eee-co-to-ja-chcialam blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2010

Było ładnie i my byliśmy ładni.


Słońce produkowało się w śnieżnym skrzeniu, a także powodowało powstawanie rozlicznych refleksów na odmrożonej Odrze. Miałam na sobie białe narciarskie spodnie, czerwoną kurtkę, śniegowce i czapkę uszankę. Zrobiłam nawet makijaż, choć zwykle na spacery chodzę niemalowana. Marceli Franciszek nosił podobne kolory, tyle, że spodnie ciemne, bo – wiadomo. Czarował, jak zawsze, lazurowym wejrzeniem oraz podrasowanym zimnem kolorytem policzków, a ja uśmiechałam się szeroko bobrzym uzębieniem, bo zestaw: śnieg, słońce, narciarskie spodnie, kojarzy mi się najlepiej jak można.

Było naprawdę ładnie i my nie odstawaliśmy urodą własną.

Tutaj, za wałem, vis a vis naszego domu, jest doprawdy malowniczo, a teraz z tym śniegiem i słońcem, zapiera dech w piersiach, nie wiem jak można siedzieć w czterech ścianach, aż się prosi porwać sanki i nie zważając na ostrzegawczy smark, wytarzać z bachorzęciem w błyskającym drobnymi gwiazdkami śniegu.

 

I co takiego się stało, że znów pulsowała mi w głowie dwukolumnowa tabela, z jaskrawym podpisem na górze – BILANS ZYSKÓW I STRAT W MACIERZYŃSTWIE? Dlaczego przestałam suszyć górne siekacze, przecież tak im dobrze było pooddychać śniegiem i słońcem, tak błogo było i tacy byliśmy ładni. Dlaczego się nagle zbrzydził szpetnie obraz, i czemu, choć wizja jednaka, zrobiło się przejebanie źle?

 

Zrobiłam co w mojej mocy, a moc moja, jak wiadomo, nie jest taka znowu nieskończona.

Tłumaczyłam cierpliwie, stawiałam z powrotem do pionu, ze spokojem rejestrując serię spazmów i wściekłych padów w śnieg. Prosiłam o opanowanie, groziłam sankcjami, wciąż trzymając na wodzy swoje możliwości wokalne. W międzyczasie spotkałam jedną taką, której grymas nieszczerego zatroskania (usteczka w ciup, brwi pod czapkę) nie ułatwił sprawy, usłyszałam kilka dzień dobry, ojej, ale chłopczyk jest niegrzeczny, widzisz Pamelko?, zgubiłam parę razy sanki, rękawice, siebie, w końcu wziąwszy brutalnie za chabety, niosłam w pocie czoła wierzgające trzynaście kilo, w tym, oceniam na oko, z dziesięć deko zwoju mózgowego, ale pewna nie jestem, możliwe, że mniej.

 

Doczołgawszy się do chawiry, zawołałam posiłki do histeryka-epileptyka wycierającego sobą kafle na klatce schodowej. Rób z nim co chcesz – wycedziłam towarzyszowi niedoli, a ten skierował syna do łóżka. Marceli Franceli przyłożywszy do poduszki parszywą główkę – zasnął. Osunęłam się na fotel. Bilans jawił mi się niekorzystnie.

A tacy dziś byliśmy ładni.  

Złota myśl u schyłku stycznia:

Zmęczenie spowodowane dużą ilością rozmaitych zajęć jest dużo lepsze od zmęczenia nadmiernym kminieniem. Bez żadnego porównania.

Jednak gdy wytresowany Estivillem dzieciar zaczyna znów podpierdalać ze snem, to robi się nieciekawie. (Jednak wciąż nie tak bardzo, jak w czasach, gdy z powodu braku zajęć intelektualnych, kminiło się ponad miarę.)


