eee-co-to-ja-chcialam blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2010

Ponieważ cierpię na chroniczny brak czasu postanowiłam usunąć się z portali tak zwanych społecznościowych, gdyż albowiem zbyt wiele rzeczonego pochłania studiowanie cudzych życiek oraz prezentowanie własnego. Wciąż nie mam nic naprzeciw tego typu praktykom, niestety nie należę już do tego grona szczęśliwców, którzy mogą bezkarnie wisieć na serwerach (bardzo w tonie) fb, bądź (na maksa passe) n-k.

Ponadto pomyślałam ostatnio, z łatwością wyszukując pewnych informacji personalnych, że im mniej mnie z imienia i nazwiska w Sieci, tym (chyba) lepiej.

Niby mam ten handikap, że, co by o mnie nie mówić, prowadzę uczciwe życie – nie zdradzam, nie kradnę, nie prostytuuję się, w żadnej z jego dziedzin nie prowadzę podziemia, a mój mąż za każdym razem odmawia propozycjom korupcyjnym co prężniejszym kontrahentom Korporacji, no ale intencje ludzi są brudne, oraz strzyżonego pan Bóg strzyże. Mam ładnie wystrzyżonego boba i styknie.

 

No i tak.  
Miałam właśnie siedzieć w aucie podążając na koncert Pata Metheniego, bilety wciąż ciepłe, zgadnijmy, co się przydarzyło, że siedzę jednak w ukochanym domusiu…? Ależ tak, mój syn postanowił znów podgrzać swe ciało ponad normę oraz złowieszczo zachrobotał w klatusi. (Nie rusza mnie.) Daję łeb se ujebać, że infekcja przeciągnie się na przyszły weekend i romantisze tete a tete w Szklarskiej skonsumują jednak teściowie. (Nie rusza mnie.)

 

Coś mnie bardzo męczy. Rzecz ta nie dotyczy naszej trójki, lecz jest na tyle blisko, że mam obskubane skórki wokół paznokci bardziej niż normalnie oraz jeszcze mocniej zjedzony naskórek ust.

 

Czuję się bardzo zmęczona pracą przy wtórze mendzenia wiecznie chorego Marcelego Fr.

Czuję się zdołowana czyjąś, nieopodal zaistniałą, bessą.
Czuję się psychicznie wytarmoszona widokiem kolejnego ciężkiego wypadku na naszym cudownym węźle przed Mostami. Trochę się chłopakowi musiały plany pozmieniać, po tym, jak go pani w volkswagenie sprzątnęła z przystanku. Gdzie jechał? Co miał robić tego wieczoru? I czy on jeszcze JEST?

Dopadła mnie melancholijna rezygnacja, która, nie przeczę, bardzo wiele ma wspólnego z kacem, po wczorajszym spożyciu wina Cote z piękną etykietą oraz piękną ceną 12.99.

Pewnego dnia pozostawiwszy największy skarb życia swego w przybytku wczesnej edukacji, zobaczyłam coś.

Starszy pan stał skulony we wnęce przed bramą i trzymał się za lewą pierś. Zapytałam go, czy potrzebuje pomocy. Powiedział, że tak, że poprosi. Spytałam, czy mam dzwonić po karetkę. Powiedział, że wykluczone, przechodzi aktualnie drobny atak serca, ale on już doskonale zna sprawę, choruje na serce już od wielu lat, wystarczy, że doczołga się do domu i weźmie leki, i wtedy na pewno będzie okej. Szliśmy tak, pod rękę, w żółwim tempie, on raz po raz przystawał, ja przystawałam również. Incydent nie odebrał mu poczucia humoru, wyjaśnił mi bowiem, że jego przypadłość nazywana jest potocznie wystawową, co oznacza ni mniej ni więcej, że trzeba się zatrzymać przy każdej wystawie.

Za chwilę z jednej z bram wypełzła dziarska, przysadzista staruszka, jak się okazało małżonka sercowca. Podziękowawszy mi szorstko, przechwyciła ramię mężczyzny i żwawo, nie pierdoląc się zbytnio, nadała tempo marszu.

 

Spotykam ją niemal codziennie, na drodze przedszkole-dom. Uśmiecham się, nie odwzajemnia. Na pewno nie poznaje.

Codziennie mijając bramę dwadzieścia trzy patrzę z lękiem czy nie ma klepsydry. Nie ma, więc starszy pan wciąż oddycha tym samym co ja powietrzem.

Strasznie mnie wtedy chwycił za serce. Był taki stary i nieporadny. Okropnie mnie wzruszył.

