rany jak to brzmi. Matuzalem.

Niegdysiejszy ma dopiero dwadzieścia osiem. Tak niewiele. Szczeniak. Szczyl. Mleko ma pod nosem a wszystkim się wydaje, że to piana od Guinnessa.

 

Niegdysiejszy ponoć rozstał się z Następną.

Wydawało się, że rokujące. Te same klimaty, bohema, artyzm, srutututu gacie z drutu.

Myślałam, że po tym jak przeżył (?) nasz break-up we wrześniu roku przedmarcelowego, zastanowi się trzy razy zanim spierdoli kolejną relację. Ale nie. Ona jemu – a może by tak…?, on na to – it was great fun, baby, see ya.

 

Co prawda to prawda – on jest szczególnym przypadkiem, totalnie nieopierzony embrionik.

Ale.

Który facet tak na dobrą sprawę jest gotowy na coś poważnego przed trzydziestką, a może i trzydziestką piątką? Niewielu jest takich. Na palcach jednej dłoni. Ilu udaje gotowość? Oj, wielu! Niektórzy, bo są staroświecko (nie wartościuję!) wychowani i mają wszczepiony wewnętrzny imperatyw, inni, bo wpadają i za bardzo dbają o swój pijar, bądź też mają dobrze ukształotowane sumienie, jeszcze inni bo zakochali się na zabój i obsikują teren, byle szybko, byle się nie rozmyśliła, słyszysz koleś? (to do plemnika), celuj w tą wyniosłą pindę, co ją zwą jajo, byle skutecznie. O! Albo baba truje i tak jakoś dulszczeją. 

 

Znam wszystkie przypadki, co najmniej razy dwa każdy.

Osobiście myślę, że byłam trzecim. Naturalnie podzielałam entuzjazm. Moje jajo również i wcale nie było wyniosłe.

 

Porwaliśmy się i dobrze nam.

Atrybutami tak zwanej dorosłości są: umowa o pracę na czas nieokreślony (K.), względnie kilka umów o dzieło (ja), Lego Duplo rozpierdolone po podłodze, kawałek szlachetnego kruszcu na prawym serdecznym, pierwszy siwy włos, bo rozjechał się grudniowy budżet, przypięty magnesem do lodówki numer do wyjazdowej pani pediatry, sto sześćdziesiąt za wizytę. Wszyscy uwikłani w tę, tak zwaną dorosłość, nie mieszczą w głowie trudnego w percepcji faktu, że oto ich rówieśnik macha palcem w dziurawym trampku, żyje z dnia na dzień, zarabia lub nie, rucha nie pytając o ważne świadectwo badań na WZW, HIV i mendowszy, oraz prowadzi swoją starą brykę na lekkiej bani (w pewnej części Europy dopuszczalne). Plus kompletnie nie wie, co będzie jutro.

 

Że jak to tak?

I to fajne jest? Serio?!

 

I ja też tak samo. Że się dziwię. 

Albowiem odkąd moja macica miała okazję, wielce rozczarowana, złuszczyć się i krwawić po raz pierwszy, poczułam totalną, obezwładniającą chuć rozrodu, zbudowania szałasu tu i teraz, w tym lesie (dostałam pierwszą miesiączkę na grzybobraniu), i pędzenia żywotu człowieka poćciwego wraz z gromadką poćciwych bachorząt (o słodka naiwności, cóż za niewiarygodny oksymoron!).

 

A Niegdysiejszy nie.

Kiedy więc? Nieprędko!

 

Ani nie zazdroszczę, ani nie szydzę. Nie patrzę z pobłażaniem i nie prycham. Nie rozumiem po prostu. Ale tak na płaszczyźnie intuicyjnej, emocjonalnej, mentalnej. Bo intelektualnie mam wszystko rozrysowane. On szczyl jest. A ja mam kurze łapki.


Bo to jest tak.