Kupiłam witaminy oraz lekramowany przez żonę Małysza specyfik na wkurw. Ziołowy, luz. Czy widzę zmiany? Chyba tak. To znaczy drę się tak samo, jak przed, ale dłużej się mię doprowadza do pierwszego wydarcia. Czyli jakiś tam plus jest.

Poza tym postanowiłam mieć w sobie NIECO mniej jadu (drugi plus, lecz nie chwalmy dnia).

Tej polskiej żółci, o której z zatroskaniem i przyganą mówiła pewna kryształowa, ukraińska tancereczka go-go.

Nie mam nic do tancereczek, sama bardzo chętnie nauczyłabym się owijać swe ponętne ciało wokół rurki, ale po pierwsze mam pewne wątpliwości, czy ponętność mojego ciała nie jest kwestią subiektywną, po drugie nasze mieszkanie, choć milusie, raczej nie daje zbyt wielu szans na rurkę i nieco przestrzeni wokół, po trzecie wreszcie – mam za sobą pewien jednorazowy epizod ze striptizem zadedykowanym swego czasu mojemu kochankowi, obecnie- mężowi, i nie wiem, ale mam wrażenie, że Bóg mi poskąpił talentu w tej dziedzinie. Choć K. twierdzi, że numer z wykopem gaci na żyrandol, był imponujący. Chyba mu wierzę, bo w komplementach jest zwykle prawdomówny.

 

Ponadto kolejny raz dosięgło nas cudownie niezawodne prawo merfiego (celowo z małej, bo to kutas, nie bliźni, skoro takie coś wymyślił), które tym razem przybrało postać takiego oto twierdzenia – jeśli pośród tryliona skrzętnie kitranych paragonów brakuje ci jedynego jedynusieńkiego paragonu na bardzo drogą rzecz, to pewne, że ta właśnie rzecz prędzej czy później się spierdoli.

No i co? Nasza cudowna indukcja, co to wprawiała mnie w stany okołoekstatyczne, delikatnym drżeniem garnków przed w-trzy-sekundy-wrzeniem, odstawia ostatnio różne hocki klocki. Na przykład gotuje o dwunastej w południe, a o osiemnastej już nie. Dziecko mnie prosi o jajo, mamo!, a ja mogę jedynie załamać ręce.
I znów ogarnia mnie dziki szał.

Ja powinnam jednak zbadać tę tarczycę, ale z ręką na sercu ni chujeńka nie mam czasu.
 

Poznałam ją w okolicznościach, nie wdając się w szczegóły, parazawodowych.

Cośtam dla niej tłumaczyłam.

Powitała mnie w świetnie zaaranżowanym mieszkaniu, na drugim piętrze starej, obeszczanej kamienicy, o ścianach pokrytych grzybem i hawudepe. Mieszkania w kamienicach mają to do siebie, że pomimo braku windy, podziemnego parkingu i kilku innych zalet mieszkań w nowej zabudowie, dają nieporównywalnie większe możliwości przy wcielaniu w życie fantazji architektonicznych. I ona wcieliła w życie swoją fantazję, a może to była fantazja jej partnera, nie wiem, mniejsza o to. Trochę było tam swobody loftu, trochę dystyngowania antykwariatu, dużo prostoty, dobry dizajn szczegółów.

Rozmawiało nam się dobrze, od słowa do słowa otarłyśmy się o prywatę, by po kilku minutach pławić się w niej na całego. Okazało się, że jest nieco starsza ode mnie, choć wyglądała na dobre pięć lat mniej.

 

Wyraziła współczucie z powodu mojego harmonogramu tygodnia. Nie do końca zrozumiałam. Uściśliła. To strasznie ograniczające wszystko dopasowywać do dziecka, jego notorycznych absencji przedszkolnych, a co za tym idzie niepożądanej obecności w domu. Zgodziłam się uprzejmie – tak, to ogranicza. (Jak wszystko, co dla nas ważne?)

