Muszę nosić w sobie jakieś szwabskie geny, z czego na pewno dumna nie jestem, albowiem nic mnie tak nie cieszy, jak obraz wyłaniającej się z chaosu harmonii, i tu nawet nie chodzi o pewien nieprzesadny, miły dla oka porządek chacie, choć jest on very welcome, ale o życiowe poukładanie, fakt, że rano żegnamy się wszyscy i każdy robi swoje. A potem znów jesteśmy razem.

Ordnung muss sein, no.

 

Pralka hula.

Zmywarka hula.

W garach pyrkoce i ładnie pachnie.

Dawcy nerek popierdalają mi za oknem przez Mosty Warszawskie.

Ja stukam w klawiaturkę.

Irenka jest mi mruczącym termoforkiem.

Mąż dzwoni z pracy (a nie cherla zza pleców).

Marceli Fr nie dzwoni z przedszkola, ale na pewno czule myśli. Cha, cha.

 

Kompozycja pewnych dźwięków i braku innych zapewnia mi poczucie spełnienia i względny spokój ducha.

 

I nawet zaczynam coś jakby czuć krysmasowe wibracje, choć nie tak dawno miałam w dupie.

Puszczam se świąteczną Dajanę Krall, parzę kawę z cynamonem. Miziam się świadomością obecności kompletu prezentów zakitranych w szafie. Myślę ciepło o ciastkach korzennych Chudej, które jeszcze w potencji, ale lada moment w aktualizacji, tylko czas znajdę i wenę.

 

Mam gdzieś z tyłu głowy, że istnieje pewna rzecz, która bardzo szybko i skutecznie zmąci to chwilowe (?) poukładanie. Ale mama codziennie pyta dziadka czy nic go nie boli, a on twierdzi, że nie.
Więc może ten dobry czas potrwa nieco dłużej.