W czasie gdy mężczyzna nabiera pociągającej patyny oraz, być może – dojrzewa, kobieta patrzy z rezygnacją na swoje piersi jak puste portmonetki.

Muszę nosić w sobie jakieś szwabskie geny, z czego na pewno dumna nie jestem, albowiem nic mnie tak nie cieszy, jak obraz wyłaniającej się z chaosu harmonii, i tu nawet nie chodzi o pewien nieprzesadny, miły dla oka porządek chacie, choć jest on very welcome, ale o życiowe poukładanie, fakt, że rano żegnamy się wszyscy i każdy robi swoje. A potem znów jesteśmy razem.

Ordnung muss sein, no.

 

Pralka hula.

Zmywarka hula.

W garach pyrkoce i ładnie pachnie.

Dawcy nerek popierdalają mi za oknem przez Mosty Warszawskie.

Ja stukam w klawiaturkę.

Irenka jest mi mruczącym termoforkiem.

Mąż dzwoni z pracy (a nie cherla zza pleców).

Marceli Fr nie dzwoni z przedszkola, ale na pewno czule myśli. Cha, cha.

 

Kompozycja pewnych dźwięków i braku innych zapewnia mi poczucie spełnienia i względny spokój ducha.

 

I nawet zaczynam coś jakby czuć krysmasowe wibracje, choć nie tak dawno miałam w dupie.

Puszczam se świąteczną Dajanę Krall, parzę kawę z cynamonem. Miziam się świadomością obecności kompletu prezentów zakitranych w szafie. Myślę ciepło o ciastkach korzennych Chudej, które jeszcze w potencji, ale lada moment w aktualizacji, tylko czas znajdę i wenę.

 

Mam gdzieś z tyłu głowy, że istnieje pewna rzecz, która bardzo szybko i skutecznie zmąci to chwilowe (?) poukładanie. Ale mama codziennie pyta dziadka czy nic go nie boli, a on twierdzi, że nie.
Więc może ten dobry czas potrwa nieco dłużej. 
 


Matka Boska Korporacyjna dostała kurwicy na skutek el-cztery K.

Wyobraziła sobie pewnie jak siedzimy w centrum domostwa, pod nagimi stopami chrzęści wysypany dla hecy piasek, delikatnymi ruchami bioder wprawiamy leżaczki w bujanie, a Marcelek przebrany za małpkę, podaje nam wielopiętrowe drinki. Obraz ten przyprawił ją o torsje.

Nie przyszło idiotce do ograniczonego, ogarniętego gorączką kariery łba, że jej podwładny naprawdę zdycha, naprawdę wypluwa płuca, jego czoło naprawdę parzy, że my tu mamy naprawdę domowy szpital, przy czym personel i chorzy to jedna ekipa. Naprawdę.

Albo – przyszło, ale uznała, że nic nie usprawiedliwi zdrady Korporacji jakiej dopuścił się niecny K., zalegając w łóżku.

Bo Korporacja to jej życie. Jej cały świat.

Innego nie ma.

 

Ale wcześniej, zanim zarządziła szpitalną dezercję, nękała mailami. Kilkanaście dziennie, a co. K. siedział i pisał, a drobinki flegmy zalepiały monitor. Gdy okazało się, że bieżące sprawy nie są zaniedbane i że właściwie nie ma o co drzeć pyska, pobawiła się w korporacyjnego archeologa. Zajrzała tu, zajrzała tam. Postarała się, żeby znaleźć sprawę, cóż z tego, że zamierzchłą, która nie została załatwiona celująco, a jedynie na dostateczny plus.

I tu zaczęła się jazda. Bez trzymanki.