Jestem osobą lubującą się w uprawianiu drobnych martyrologii. W tym wszystkim szczególnie bliska jest mi, okraszona sporą dozą autoironii, martyrologia macierzyńska, pomimo nieskończonej i obezwładniającej miłości do mojego syna. Lecz. Nigdy nie myślałam o swojej sytuacji jako nadzwyczajnej. Ot, wszystkie mamy mniej lub bardziej przejebane, cha, cha, a zatem nic wielkiego.

 

A ona ubolewała.

Fakt, musiałam kilka razy przełożyć nasze spotkanie, z przyczyn objętych wyżej omówionym męczeństwem, upadłam pod krzyżem parę razy, smagnięto mnie rzemieniami, ale powstałam i oto jestem, a przyczyna mych jęków siedzi w przybytku wczesnej edukacji i na razie nikt zeń po mnie nie dzwoni!

No więc jak już  mówiłam, lubię się czasem samoumartwić, acz nieszczególnie lubię być obiektem czyichś pełnych ubolewania jęków. To mnie buntuje. Zawstydza brzmieniem własnego kłamstwa. Sprawia, że muszę wyznać prawdę. A prawda jest taka, że jestem ze swoim życiem bardzo zaprzyjaźniona i nie chciałabym w nim nic a nic przestawiać.

 
Wreszcie wyznała, że sama absolutnie nie dojrzała do takich przygód, jak robienie nowych istnień. Ba! Już od roku rozważają z chłopakiem przygarnięcie kota. Bo kot to też duża odpowiedzialność. Trzeba dobrze przemyśleć. Małżeństwo? Och, nieprędko. Na razie musi skończyć studia. Kolejne rozpoczęte. Żadne nie skończone. Gdzie pracuje? Właściwie nie pracuje. A co chciałaby robić? Nie wie. Ma trzy dychy na karku i nie wie, co chce robić.
 

Roztopiłam się na jej żywiczną posadzkę, jak masło Ghee, które uporczywie wciska nam, owładnięta manią zdrowej żywności, teściowa. Umarłam z żalu.

Ona mi współczuje.

Ona mi współczuje.
Wyraża ubolewanie.
Słodki Jezu.


 

Gdyby była katalogiem Quelle, nad którym wraz z Katjuszą spocone z podniecenia bawiłyśmy się w zamawianie zachodnich dóbr, zamówiłabym z niej abażury od ściennych kinkietów z tego jej dobrze przemyślanego mieszkanka w cuchnącej uryną kamienicy. I nic więcej.


Ale te abażury były naprawdę zajebiste. 
 

Zaprawdę powiadam – kto dzieci nigdy nie posiadał, nie wie czym jest permanentna rezygnacja.

 

Ja, na przykład, rezygnację opanowałam do perfekcji.

Już nie boli jak kiedyś. Już tak bardzo nie kłuje w sercu, że oni tam szusują w Dolomitach, a ja tu podaję syropek wyksztuśny, oni piją cały weekend, potem śpią do trzynastej, a ja w sumie też mogę pić, tylko kto za mnie wstanie szósta trzydzieści. Albo, że w chorobie to sobie śpią cały dzień na przykład, a przynamniej leżą. O, albo, że wydają kasę na przyjemności, a nie kolejną baterię leków.

To znaczy kłuje, ale dużo, dużo mniej. Wytłumaczyłam swojemu sercu, że takie kłucie to syzyfowe jest mocno, bo niczego nie wskóra, a tylko mnie wkurwi. A potem stary będzie tylko łaził i mendził o badaniu tarczycy.

 

Jestem, wyznam nieskromnie, wirtuozem pokornej rezygnacji, i kiedy umawiam się z kimś w godzinach kolorowomisiowych, zawsze załączam asekurancką klauzulę – o ile tylko nic nie wyskoczy, co dla bezdzietnego interlokutora oznacza, że raczej na dziewięćdziesiąt dziewięć wszystko odbędzie się normalnie, ja tymczasem wiem, że na jakieś maksimum pięćdziesiąt, bo jednak coś wyskakuje nader często.