Rany, jak dobrze pomyśleć, to paranoja. Codziennie od kilku miesięcy sprawdzam czy jeszcze żyje. A przecież nic o nim nie wiem. Nie jest powiedziane, że jest taki biedny i poczciwy jak się wydał wtedy. Może lał tę żonę na odlew, póki jeszcze miał siłę. A może zupełnie nie interesował się domem, tylko po pracy lazł z kolegami na wódkę i przepijał całą pensję. Może chuja rozpuszczał na lewo i prawo. Może był czyimś toksycznym, bezlitosnym szefem. Może zrobił komuś dziecko na boku i kazał się wyskrobać. Może nie pomógł chorym rodzicom. Może nie powiedział nigdy żonie, że ją kocha. Może zerżnął kobietę przyjaciela. Może nigdy nie pomógł dzieciom w lekcjach. Może jest megaskurwysynem, tylko starość i choroba go wygładziły i sprawiły, że spokorniał.

Nie wiem, ale codziennie patrzę czy nie ma klepsydry i cieszę się, że nie ma.

 

Poza tym, żeby nie było tak egzaltowanie i górnolotnie to zrobiłam bigos.

I od razu ślubuję, że będę go robić równie często jak pierogi, czyli nigdy.

Gdyż albowiem, drogi pamiętniczku, jest to przejebana robota, jest to faszystowski obóz pracy, kamieniołomy i Sybir, a potem trzy zmywarki garów do umycia. Chryste.

No, chyba, że się robi opcję – kapusta z kiełbasą i pieczarkami, bo istnieją i takie wariacje na temat bigosu, znam, widziałam, próbowałam jeść, a było to na świątecznym jarmarku dwa tysiące dziewięć. To jednak nie jest opcja dla mnie, bo moja psyche, obok wielu innych natręctw i neuroz, cierpi na maksymalizm, tak, że ten. Bigos, który wyjdzie spod mojej łychy będzie miał w sobie wszystkie bogactwa świata. I ma. I jest naprawdę wyśmienity. Ale, kurwa, za jaką cenę.

 

Oraz jadę z mym małżonkiem na romantyczny weekend we dwoje (!!!) do Szklarskiej, który moi zajebiści teściowie wylicytowali w aukcji na jakimś balu charytatywnym Dutkiewicza czy innego żałosnego obiecanka-cacanka, i postanowili podarować nam, deklarując, że w pakiecie nagrody otrzymamy weekendową opiekę nad naszym wykluczającym wypoczynek cudem.

Informacja ta sprawiła, że zapomniałam o wszystkich drobnych „ale”, które kiedykolwiek żywiłam do rodziców mojego męża.

Cóż. Widać można mnie kupić.

Pani właścicielka biznesu pod tytułem Kolorowe Misie, w związku ze wzmożonym zainteresowaniem swoją usługą w naszym rejonie, postanowiła otworzyć filię. W naszym budynku. Lokalizacja z punktu widzenia reklamy nie jest wybitna, ale przeszklone pomieszczenia na parterze z widokiem na Odrę, szuwary, kaczuszki, mewy i różne inne czaple, stanowią wartość samą w sobie.

 

Pani właścicielka skrobnęła do mnie mail o tematyce bliżej niesprecyzowanej, lecz między wierszami odczytałam, że spodziewa się porady dotyczącej rozreklamowania interesu.

Napisałam jej, że specem od marketingu nie jestem, acz param się poniekąd pokrewną branżą i wiem co nieco o pijarze, mniej książkowo, bo poradniki mnie nużą, więcej intuicyjnie, a intuicja moja zadaje kłam stereotypom na temat koloru moich włosów.

Wyszczególniłam zatem co z punktu widzenia pracy nad wizerunkiem jest już zrobione i to bardzo nienajgorzej, a co należałoby jeszcze dopracować. Dlaczego na przykład nie chwali się nigdzie, że ma w swojej drużynie poskramiaczek rozzuchwalonych dwulatków, panią A., kobietę imponującej wiedzy i doświadczenia, również w pracy z dziećmi niepełnosprawnymi oraz nieuleczalnie chorymi.

(Moim docelowym marzeniem jest posłanie Marcelego do przedszkola integracyjnego, bo mam wrażenie, że wiele rozczarowań, jakie mi zafunduje moje dziecko zniosę, lecz na pewno nie będę tolerować braku wrażliwości i nieuzasadnionego poczucia wyższości nad innymi. No chyba, że sobie ci inni zasłużą, na przykład umyślnie parszywym zachowaniem.)

