eee-co-to-ja-chcialam blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2010

Zrobiłam schabowe. Nie jest to może rzecz, od której moje kubki smakowe szczytują, a z nimi ja sama, ale małżeństwo to jeden wielki kompromis, a K. przepada. (Daj mi Boże tylko takie kompromisy do wypracowania.)
I kiedy tak nurzałam kawał rozklepanego schabu w panierce mój umysł doznał pewnej wizualizacji. Wyobraziłam sobie, że oto odbieram telefon i słyszę K. jak mówi, iż nie przyjdzie dziś do domu. Właściwie nie przyjdzie w ogóle, wyprowadza się, poznał Annę/Julię/Magdalenę parę tygodni temu i zakochał się na zabój. (Znamienne, iż założyłam bezwiednie, że nie może być to ani Mariola, ani Andżela, gdyż ten typ nie wskórałby nic choćbyśmy mieli kryzys kryzysów, i gdyby K. doprowadzony do ostateczności wodził palcem po rybryce usługi, zatrzymując się na ogłoszeniu aaaawkurwiającą żonę sprzątnę.bez śladu.gotówka. Nawet wtedy.) Tak więc zwizualizowałam sobie takie oto smutne wyznanie wydobywające się z dziurek telefonu.
- A ja właśnie zrobiłam schabowe – rzekłam oszołomiona w tej mojej wizji – nie możesz nie przyjść na schabowe.
- Strasznie mi przykro, że akurat dziś. Ale nie przyjdę. – odpowiedział mój mąż i brzmiało to ostatecznie.

Następnie usmażyłam kotlety i usłyszałam jego kroki na korytarzu.

*

Mój syn dojrzewa.
Sprawia problemy.
Pierwszy raz dostaję za niego po głowie. Pierwszy raz wstydzę się. Setny raz zastanawiam się z czym konkretnie dałam dupy i dlaczego z niejednym. Na szczęście szybko okazuje się, że jestem wyjątkowo podatna na rozkminę, bo oto nieoceniona Jak-ciotka, wyłuszcza mi swą klawiaturką, iż wszystko jest okej, a jej naprawdę udany pięciolatek odpierdalał równie soczystą manianę przedszkolną i bynamniej nie otwierała żył.
Zabrzmiało to wielce rozsądnie i przystopowałam.

Niemniej jest Marceli Fr. ciężkim przypadkiem małoletniego nonkonformisty-rozpierdalacza.
Kiedy grożę mu, że nie będzie dubidu/jaja/Ani (na nasze: kreskówki o demaskatorach niegodziwców w przebraniu istot paranormalnych; czekolady, zakodowanej w niespełna dwuipółletnim umyśle jako jajo niespodzianka, niezależnie od formy, którą przybiera; wizyty u serdecznej sąsiadeczki, znanej jako Czujna Ania, której pełne tajemniczych zaułków mieszkanie Marceli Franciszek kocha ponad wszystko inne), kiedy grożę i srożę, że wymienionych składowych marcelowego szczęścia zabraknie, on się prawie zawsze zgadza. Daje mi do zrozumienia – ok, matko, nie będę jadł czekolady, ale teraz daj mi spokój i pozwól, że uczynię spustoszenie do końca. I ja wtedy, nie żebym kapitulowała, nie-nie, ale przez jakieś nanosekundy mam dupowatą minę i mój pantałyk żyje własnym życiem. 

*
Wczoraj poprzysięgłam sobie, że już więcej nie obejrzę Magla Towarzyskiego.
I to nie z przyczyn, jakie przytacza kocica.