 

I teraz wyobraźmy sobie, że biorą mnie gdzieś na regularny etat.

Siadam sobie za biureniem, czynię pierwsze klik-klik w służbową klawiaturę, a tu na wyświetlaczu Kolorowe Misie calling, że Marceli Dupeli podejrzanie ciepły/podejrzanie obesrany/z podejrzanym glutem wiszącym do połowy rajtuz w traktory.  

I tak co jakieś półtora tygodnia. No, w porywach dwa. Przy kurewskim szczęściu dwa i pół.

I na ElCztery na tydzień-dwa. Właściwie więcej w chacie niż na etacie.

Który pracodawca by to zdzierżył? Chyba tylko urząd. A ja się tam nie wybieram. Swój epizod z administracją samorządową mam za sobą, i jeśli hołdować myśli, że każde doświadczenie nas jakoś wzbogaca, to muszę się nieźle napocić, by wykoncypować jak urzędowe pierdzenie w stołek i przewalanie stert papierów z jednego końca biurka na drugi, wzbogaciło moją ubogą osobę. Może tak, że opanowałam do perfekcji wachlarz grymasów sugerujących zajebanie robotą po kokardę, gdy tymczasem studiowałam przypadki dawnych koleżanek na popularnym serwisie społecznościowym. I pasłam swój ciążowy odwłok.

 

Jest dobrze, jak jest i pracy mam, dziękuję, ostatnio coraz więcej. I nawet fajnej pracy.

 

A ta rezygnacja to mój osobisty zen. Rezygnacja mnie zajebiście wycisza, sprawia, że siadam po prostu nic nie mówiąc, pokornie odstawiam aktualną robotę i gapię się tępo w zestaw Duplo pod tytułem żwirownia, a potem równie tępo uśmiecham do zasmarkanego budowniczego Marcepanka Fr. Bujam się po tafli jak ten kwiat lotosu i nic mnie nie rusza, nawet podskubujący mą łodygę mały, złośliwy karasek.

 

I jednak tych bratnich dusz, w osobie innych matek, jest całkiem sporo, tylko trzeba się dobrze rozejrzeć. Wczoraj na przykład zabrałam Irenkę na szczepienie.

- Odrobaczony? – pyta pani weterynarz.

- Aktualnie to nie wiem – mówię uczciwie – ale zaszczep mi gada, dobra kobieto, bo zestawu: chory kot, chory bachor i mnóstwo roboty, nie zdzierżę.

- Pierwszy rok w przedszkolu? – kobieta kiwa ze zrozumieniem znad strzykawki ze szczepionką – Wiem, znam. Można sobie, kurwa, otworzyć tętnice.

- O, to to!

I takeśmy sobie miło pogaworzyły. I taka się poczułam zrozumiana.

Człowiek niby pójdzie zaszczepić kota, a jeszcze se kozetkę czasem odpali gratis.

Nie szlajam się po forach.

A już na pewno nie mamusiowych.

Gdybym zawierzyla tym wszystkim samozwańczym pediatryczkom, psycholożkom z bożej łaski, domorosłym napisz-do-gosi, moje dziecko miałoby wszystkie upośledzenia świata, a ja sama piła wódkę z wujem Jurkiem w zaświatach.

To tak jeśli chodzi o treść.

 

Z tym, że forma nie lepsza.

Te fasolki, dzidziulki, brzusie, cycusie, cipulki, laktacyjki, ja pierdolę, nerwica natręctw?

No i te całe tickerki.

Jesteśmy razem pięć lat, trzy miesiące i cztery dni.

Jesteśmy małżeństwem trzy lata i siedemnaście dni.

Olivierek ma już dwa latka, dziesięć miesięcy i jeden dzień.

Klaudiusia ma cztery miesiące i dziesięć dni.

(Pierwsze nasze obciąganie miało miejsce sześć lat temu i dwa tygodnie. Pierwszy raz miałam przy nim wiatry dwa lata, dziesięć miesięcy i dwadzieścia trzy dni temu.)

