Matka Boska Korporacyjna dostała kurwicy na skutek el-cztery K.

Wyobraziła sobie pewnie jak siedzimy w centrum domostwa, pod nagimi stopami chrzęści wysypany dla hecy piasek, delikatnymi ruchami bioder wprawiamy leżaczki w bujanie, a Marcelek przebrany za małpkę, podaje nam wielopiętrowe drinki. Obraz ten przyprawił ją o torsje.

Nie przyszło idiotce do ograniczonego, ogarniętego gorączką kariery łba, że jej podwładny naprawdę zdycha, naprawdę wypluwa płuca, jego czoło naprawdę parzy, że my tu mamy naprawdę domowy szpital, przy czym personel i chorzy to jedna ekipa. Naprawdę.

Albo – przyszło, ale uznała, że nic nie usprawiedliwi zdrady Korporacji jakiej dopuścił się niecny K., zalegając w łóżku.

Bo Korporacja to jej życie. Jej cały świat.

Innego nie ma.

 

Ale wcześniej, zanim zarządziła szpitalną dezercję, nękała mailami. Kilkanaście dziennie, a co. K. siedział i pisał, a drobinki flegmy zalepiały monitor. Gdy okazało się, że bieżące sprawy nie są zaniedbane i że właściwie nie ma o co drzeć pyska, pobawiła się w korporacyjnego archeologa. Zajrzała tu, zajrzała tam. Postarała się, żeby znaleźć sprawę, cóż z tego, że zamierzchłą, która nie została załatwiona celująco, a jedynie na dostateczny plus.

I tu zaczęła się jazda. Bez trzymanki.

 

Pomyślałam empatycznie: ja wiem, droga Matko B., że dobija cię fakt, iż jedyne czemu możesz matkować to ten dział, nad którym rozpostarłaś swe troskliwe skrzydła, że dni twoich jajeczek są już policzone, a żadne poprzednie nie dostąpiło przyjemności zamiany w zygotę, że kolesie, w których upatrujesz nadzieję na zmianę tego stanu rzeczy, nie chcą cię, skąd to wiem, ha, gadasz jak najęta, bombardujesz podwładnych swoimi historiami, fantazjami, frustracjami, to i ja wiem, proste, wiem wiele, nie wiem natomiast jednego – co ma z tym wszystkim wspólnego mój małżonek?

 

A potem się okazało, że nie tylko jemu pierdolnęła taką jazdunię. Oraz, że wizyta K. w pracy podczas, gdy powinien był siedzieć w domu, była zupełnie niepotrzebna.

 

I tak pomyślałam, że chyba szefami nie powinny być osoby nie posiadające rodzin, bachorząt, ważnych spraw pozazawodowych.  

Bo bez tego całego tobołku człowiek nie dysponuje odpowiednią optyką.

Nie potrafi zważyć. Nie kuma, że first things first.

Tak uważam.
Ale wiadomo – ja jestem po prostu królową utopijnych mrzonek.