Dlaczego więc nie pisze nigdzie o wielkim atucie załogi Misiów, maglowałam Panią właścicielkę. A ona mi na to, że ludzie nie chcą słyszeć o takich historiach jak praca z dziećmi z nowotworami, wolą udawać, że takich dzieci nie ma. Mówię – nie wierzę. To, ekhmm, dość elitarne cenowo przedszkole i pewnie znajdzie się w ekipie rodziców kilku mariuszowatych dorobkiewiczów-prostaczków, ale ręczę, że duża większość z nas to osoby wykształcone i świadome. I, że taka informacja tylko wzbudzi podziw i szacunek. A ona na to, że nie sądzi. Że to przykre, ale nie mam racji.

 

- Wszystko się zgadza, Ewunka – powiedział K., zza moich pleców, gdy wystukiwałam polemikę – W życiu bowiem ma być TYLKO przyjemnie.

 

Nie ma łysych dzieci, nie ma ich rodziców, nie ma deformacji, wodogłowia, depresji i zadłużeń w banku. Należy zaciągać jak najwięcej kredytów konsumpcyjnych, wyjeżdżać do Tunezji oraz Egiptu, a potem kompletować galerię na fejsbuku. Mając dziecko trzeba mówić tylko o pozytywnych aspektach matkowania, spełnieniu i błogosławieństwie obfitej laktacji. Mając wnuka należy jak najwięcej kupować i nie pozwalać lustrzance na tryb OFF. Im więcej zdjęć, tym pełniejsze dziadkowanie. Wszystkie nieprzyjemne aspekty – takie jak histerie na środku chodnika, którym trzeba stawić czoła pośród karcących spojrzeń samozwańczych superniań; wredne zachowania, które trzeba rozsądnie zneutralizować; sytuacje, w których nie wiadomo jak się zachować, a niestety nie można dzieciakowi sprzedać plaskacza w rozdartą paszczę; to wszystko już nie-nie-nie. Bo się robi nieprzyjemnie. Mało hedonistycznie. Nie-za-pięknie.

 

- Ona ma rację – ciągnął K. – niech lepiej nie pisze o tych dzieciakach z hematologii. Ludzie naprawdę nie chcą słyszeć takich historii.

 

I tu mnie jakby intuicja zawiodła. Więc wsiorbałam polemikę bekspejsem.

Ja generalnie mam tę wadę, że zbyt optymistycznie oceniam ogół społeczeństwa.  

Gdyby nie akcja -sranie przez rzyganie- aktualnie kończyłabym pitraszenie czegoś pod wódeczkę na wieczór, K. szorowałby muszlę, a Marceli Fr. byłby dwie przecznice stąd, zabawiany przez ciocio-Basio.

W rzeczywistości jednak nie wisi nad nami żaden imperatyw, w pościelowej błogości obejrzeliśmy kino rodzinne po tytułem Odlot, następnie spożyliśmy Berlinki z keczupem Włocławek (najlepszy na rynku, tylko ma cienki marketing) oraz mieliśmy pewną sobotnią przygódkę, ale o tym na deser.

 

Odlot to film w swoim gatunku doskonały, ale nie tylko z powodu animacji i efektów. (Doprawdy nigdy nie zrozumiem jak można być koneserem kina efektów TYLKO dla nich samych. To tak jak z literaturą – Pilch zawsze był piewcą formy, lecz miał także treść, w pewnym jednak momencie nieco mu tę treść zjadło i trochę wody musiało upłynąć by się chłopina opamiętał i zaczął znów pisać o czymś. No wybaczcie. Trochę głupio o niczym.)

No i wracając do Odlotu, to jestem niezwykle podniesiona na duchu tym, jak prosto i bezpretensjonalnie można młodemu człowiekowi przekazać pewne proste prawdy o życiu. Bez zbędnego patosu i egzaltacji. Bez wybuchów orkiestry symfonicznej w tle. Prawdy te są gorzkie, chociaż podane w bardzo pogodny sposób i to mnie bardzo ujmuje. Należy zatem afirmować życie takim, jakie jest, jednocześnie nie pielęgnując w sobie zbyt wielu złudzeń na jego temat.


A jakież to prawdy?


Lekcja numer jeden brzmi – możesz sobie mieć marzenia, możesz bardzo mocno wierzyć, że nadejdzie cudowny dzień ich realizacji, ni chuja, życie prędko zweryfikuje twoje mrzonki, albowiem zawsze znajdzie się wydatek z gatunku „nieprzewidzianych”, na pokrycie którego pójdzie cała zawartość świnki skarbonki podpisanej – Marzenie Mojego Życia.