 

Są też lepsze zawodniczki.

Nasz Aniołek miałby dziś trzy latka i dziewięć miesięcy.

Rany!

Mam ogromny szacunek i przepastne współczucie dla kobiet, które straciły dzieci, ale czy to na pewno czas i miejsce? Ten kontekst? Gadka szmatka o kupci, o dupci, seksie małżeńskim, skarpetach starego a tu buch! Gabryś miałby dziś półtora roku i osiem dni. Brrrr!

 

I takież to wszystko przewidywalne.

Podobnie jak doskonale wiem, w jaki sposób należałoby skonstruować list od czytelniczki Wysokich Obcasów, by zostać wydrukowaną (poszłam pod prąd, rodzice nie tolerowali moich wyborów, żyję w lesbijskim związku i jestem szczęśliwa, albo: dusiłam się w moim małżeństwie, patrzyłam tępo w sufit gdy mnie posuwał, nie rozumiał moich wierszy, teraz jestem z Janem i on wszystko kuma, czasem warto nie iść na kompromisy, albo: czuję presję społeczną żeby rodzić dzieci, ale dzieci mnie nie kręcą, nie chce ich, jestem szczęśliwa ze swoją karierą, kobieta nie musi rodzić, żeby być pełnowartościowa, albo: mój głęboko wierzący przyjaciel gej został wyśmiany publicznie przez księdza z naszej parafii, powiedzcie, kiedy kościół nauczy się wcielać w życie przykazanie miłości, albo…..), podobnie doskonale wiem, co napisać na forum dla przykładnych mamuś, żeby zostać przyjętą w ich zaszczytne szeregi.


Najważniejsze to mieć trzydzieści pięć tickerków, w tym jeden ile minęło od zesrania się podczas porodu, co dało nam siłę oraz świadomość własnych ułomności, a ile od ostatnich przeprosin po pierdolnięciu przez męża w ryj, spowodowanym zdradą z kolegą z działu, co z kolei umocniło naszą miłość i oddanie. Im bardziej osobiste fakty, tym lepsze tickerki.

Potem – mieć bogate słownictwo w zakresie słodkiego pierdzenia. Wszystko musi być malusie, milusie i słodziusie. Tak, jak dla wielu ludzi biznesu, nie wiedzieć czemu pieniądze są pieniążkami.

Potem należy być alfą i omegą w dziedzinie medycyny, psychologii, seksuologii, planowania rodziny, praw matek i jeszcze kilku. Każdą swą mądrość należy koniecznie słodko wypierdzieć, na przykład – Droga Elu, osobiście uważam, choć oczywiście mogę się mylić, gdyż, jak mawiał Jan Paweł Drugi, wielki Polak, rzeczą ludzką jest błądzić, ale uważam, że jest to skaza białkowa, z łaciny przyszczatio na infante ryjex i doradzałabym ci, choć oczywiście nie chcę wydać się namolna, odstawić mleczko Łaciate. Z kolei Kościan możesz (lecz nie musisz, jeśli ci, kochana, nie smakuje) swobodnie pić, bo ponoć nie uczula. Moja znajoma doktor habilitowany pediatrii tak mówi, a ja jej ufam, ale to oczywiście ja, ty zrobisz co zechcesz, namawiałabym jednak, o czym świadczy przysłowie homo hommini lapus, nie jeść zbyt wiele nabiału, no chyba że serki cynamonowe Darek, są pyszniusie!

No i pacz pani, jaki to człowiek przewrotny. Wiem, co napisać, żeby wejść do wspólnoty uroczych mateczek, a jednak, nie wiedzieć czemu, nie piszę. Pacz, pani kochana, jakie to są te meandry przewrotności ludzkiej, zawikłane takie!

Miałam o czymś zupełnie innym, a mianowicie o pewnej pomyłce.

