Aktualnie egocentrycznie pławię się w swojej własnym mininieszczęściu rodzinnym, jakim jest hardkorowa infekcja we troje. Choć właściwie nie wiem czy takim mini, albowiem we wtorkową noc pierwszy raz zobaczyłam swoje dziecko w stanie bardzo złym, z bardzo wysoką gorączką, lejące się przez ręce, chlustające jajecznym rzygiem. Po tygodniowej kuracji antybiotykowej, czyli coś jakby nie halo.

Ponieważ żaden z wybitnych prywaciarzy, nawet za grube Pe-eL-eN, nie jeździ do rozpalonych dziatek o późnej porze, padł na mnie strach blady, że pozostaje tylko szpital.

Przy czym ja w pełnym rozkwicie swojej osobistej infekcji. Kaszląca jak gruźlik na dzień przed wyzionięciem ducha oraz także, a jakże, o mocno podwyższonej ciepłocie ciała.

Zgadujmy – czy chore matki mogą być ze swym chorym potomstwem na oddziale?

A tatusie w stanie analogicznym?

 

Zapłakałam gorzko nad refleksją, która brzmiała następująco: jeśli z Marcelim Fr. będzie bardzo, bardzo źle, zostanie sam jak palec, bez mamy i taty. To znaczy nie za bardzo zdołałam to ogarnąć.

 

Na szczęście nie musiałam.

Na szczęście przeżyliśmy.

 

Aktualnie jest tak sobie.

Trochę śpimy.

Latamy za dzieckiem na ugiętych kolanach.

Nic nie jemy.

(Nie, nie pociesza mnie, że właśnie pozbywam się uciążliwego tureckiego all-inclusive)

Telewizor oraz pakiet siedmiu kanałów dla dzieci jest naszym sprzymierzeńcem.

Nasze kołderki nie pachną Lenorem.

My też nie pachniemy.

W domu panuje taka higieniczna patologia, że za chwilę będę tu miała całą właściwą naszej szerokości geograficznej faunę i florę. Roślinki puszczą pędy między panelami. Zwierzątka będą hasać wesoło i żywić się naszą plwociną i łojem. Irenka będzie zachwycona towarzystwem. Nam w sumie wszystko jedno.

 

I przypomniało mi się ostatnie rodziny eF walenie konia nad pewnym ojczulkiem, co to kiedyś był mojej matki małoletnim narzeczonym, a potem, za parę lat, wstąpił do zakonu i niedawno ekipa eF miała przyjemność wysłuchać jego kazania. I, że jaki on mądry i, że jaki zajebisty.

 

- Nie będzie dla mnie autorytetem ktoś, kto, gdy jest chory leży jak kłoda w pierzynie i jeszcze gosposia przy nim robi – zaśmiał się gorzko K. i zaniósł kaszlem.


Dla mnie też nie.