Wczoraj na tapetę wzięli wywiad, jaki młoda-niemłoda Jaruzelska zrobiła z tatusiem. „Nie wygląda mi to na działanie pijarowe” – powiedziała Korwin-Piotrowska wywracając tymi swoimi gałami z zezem rozbieżnym czy inną pląsawicą źrenic. Na to dictum zrobiliśmy z K. jak na komendę wielkie teatralne CHA-CHA-CHA. Potem przestało być śmiesznie a zaczęło być niesmacznie. Piotrowska zaczęła bić sobie konia fotografią Jaruzela na tle swej biblioteki, stękając orgazmicznie, że gdzie jak gdzie, ale tutaj można być pewnym, że jest to biblioteka nie dla picu, lecz w całości przeczytana.
-Przed czy po wydaniu rozkazu mordowania strajkujących? – spytał K.
-Przełącz to bo mi rozsadzi łeb – wycedziłam nienawistnie

I tak została spuszczona do kibla ostatnia szansa zapewnienia mi rozrywki na znośnym poziomie przez pakiet tefauenowski, a tym samym uczynienia ze mnie potencjalnego nabywcy towarów i usług tefaunenowskich reklamodawców.
Cha Wam w De, moi mili. Komuszydła nędzne.

*
Poza tym jest leniwa niedzielka, piszę sobie na nowiuśkim laptopiku, który nabyłam z datków otrzymanych na dwudzieste ósme urodziny oraz oszczędności własnych, mój ekspres zaparzył jak zwykle doskonałą kawę, mój francowaty synek śpi słodko, mąż czyta co lepsze kawałki z konsumowanej literatury, a Irenka po raz pierwszy w swoim niespełna rocznym życiu wystawia do nas tyłek i miaukodarciem ryja zachęca do ulżenia jej w seksualnym delirium.

Wypełzło to to z tych swoich nor cuchnących przetrawioną siarką, głównego komponenta nalewek owocowych za sześć pięćdziesiąt w lokalnej Biedronce. Wygrzewają się na tych chodnikach jak jaszczurka na ciepłym kamyku, albo nasza Irenka pod żarówką stołowej lapmy. Pierwszy ciepły wieczór i już! Cała dzielnica upstrzona przedstawicielami miejscowej żulerii. Się robi tak z deka południowo. Tak, ekhm, śródziemnomorsko. Życie nocne na ulicach. Alkohol. Śmiechy. Niby pięknie. Tylko okoliczności przyrody trochę nie te.

Tylko oni tak sterczą na tym skrawku bruku, między zaparkowanymi autami a murem o odpadającym tynku, bo tylko oni mają czas.

Nie dręczy ich żadna presja.

Monitor nie krzyczy. Nie mają monitora.

Szefostwo nie pogania. Gruby Waldek, co się do niego mówi szefie coś tam czasem fuknie, ale żeby zaraz poganiać?

Dziećmi się zająć nie trzeba. Same się zajmują. Patryczek próbuje wcisnąć Klaudiusi kapsel do gardła, Adrianek napierdala kota sąsiadów. Zielone gluty wiszą do pasa. I jest pięknie.

Są wolni od ściskającej żołądek wątpliwości, czy dobrze wychowują. Czy nie popełniają jakichś katastrofalnych błędów.

Nie myślą co jutro na obiad. To, co zwykle. Kaszanka jaka. Czy coś.

Nie męczy zastój w obcowaniu z kulturą. Czym, kurwa?

 

Idę tym chodnikiem, wracam do domu wieczorową porą.

Żulice mierzą mnie nieprzyjemnie. Ja też nie napawam się ich obecnością.

Najgorszy sort Mariuszy czyni drobne prezentacje audio-motoryzacyjne, dóbr skrojonych w innej części Miasta. Czasem powiedzą coś lepkiego. Według nich wciąż bardziej niż na mamuśkę, wyglądam na lalę. Chociaż tak na dobrą sprawę, co ze mnie za lala bez różowej cyrkonii w pępku i borsuka na łbie.  

 

To są prawdziwie szczęśliwi ludzie, nieestetycznie i nieetycznie szczęśliwi, cuchnący i moralnie pokrzywieni, ale prawdziwie wolni. Nic ich nie goni, nic nie ściska im tyłka. Mają swoje stresy – na przykład czy pały nie zgarną dziś ich Sławunia, albo jak pięć dych na starczyć do końca miesiąca, ale na dobrą sprawę są to stresy bardzo oswojone. Biedowali od zawsze i zawsze co jakiś czas wpadają pały.

 

Ja gardzę nimi.

Oni gardzą mną.

A fundamentem naszej pogardy jest zawiść.