 

Siedząc otóż pod gabinetem pani dermatolog, poczułam się znużona czekaniem, więc zaklepawszy miejscówkę, skoczyłam do kioseczku po lekturę. Ponieważ wszelkie interesujące mnie gazety (lub czasopisma) tak zwane opiniotwórcze, podróżnicze i wnętrzarskie zaposiadam na chawirze, a pisemka dla mamuś przyprawiają mnie o torsje, nabyłam pismo wnętrzarskie, którego akurat nie zaposiadałam.

 

Otwieram i widzę coś.

Jest straszliwe.

Przytykam dłoń do ust, by nie krzyknąć.

 


Widziałam meble Kler – nie raz, nie dwa. Jest to marka dość jednoznacznie stargetowana, bo trochę w niej Bodzia – brązowa skóra, lwie łapy, kolumny jońskie i korynckie, a trochę, powiedzmy, przyciężkawej nowoczesności dla majętniejszych Mariuszów oraz ich Andżel . Zdarzają się strzały atrakcyjne i dla nas, ale nie dramatujmy.

No i wszystko się zgadza  - ktoś tu dobrze przemyślał strategię, obrał słuszny target, zrobił obrazek doskonale dopasowany do jego gustów.

 

Na obrazku widnieje skrawek beżowo-białej sypiali (podłoga i ściany w jasnych marmurach, wezgłowie łoża z białej skóry, satynowa pościel w kwiatostany). Na łożu leży Mariusz, jak mówiłam z tych majętniejszych (własny lombard? solarium? salon fitness?), oraz światlejszych (licencjat na Prywatnej Wyższej Szkole Magii i Absurdu), a na jego mariuszowym twardym jak skała biuście spoczywa ufryzowany (jak do wyjścia na wesele przyjaciółki Andżeli – Marioli) łeb o facjacie z ciężkim mejkapem. Ukształtowana na siłce i pozbawiona owłosienia ręka Mariusza zwisa ze skórzanego łoża pod ciężarem wyglądającego drogo zegarka i srebrnej bransolety (!). Łeb jego natomiast machnięty jest stylowo na białą siwiznę. W nogach Mariusz i Andżela mają srebrną tacę z jakimiś puzderkami i kryształkami (WTF?!). Zapewne przed pójściem spać zabawiali się na ostro – ona zamykała mu przyrodzenie w puzderkach, on wciskał jej kryształki w tyłek.

 

Naprawdę myślicie marketingowcy Kler, że target waszych mebli sięgnie po pismo o wnętrzach? Że potrzebuje inspiracji, rady? Że zechce mu się czytać o loftowych salonach, fioletowych łazienkach, fikuśnych emaliowanych garnkach, komiksowych tapetach, folkowych zasłonach w pawie oczka, naklejkach na ścianę z sylwetką Cherry z Planet Terror?

Oni przecież mają doskonale rozrysowane w głowach jak się urządzą, jak już zdobędą przydział. To proste.

Wiesława i Eugeniusz wezmą dębowy kredens z lwimi łapami. Ich syn i synowa wezmą kredyt w Providencie na białe, skórzane łoże. Wygląda na spore, zmieści się i mały Brajanek.

I fajnie.

Każdy orze jak może oraz jak lubi.

 

Tylko nie przedłużajcie już umowy z tą gazetą, co? Bo mi się siatkówka odkleja jak widzę.

W poczekalni do dermatologa ożyło moje umiłowanie do barwnych reminiscencji.

(Atopowa skóra między palcami – na taką szpetotę nie pomaga ni wytworny fręcz, ni charms na nadgarstku).

Obecność bab i dziadów przywróciła mi wspomnienie pewnego słonecznego października, kiedy to miast integrować się w lokalach Miasta z ekipą uniwersytecką, siedziałam w szpitalu na Pierwszego Maja, obecnie Jana Pawła, na dermatologii, jedyna poparzona, jak opowiem w jaki sposób, gotowiście we mnie zwątpić.