Lekcja numer dwa brzmi – twoi idole z dzieciństwa i wczesnej młodości to najpewniej zwykłe szumowiny moralne. Spójrz – kochałeś Zwierzyniec? Otóż wiedz, że Michał Sumiński, który z takim uczuciem opowiadał o zwierzaczkach, będąc myśliwym, potem je wesolutko rozpierdalał; Kornel Makuszyński, którego proza zapierała ci w dzieciństwie dech w piersiach (i mnie, i mnie!) miał słabość do małoletnich chłopców; Staszek Staszewski natomiast, przy szlagierach którego bujałeś się (i ja, i ja!) w tłumie na Juwenaliach, a także, kto wie, może nawet pierwszy raz spenetrowałeś zawartość stanika koleżanki z klasy, był zwykłym hulaką i bawidamkiem, który spierdolił od rodziny, by w Paryżu (jakież to pretensjonalne) wieść alkoholowy żywot przedstawiciela ahtystycznej bohemy. Żałość, panie.


Lekcja numer trzy leci mniej więcej tak – chuj tam z wielkimi przedsięwzięciami, podróżami, lotami w kosmos, życie jest tu i teraz i to jest, człowieku, największa i najpiękniejsza, a także najbardziej emocjonująca przygoda twojego życia. Więc nie pitol rzewnych kawałków o zdobywaniu szczytów, kiedy masz szczyty u swych stóp tu, na tym dywanie, przewijaku, szpitalnym łóżku, służbowym biurku, małżeńskim łożu.


Jest i lekcja numer cztery, która mówi – to wszystko powyżej nie oznacza, że należy zrezygnować z marzeń, bo nigdy nic nie wiadomo, może się zdarzyć, że kiedy już je pogrzebiesz i zaakceptujesz fakt, że życie nie da ci nic więcej poza kluchami-zwykluchami, właśnie wtedy nadarzy się okazja zrobienia czegoś, na co czekałeś całe dekady, nie przegap jej, tylko bierz i jedz do syta!


Fajnie jest to wszystko podane i fajnie, że Panu Fredricksenowi rośnie zarost w miarę upływu filmu.

 

No.

A teraz o przygodzie.

Przygoda była taka, że tatuś i synek zabawiali się w swoje brutalne sparingi, a potem synkowi zwisła rączka i synek bardzo płakał (czyt. darł ryj jak jasna mać), bo rączka bolała oraz nie reagowała na sygnały z mózgu, i mamusia miała trzy zawały, ale luz, wstała, otrzepała się i zarządziła wymarsz na pogotowie, a na pogotowiu pan chirurg, o urodzie rosyjskiego amanta, zrobił drącemu się wciąż pacjentowi chrup-chrup w rączkę i rączka działa, a jej właściciel już się nie drze.

 

Spokojnej niedzieli.

Czy Marcel jest zdrowy i czy dobrze rokuje rzeczone, wyczekane, hołubione w myślach i sercu, jedyne takie, spotkanie po latach, trzynastego dnia lutego?

Odpowiedź A – Skąd.

Odpowiedź Be – Ależ.

Odpowiedź Ce – Phi!

Odpowiedź De – każda z odpowiedzi ma w sobie ziarnko prawdy.

 

Rozwiązanie prosimy nadesłać jak najprędzej się da.

Czekają śledziki, które wstawiłam na imprezę i teraz mam ich nieco za dużo.
(Nie czeka zero siedem Żołądkowej DeLux, gdyż muszę czymś uciszyć myśli samobójcze.)

Podpisano:
Ewa Rezygnacja.

W piątek K. narażając zdrowie i życie wyszedł w godzinach pracy, trochę służbowo, jednak bardziej po bilety na pewien koncert. Matka Boska Korporacyjna postradałaby zmysły, gdyby wiedziała, że tak można. Ale przecież nie wie.

- Ej, może jednak nie kupuj?… – rzekłam w telefon quasi-profetycznie, bo miałam rozmaite lęki odnośnie zostawienia Marcelona w niedzielny wieczór w takim a nie innym składzie. Niby mieli się nim zająć dobrzy znajomi, jednakże w porze Marcela układania do snu, które to układanie jest proste jak drut, o ile tylko moderuję je ja, bądź K. Gdy zaś kto inny, bywa hardkorowo.