Oni odarliby mnie z atrybutów świata, w ich mniemaniu, luksusowego. Z mojej luiwitą torebki od H&M. I moich dolczeendgabana botków z CCC. Z moich milionów w banknotach dziesięciozłotowych.

Ja wyję do ich wolnego czasu, do spokojnego piwkowania na krzesełku wędkarskim, do wdupiemania.
Przede wszystkim wdupiemania, reszta jest tylko jego cudownym następstwem.
Do braku presji.  

Facet, z którym K. niegdyś grał, wydał pły. Płyta dostała wyśmienite recenzje, między innymi w Przekroju.


- Skoczył ci gul? – zagajam współczująco.

- Nawet nie. – odpowiada K. – Wiesz, ja już nie gram. Jakbym grał i nikt tego nie doceniał to by było chujowo. To by mnie może bolały takie sukcesy. Ale tak?

 

Przez chwilę pokutuje we mnie model kurki nioski, która osrywa się w wdzięczności, że kogut raz po raz zagląda jej w kuper, czasem nawet zapieje coś miłego, a i potomstwo obrzuci ciepłym spojrzeniem. Zalewa mnie fala smutku i wdzięczności. Mam ochotę uklęknąć i dać mu blowjob jego życia, bo przecież mógł być rock’n’rollowcem, a jest taki, jak zawsze chciałam, żeby był mój archetypowy mąż, jest mózgiem tego całego dziwnego przedsięwzięcia pod tytułem Rodzina, jego obrotowy fotel za biurkiem Korporacji żłobi coraz głębszą nieckę w parkiecie, jego młodzieńcze utopie, które tak uroczo hołubił, gdy się poznaliśmy, jego długie loki, jego bluza z kapturem, jego spodnie moro, jego dwie gitary elektryczne, piec, jego próby w zajezdni tramwajowej, jakie to wszystko odległe i nieostre.

 

Następuje jednak chwila, w której widzę swoje raje utracone, a wtedy znów dysponuję właściwą optyką.

Kilka lat nie byłam za żaglach. Na nartach, po trzyletniej przerwie, byłam w tym sezonie tylko raz. Dzikie tańce w Bezsenności odbyły się ostatnio na ciele przedmarcelowym, kiedy to razem z K. i braćmi B. napruliśmy się jak szmaty i śpiewaliśmy z taksówkarzem Jolka, Jolka, pamiętasz. Politykowanie na szczęście przeszło mi bez głębszych związków ze zmiana trybu życia, a może jednak z olbrzymimi, kto wie, niech pierwszy rzuci kamieniem.
Choć powiedzmy
sobie szczerze. Takiej pasji jak K. nie miałam i nie mam.


Ależ! Co ja? Ocipiałam?

Taką pasją jest przecież macierzyństwo! Dom! Filet z kurczaka w szpinaku! Gacie starego powiewające na balkonie! To jest moja pasja, to jest moje życie.
Ergo – ja nie zarzuciłam pasji, ja pasję odkryłam.
A idąc dalej – on zrezygnował z pasji, żebym ja mogła pielęgnować swoją.
O! Takiego mam męża!

Jeśli kobieta rano wstaje i uśmiecha się do siebie to opcje są trzy.

Albo została przed snem zdrowo wychędożona, albo przypomniało jej się, że jej konto zasiliła jakaś przyjemna sumka, albo też uświadomiła sobie, że to prawda, że jest w ciąży i tą ciążą się bardzo cieszy.

Ja jestem niezamożna, a po macicy mej skurczonej hula wicher, lecz jest to wicher świadomy i absolutnie z wyboru. Póki co. Jak się co zmieni, nie omieszkam zaprotokołować.

A się szczerzę. Niczym zwierzę. Niczym bóbr.

(Może być jeszcze, że po prostu nastąpił dzień mama-tata-dom, lecz nie dramatyzujmy, o szóstej pięć w sobotę ciężko o uśmiech).


 

Swoją drogą pamiętam dobrze tego rogala rano, dnia dwudziestego dziewiątego marca dwa tysiące siedem, kiedy obudziłam się i wiedziałam, że dwie kreski na teście nie przyśniły mi się, a plemnik mojego jeszcze-wtedy-chłopaka (K. – chłopak? Wyborne!) okazał się być żywotnym i wielce kumatym. To było wielkie, nieświadome niczego, szczęście.


