Dla kobiet czas nie jest łaskawy.

Mam za moment dwadzieścia osiem lat, rany jak to brzmi. Matuzalem.

Niegdysiejszy ma dopiero dwadzieścia osiem. Tak niewiele. Szczeniak. Szczyl. Mleko ma pod nosem a wszystkim się wydaje, że to piana od Guinnessa.

 

Niegdysiejszy ponoć rozstał się z Następną.

Wydawało się, że rokujące. Te same klimaty, bohema, artyzm, srutututu gacie z drutu.

Myślałam, że po tym jak przeżył (?) nasz break-up we wrześniu roku przedmarcelowego, zastanowi się trzy razy zanim spierdoli kolejną relację. Ale nie. Ona jemu – a może by tak…?, on na to – it was great fun, baby, see ya.

 

Co prawda to prawda – on jest szczególnym przypadkiem, totalnie nieopierzony embrionik.

Ale.

Który facet tak na dobrą sprawę jest gotowy na coś poważnego przed trzydziestką, a może i trzydziestką piątką? Niewielu jest takich. Na palcach jednej dłoni. Ilu udaje gotowość? Oj, wielu! Niektórzy, bo są staroświecko (nie wartościuję!) wychowani i mają wszczepiony wewnętrzny imperatyw, inni, bo wpadają i za bardzo dbają o swój pijar, bądź też mają dobrze ukształotowane sumienie, jeszcze inni bo zakochali się na zabój i obsikują teren, byle szybko, byle się nie rozmyśliła, słyszysz koleś? (to do plemnika), celuj w tą wyniosłą pindę, co ją zwą jajo, byle skutecznie. O! Albo baba truje i tak jakoś dulszczeją. 

 

Znam wszystkie przypadki, co najmniej razy dwa każdy.

Osobiście myślę, że byłam trzecim. Naturalnie podzielałam entuzjazm. Moje jajo również i wcale nie było wyniosłe.

 

Porwaliśmy się i dobrze nam.

Atrybutami tak zwanej dorosłości są: umowa o pracę na czas nieokreślony (K.), względnie kilka umów o dzieło (ja), Lego Duplo rozpierdolone po podłodze, kawałek szlachetnego kruszcu na prawym serdecznym, pierwszy siwy włos, bo rozjechał się grudniowy budżet, przypięty magnesem do lodówki numer do wyjazdowej pani pediatry, sto sześćdziesiąt za wizytę. Wszyscy uwikłani w tę, tak zwaną dorosłość, nie mieszczą w głowie trudnego w percepcji faktu, że oto ich rówieśnik macha palcem w dziurawym trampku, żyje z dnia na dzień, zarabia lub nie, rucha nie pytając o ważne świadectwo badań na WZW, HIV i mendowszy, oraz prowadzi swoją starą brykę na lekkiej bani (w pewnej części Europy dopuszczalne). Plus kompletnie nie wie, co będzie jutro.

 

Że jak to tak?

I to fajne jest? Serio?!

 

I ja też tak samo. Że się dziwię. 

Albowiem odkąd moja macica miała okazję, wielce rozczarowana, złuszczyć się i krwawić po raz pierwszy, poczułam totalną, obezwładniającą chuć rozrodu, zbudowania szałasu tu i teraz, w tym lesie (dostałam pierwszą miesiączkę na grzybobraniu), i pędzenia żywotu człowieka poćciwego wraz z gromadką poćciwych bachorząt (o słodka naiwności, cóż za niewiarygodny oksymoron!).

 

A Niegdysiejszy nie.

Kiedy więc? Nieprędko!

 

Ani nie zazdroszczę, ani nie szydzę. Nie patrzę z pobłażaniem i nie prycham. Nie rozumiem po prostu. Ale tak na płaszczyźnie intuicyjnej, emocjonalnej, mentalnej. Bo intelektualnie mam wszystko rozrysowane. On szczyl jest. A ja mam kurze łapki.


Bo to jest tak.

W czasie gdy mężczyzna nabiera pociągającej patyny oraz, być może – dojrzewa, kobieta patrzy z rezygnacją na swoje piersi jak puste portmonetki.