Wszyscy dookoła z drożdżycami międzypośladzia, grzybicami pachwin, pleśniawkami łona, procesami gnilnymi kolan, fermentacją pępka, ja pierdolę, czego oni nie mieli. Najgorzej, że z lubością obnażali się przed sobą nawzajem, a co za tym idzie, przede mną również, robili sobie dobrze przerażeniem w oczach audytorium, podkręcali klimat bogato opisując zapachy rozkładających się tkanek i dźwięki wytryskujących owrzodzeń, a wtedy wpadał dziadek, mój kochany dziadek, ten, co mu jeszcze nie wiadomo ile zostało, z garnuszkiem gołąbków/pierogów/żurku z kiełbasą owiniętym szczelnie kraciastym niemodnym szalikiem i wtedy nie było rady – musiałam komisyjnie zawartość garnuszka zjeść, mając ciągle dookoła siebie opowieści o tych oblechach popartych świetnej jakości ryciną, a nawet filmikiem.

Ja wtedy byłam nieco mniej obleśna, nie cuchnęłam i nie odrażałam, siałam jedynie umiarkowane przerażenie, sporą dozę politowania, a niekiedy szczere ubawienie.

 

Było to tak, że na pierwszym roku będąc, mając duże zastrzeżenia do swojej atrakcyjności fizycznej (jak patrzę na zdjęcia to myślę, że słusznie…), lecz mimo wszystko dysponując sporą wiarą w swoje możliwości, raz po raz czepiałam się jak rzep nowego pomysłu na siebie. A to nowy kolor włosów, a to nowa długość, to grzywka, to brak grzywki. Nie miałam jeszcze tradycji solaryjnych, lecz wiedziałam, że opalenizna robi dobrze mojej twarzy i ciału.

Babcia, swego czasu największy lachon na Biskupinie, powiedziała, że w piwnicy jest kwarcówka.

- Tadzik- tak rzekła – w piwnicy jest kwarcówka. Przynieś Ewuni, niech ma.

I dziadek przyniósł.


Nie zniechęcił mnie chujowy komunistyczny plastik, stanowiący obwolutę. Ani fakt, że lampa ostatnio używana była pod koniec lat pięćdziesiątych.

Przyjechawszy do siebie rozpostarłam lampę na jednym z krzeseł.

(Jak to się stało, że nie poszukałam informacji o odległości jaką należy zachować pomiędzy żarówkami a miejscem opalanym? Oraz czasie, jaki jest dozwolony dla pierwszego posiedzenia? Dlaczego podeszłam do sprawy tak spontanicznie i niefrasobliwie? To już pytania do Macieja Trojanowskiego i jego Strefy 11, gdyż sprawa jest równie tajemnicza, co zbożowe kręgi w Wylatowie).

Dość, że usiadłam bardzo blisko i tkwiłam tak przez jakiś kwadrans.

Ukończywszy seans wyfiokowałam twarz, przyoblekłam nielichej konstrukcji pierś i biodro, w peniuar mający pretensje kapiącego seksapilem i poszłam na ordynarną najebkę (a był na niej również mój przyszły mąż).  

Byłam nieco, hm, rumiana, ale jeszcze nie niezdrowo.

 

Następnego dnia obudziłam się buraczana, ale wciąż bez patologii.

Dramat rozpoczął się dnia trzeciego i wyglądał tak, że zawołana na odsiecz matka ukryła twarz w dłoniach i zapłakała.

- Coś ty, dziecko, zrobiła? – załkała, a ja bardzo nie lubiłam tego tonu – dziecko, byłam wszakże wybitnie dojrzałą kobietą z dziewiętnastką na karku i mnóstwem rozczarowań za sobą, jednak musiałam przyznać, że ta sytuacja i ten kontekst tłumaczyły nieco ton mojej matki, rzeczywiście chyba nie lśniłam dorosłością w danym momencie.