- Ewunka, nie pitol – odparł z miłością mój mąż i wyszedł z biura.

 

Pomyślałam: najwyżej posiedzi wieczorem dłużej. A rano dam mu się wyspać.

Pomyślałam, wałkując rozrośnięte ciasto na pizzę, że może warto zrobić więcej, żeby mieli na wieczór, nasi babysitterzy. I zrobiłam.

Pomyślałam też, że ostatnio byłam na Novice, jakieś półtora roku temu. A wcześniej na Contemporary Noise Quintet, w dziewiątym miesiącu, siedziałam z dwiema kurtkami na brzuchu, żeby wytłumić hałas, bo Marcel odpierdalał istne pogo w mojej macicy.

 

Te trzy myśli pozwoliły mi na afirmację planu.

Nie zdążyłam natomiast pomyśleć, co zarzucę na grzbiet.

 

Pełne zniecierpliwienia maaamoooo!, po popołudniowej drzemce zabrzmiało nieco bulgotliwie. Przyszedłszy do pokoju obok odnotowałam swojego syna oraz jego przyjaciela Kota w sosie wymiocin.

Jeszcze nie się nie przejęłam. Zmierzyłam temperaturę i pocieszyłam się, że jest książkowo.

Potem nastąpił drugi chlust, a Marceli zrobił się ciepławy.

 

Cóż więcej można.

 

Na Gabę Kulkę poszli moi rodzice, przeżywający aktualnie renesans swego uczucia i szlajający się intensywnie to tu, to tam.

Nie zmarnowało się.  

A potem znów przyszedł weekend, zwany przez Marcelona mama-tata-dom, do czego raczej nie trzeba translatora. Miałam znów jechać na narty, lecz cierpię od pewnego czasu na pewną niedyspozycję fizyczną i bałam się, że mogłabym współszusowiczom popsuć zabawę, w razie stwierdzenia, że ja już nie mogę. Mniejsza o to.

 

Wcześniej przeprowadziłam pewną rozmowę.

 

- Mamo robimy imprezę. U nas. Ludzie z roku będą. Czy mógłby Marcel spać u was? – zwerbalizowałam wniosek o przepustkę, bez większej nadziei na pozytywne jego rozpatrzenie.

- Trzynastego? – zastanowiła się nienajgorliwsza z babć – okej.

Pozbierawszy dolną żuchwę z jej kuchennych kafli udałam się na chatę planować.

Bo taka okazja do zabawy bez dziecka, z perspektywą snu do dziewiątej czterdzieści, a może nawet dziesiątej piętnaście to rzecz niebagatelna. Zdarza mi się drugi raz w historii nowożytnej, przy czym ten jeden jedyny dotychczas raz, ufundowana była przez mojego empatycznego małżonka, czyli że bawiłam się sama.

A ja zdecydowanie wolę z nim. Mimo, że mnie cenzuruje.

Mimo, że już nigdy nie zapytam zgromadzonej gawiedzi, czy zechcieliby zobaczyć moje cycki.(A gawiedź nie odpowie, dyskretnie tłumiąc ziewnięcie, że już widzieli.)

No więc mimo tych niedogodności wolę z nim.

 

I normalnie to byłabym wymyślała już menu, opracowywała playlistę muzyczną oraz ćwiczyła przed lustrem smokey eye, gdyby nie fakt, że jestem w jakichś siedemdziesięciu procentach pewna, że Marcelus Dupelus coś wykręci, a jak nie on to jego żenujący układ immunologiczny, i nici będą ze wspaniałej schadzki po latach, z ludźmi z ówczesnej Pocztowej dziewięć.

 

No ale nic. Dajmy Karmie szansę.

 

Inna kwestia mnie natomiast nurtuje. Czy zaskoczy mnie kiedyś weekendowe wydanie Gazety nie poświęcającej kilku stron tematowi Żydów, Holocaustu, antysemityzmu, marca ’68? Rany, ileż można molestować czytelników tematyką żydowską? Z tego co wiem, Ukraińców jest w Polsce nieporównywalnie więcej, a ich losy są równie mocno powiązanie z losami naszych rodaków, dlaczego więc do wuja pana, nie uświadczę niczego o nich?

Czytam jednak Wyborczą za Obcasy, Duży Format i najlepsze, jeśli nie jedyne, na rynku dziennikarstwa pisanego, reportaże, za recenzje kulturalne, z którymi się bardzo liczę.

I nie, nie jestem antysemitką. Boże broń. Ja po prostu nie znoszę nachalności i przesady.


  • RSS