Pisałam już kiedyś coś niecoś o wszechobecnym partactwie, tak?

No i niestetyż, jakże żaluję, nie mogę nic a nic odszczekać.

 

Bo tak:

Autorka, a także główna bohaterka spisanych tu przypadków, zwana przez małżonka Ewunką, Bobrem (nie kojarzyć z rodzajem fryzury intymnej, kojarzyć ze specyficznym lookiem górnych siekaczy), Strzeszką (przycięta od linijki grzywa), Kochatką (coś jakby koszatka, ale skrzyżowana z bobrem), Ptakiem Cipakiem (podczas snucia się po domu nago) i jeszcze różnie inaczej, w okresie świątecznym zwana jest głównie Świątecznym Stworzeniem.

W sensie, że miewam okołoświątecznego zajoba, co K. bardzo rozczula.

Się pławię w klimatach. Mam na chacie jodłowe wianuszki, jemiołowe wiązki, kilka opleceń lampeczkowych, z głośnika chrypi Bob Dylan, ciastka korzenne szczypią w gardło (imbirem się mi sypło), grzaniec łagodzi szczypanie oraz obyczaje.

 

W związku z tym zajobem choinkę kupuję odpowiednio wcześnie oraz odpowiednio wcześnie ubieram. W tym roku padło na zagrodę nieopodal Castoramy. Wzięłam dziadkom i sobie. Dwa świerczki, albowiem nie ma jak to zapach żywicy świerkowej.

 

K., zaprzęgnięty do uciosania dołu celem udrożnienia układu pitnego, nie widział nic zdrożnego w tym, że po operacji balkon był usłany igliwiem.

- A bo tak szargałem nią trochę.

Hę? Żadne szarganie nie robi takiej masakry, gdy drzewko świeże.

No ale dajmy mu szansę, temu drzewku.

 

Dzień pierwszy i ostatni.

Dzwonię do firmy odpowiedzialnej za moje rozczarowanie.

- Wie pani – informuje mnie kobiecy głos – choinki mają to do siebie, że się sypią.
Trzy głębokie wdechy. Łyk wczorajszego zimnego już grzańca. Stukot pazurem w blat biureczka.

Mówię panience, że nie mam piętnastu lat i to nie pierwsza choinka w moim życiu i wiem, doprawdy, wiem jak zachowują się choinki. Zachowują się dobrze (nie nadużywają, bekają w sweter, rzadko zdarza im się gmerać w jądrach), o ile tylko nie są ścięte zaraz po Wszystkich Świętych.

Panienka do mnie, ze u nich nie można reklamować.

Prycham w słuchawkę. Informuję, że znam prawa konsumenta i że, owszem, można.

Panienka słucha przez moment suflera. Sufler łaskawie pozwala mi WYMIENIĆ egzemplarz.

- Ależ! Po ki chuj (wersja autentyczna – na cóż) mi inne drzewko z tego samego cięcia dwa miesiące temu?!

Panienka mówi za suflerem, że nic innego dla mnie nie zrobią.

Zgrzytają mi trzonowce. Trzeszczy czaszka. Tańczy powieka.

 

Mylicie się, nikt jeszcze nie wygrał ze Świątecznym Stworzeniem, kutasy złamasy.

 

Władowuję do bryki dwie choiny.

Jedna wciąż spowita siatkowym kondomem, druga w pełnej krasie – igiełki są WSZĘDZIE.

Ogarnia mnie wścieklizna. Piana leje mi się z pyska, oczy zachodzą krwią.

Pan od choinek spod Castoramy wciska mi kilka banknotów i błaga wzrokiem bym już poszła, bo odstraszam klientów. Przerywa mi naprawdę dobry monolog, więc nie czuję wielkiej satysfakcji.

 

A potem, cóż, kupuję jodłę.

U chłopa. Ostrzegam, że jak coś to wrócę.

Chłop mruga i mówi, że nie wątpi, bo do niego to wszystkie wracają.

 

Ale nie wracam.