 

Ryj miałam jak Ryszard Kalisz razy trzy. Jakby mnie cały ul ujebał w twarz.

Oczu właściwie nie było. Ot, jakieśtam szparunie na patrzenie.

Całość pokryta była rozmaitej wielkości bąblami, które coraz to pękały i przezroczyste osocze spływało w dół wielkiego, spuchniętego ryła, tworząc permanentne krople pod szczytem brody oraz na czubku nosa.
Wyglądało to, co tu dużo mówić, odrażająco.

 

I co.

Poparzenia drugiego stopnia.

Śmiali się ze mnie młodzi lekarze.

Śmiała się cała rodzina.

A potem, pod koniec leczenia, zeszła mi skóra. I pod spodem miałam najbardziej jedwabistą skórę świata. Że aż poszłam zrobić nowe zdjęcia do dowodu.

Ech, no. Piękne to czasy byli.

 

A teraz co.

- Proszę unikać nadmiernego kontaktu z wodą i detergentem.

No pewnie, że będę! (Tylko najpierw mój malżonek musi zarobić drugie tyle, by przypisane mi drobne prace domowe wykonywała pani Wiesława wyrwana z autogiełdy, ale to da się zrobić, luz)

A miałam dziś o czymś zupełnie innym.

Od kilku dni nęciłam opisem swojego komunikatorowego słoneczka nienachalnym zaproszeniem do szampańskiej zabawy.

Zabawy bez granic.

Zabawy na maksa.

Biby, po której sąsiadka z dołu, spotkawszy nas u wrót śmietnika, prycha ze wzgardą, kot jeży się na dźwięk naszych kroków, Wanisz Kurewska Moc nie dopiera obrusów, firan i dywanów, natomiast podłoga pod muszlą zdradza czyjąś nienajznamienitszą celność.

 

Taaaa, jasne. A za ścianą bachorzęta…

 

No pewnie, że było grzecznie.

Drugi stół pożyczono od Czujnej Ani. Z powodu niedostatecznej ilości serwet użyto mojego plażowego pareo. Białego. Z drobnym frędzlem. Nie minęła minuta, a pareo zmieniło kolor za sprawą dzbanka czarnej porzeczki.

 

Chłopcy pili czystą.

Dziewczęta szpanowały drygiem barmańskim.

Drink Pan Ogórek made my night. Totalnie nie czuć wódy a to się pisze.

 

Poszliśmy spać nad ranem, za chwilę skakały po nas nasze urocze owieczki.

Owieczki? Co ja?

Tożto szakale są, hieny, bestie.

 

A potem założyłam chomąto na swą łabędzią szyję i poczyniłam rewitalizację chaty ze szczególnym uwzględnieniem kuchni. K. w tym czasie spał. Bo miał kaca, no to co robić. Ja nie miałam, skąd. Nie miewam kaców, migren, niedyspozycji. Menstruacja u mnie właściwie niezauważalna, obstrukcję potrafię zahamować siłą woli, no, chyba, że rotawirus, ale oj tam. Nie dramatyzujmy, chomąto nie znosi kurzu.

 

Oraz mogłbym mieć dziś drugiego syna, bo mnie boli, a jak boli, to wiem już co i jak. I mimo, że mam cały garnitur pięknych męskich imion w zanadrzu i kilka wielkich kartonów z miniciuszkami i całym tym baby stuffem, składowane na strychu u teściów, to ja jednak nie skorzystam. Albowiem miałam ostatnio pewne bliskie spotkanie ze swoimi ego, superego oraz id, i śmy się rozmówili, a nawet poeksperymentowali, i wyszło, że nienajszczerzej uśmiechałabym się teraz nad drugim paskiem popelnionym przez gonadotropinę kosmówkową. I to nie jest domniemanie, ale efekt niezamierzonego eksperymentu.

Więc ten.

 

Niech ten rok będzie si. Nie jakoś spektakularnie bardziej si, ale też nie mniej.  


  • RSS