 

Pomyślałam empatycznie: ja wiem, droga Matko B., że dobija cię fakt, iż jedyne czemu możesz matkować to ten dział, nad którym rozpostarłaś swe troskliwe skrzydła, że dni twoich jajeczek są już policzone, a żadne poprzednie nie dostąpiło przyjemności zamiany w zygotę, że kolesie, w których upatrujesz nadzieję na zmianę tego stanu rzeczy, nie chcą cię, skąd to wiem, ha, gadasz jak najęta, bombardujesz podwładnych swoimi historiami, fantazjami, frustracjami, to i ja wiem, proste, wiem wiele, nie wiem natomiast jednego – co ma z tym wszystkim wspólnego mój małżonek?

 

A potem się okazało, że nie tylko jemu pierdolnęła taką jazdunię. Oraz, że wizyta K. w pracy podczas, gdy powinien był siedzieć w domu, była zupełnie niepotrzebna.

 

I tak pomyślałam, że chyba szefami nie powinny być osoby nie posiadające rodzin, bachorząt, ważnych spraw pozazawodowych.  

Bo bez tego całego tobołku człowiek nie dysponuje odpowiednią optyką.

Nie potrafi zważyć. Nie kuma, że first things first.

Tak uważam.
Ale wiadomo – ja jestem po prostu królową utopijnych mrzonek.  

Aktualnie egocentrycznie pławię się w swojej własnym mininieszczęściu rodzinnym, jakim jest hardkorowa infekcja we troje. Choć właściwie nie wiem czy takim mini, albowiem we wtorkową noc pierwszy raz zobaczyłam swoje dziecko w stanie bardzo złym, z bardzo wysoką gorączką, lejące się przez ręce, chlustające jajecznym rzygiem. Po tygodniowej kuracji antybiotykowej, czyli coś jakby nie halo.

Ponieważ żaden z wybitnych prywaciarzy, nawet za grube Pe-eL-eN, nie jeździ do rozpalonych dziatek o późnej porze, padł na mnie strach blady, że pozostaje tylko szpital.

Przy czym ja w pełnym rozkwicie swojej osobistej infekcji. Kaszląca jak gruźlik na dzień przed wyzionięciem ducha oraz także, a jakże, o mocno podwyższonej ciepłocie ciała.

Zgadujmy – czy chore matki mogą być ze swym chorym potomstwem na oddziale?

A tatusie w stanie analogicznym?

 

Zapłakałam gorzko nad refleksją, która brzmiała następująco: jeśli z Marcelim Fr. będzie bardzo, bardzo źle, zostanie sam jak palec, bez mamy i taty. To znaczy nie za bardzo zdołałam to ogarnąć.

 

Na szczęście nie musiałam.

Na szczęście przeżyliśmy.

 

Aktualnie jest tak sobie.

Trochę śpimy.

Latamy za dzieckiem na ugiętych kolanach.

Nic nie jemy.

(Nie, nie pociesza mnie, że właśnie pozbywam się uciążliwego tureckiego all-inclusive)

Telewizor oraz pakiet siedmiu kanałów dla dzieci jest naszym sprzymierzeńcem.

Nasze kołderki nie pachną Lenorem.

My też nie pachniemy.

W domu panuje taka higieniczna patologia, że za chwilę będę tu miała całą właściwą naszej szerokości geograficznej faunę i florę. Roślinki puszczą pędy między panelami. Zwierzątka będą hasać wesoło i żywić się naszą plwociną i łojem. Irenka będzie zachwycona towarzystwem. Nam w sumie wszystko jedno.

 

I przypomniało mi się ostatnie rodziny eF walenie konia nad pewnym ojczulkiem, co to kiedyś był mojej matki małoletnim narzeczonym, a potem, za parę lat, wstąpił do zakonu i niedawno ekipa eF miała przyjemność wysłuchać jego kazania. I, że jaki on mądry i, że jaki zajebisty.

 

- Nie będzie dla mnie autorytetem ktoś, kto, gdy jest chory leży jak kłoda w pierzynie i jeszcze gosposia przy nim robi – zaśmiał się gorzko K. i zaniósł kaszlem.


Dla mnie też nie.


  • RSS