Kolejny zestaw Duplo, tablica do rysowania kredą, miodowy sweterek, golarka do strzyżenia brody, miodowy zestawik zimowy, w tym urokliwy szalik z pomponami i skórzane rękawiczki z rządkiem mikroguziczków, box dvd Szulkina do oglądania jak mnie nie będzie na chawirze, patelnia z dizajnerską pokrywką, drewniany zestaw kolejofilski z mnóstwem kombinacji ułożenia torów i wagonikami na magnesiki, trzy cudnej urody bluzki, utrzymane w tonacji granat/petrol, antologia Kundery, Rzeczy pierwsze, Spojenia i Piknik na skraju drogi, widelec z termometrem, czyli to, czego mi od dawna brakowało w kuchni (obok moździerza!), srebrna bransoletka charms (kocham!), Bękarty wojny, ciepła kołdra z IKEI (cha, cha!), kolejny Hot Wheels, granatowa koszula, czerwona kurtka w góry, czapka uszanka, bilet na koncert, na którym baaardzo chciał być K., szare cudne wdzianko pełniące rolę golfu, bon do pewnego butiku, popielaty gruby sweter ze stójką, analog Slayera.

 

Że nie wspomnę o uginającym się stole i mnóstwie świątecznych dekoracji.

 

Tak, nasze Boże Narodzenie to świątynia przepychu i konsumpcjonizmu. Nie zająknięto się o nowonarodzonym Zbawcy. Zaintonowano kolędy, lecz z nieprzesadnym zaangażowaniem i tak bardziej, żeby się dziecko cieszyło (Marceli Fr. kocha wszelkie przejawy muzykowania, nieodrodne nasienie swego ojca). Tradycje kultywowano wybiórczo. To co nam odpowiada i ładne, owszem. No ale pasterka, wybaczcie, nieco za późno.

 

Cieszono się jowialnie zawartością paczuszek. Rozpinano coraz szerzej rozporki i guziki. Srano i puszczano gazy.

 

W ramach przeciwwagi dla rozbuchanej konsumpcji i upadku obyczajów poszliśmy z K. nasycić ducha. W odstępie kilkudniowym zapoznaliśmy się z debest of debest polisz kinematografia dwa tysiące dziewięć, nad którymi panowie w zjedzonych przez mole wełnianych marynarkach, biją sobie konia w woniejącym naftaliną studio TVP Kultura.

No i tak.

Ten pierwszy – majstersztyk. Absolutny wypas. Pomimo, że jednego wątku nie zajarzyłam, czym wielce rozczarowałam mojego wszechwiedzącego małżonka. Ewunko, nie pierdol, że nie wyłapałaś tego? To jest KLUCZOWE dla akcji!.
Ten drugi – hmmm. Gdyby nie antenowe wytryski może byłabym zauroczona. Bo ujmujący, zabawny, znakomicie zagrany, oryginalny, może nawet nowatorski. Ale kurwa – co to miały być te flash-forwardy lotniskowe, kapiące natrętną poprawnością polityczną (reżyser chciał przy okazji filmu o paskudzie realiów komunistycznych, koniecznie podkreślić solidarność z homoseksualistami?), patosem (ach, ta świeczka pod pomnikiem, trąci niemalże finalną sceną cmentarną z Małej Moskwy) i bezsensem (po co, pytam, po co?? Żeby jeszcze raz pokazać piękną twarz Dorocinskiego? Aż tak piękna nie jest…).

 

A tak w ogóle moi mili, zapalenie uszu na pokładzie i znów Marcelek z Mamunią dwadzieścia cztery na dobę, słodko, ślicznie, bombastycznie. 
Ale luz, doprawdy. Zostało sporo wina ze świąt.