 

Tak dawno nie uprawiałam samogwałtu reminiscencyjnego, że wybaczcie, że się aktualnie oddam.
A bo gadałam dziś z pewnym Eks. Siedemnaście minut. Było nie było. Eks pracuje w urzędzie. Teraz wiadomo na co idą nasze podatki. Na rozmowy nawiązane z telefonu stacjonarnego na numer komórkowy. Na komórek smyranie szarych. Swojej eks.


 

Czasem się tak sprawdzam. Pytam się siebie. Czy mnie rusza ten czy tamten. Czy słodko by było. Czy could it be sweet. Like a long forgotten dream. Ale nie. Nie ściemniam – nie i nie. No ale co ja za staż mam, tak?


 

Ponadto się wzięłam i upiłam. Jeśli kiedyś przyjdzie Wam zeznawać w mojej sprawie, pamiętajcie, nigdy nie mówcie Wysokiemu Sądowi jak bardzo nadużywam etanolu. 

Tak, tak, Szklarska stała się faktem.

Ku własnemu niedowierzaniu.

 

W piątek udałam się do lekarza rodzinnego celem ustalenia quo vadis infekcjo, a ten zafrasował się nad kaszlem Marcelego Fr i zlecił ponowne CRP. Czyli coś czemu każda współczesna mamunia, pomna zła jakim są niepotrzebnie podane różne nnnnmycyny oraz nnnnncykliny  powinna odjebać osobisty ołtarzyk na gzymsie kominka, a jak kto ni ma – nad plazmą, otoczony świeżym kwieciem i zapachowymi świeczkami z indjaszopu. No więc CRP nie namierzyło bakterii, tak, że z jednej strony uff, a z drugiej niewiadomo quo vadis. Cebulowe krążki przekładane cukrem, malinowe weki i takie tam żenujące placebo. Więc K. powiedział, że nieistotnie chyba gdzie odbywa się dalszy ciąg leczenia nazywanego objawowym i chyba może odbyć się u dziadków.

Się zatem odbyło.

 

Mamunia z tatuniem mieli słodkie tete a tete w pewnym hotelu.

Nie zabrakło żadnej z atrakcji składających się na definicję słodkiego tete a tete.

Była sauna (z której poszliśmy, bo za gorąco), był basen (pizgawica, członek męski niczym nerkowiec) i był spacer (wracajmy już, głodna jestem). Odkryliśmy cudny sklepik z piwami świata (Ewunko, już starczy, napierdolisz się jak zła.), a także oddaliśmy się wieczornemu chłonięciu fal tiwi.

I tu mam rozmaite spostrzeżenia.

Ja wiem, że złośliwe komentowanie wypowiedzi Jarka to kopanie leżącego, ale nie mogę tego przemilczeć. „Na plażach Tunezji i Egiptu można spotkać Anglików, Niemców, Czechów. Ale nie ma tam Polaków. My sprawimy, że Polacy zaludnią ciepłe plaże Egiptu i Tunezji.”

Ja wiem, że nie można się spodziewać kontaktu z rzeczywistością po człowieku, którego pensja spływa co miesiąc na konto mamusi, nie ma i nie zamierza mieć prawa jazdy, oraz chwali się, że do wczoraj nie wiedział co to aquapark, ale, kurwa, nie wiedzieć, że gdzie najchętniej latają rodacy, gdzie z lubością pluskają się zjarani na heban Mariusz i jego Andżela (bo Wiesław i Halina to wiadomo, oni to co sezon), by potem opowiadać, że spenetrowali Afrykę (głównie przyhotelowy basen i szwedzki stół, ale oj tam)?? Naprawdę Jarek, dałeś czadu.

Druga refleksja dotyczy seriali tefauenu. Że coś jest tefauenowskie staje się dla mnie najgorszą rekomendacją. Dlaczego inni robią takie dobre seriale, a nasi ni chujeńka nie potrafią? Dlaczego Magda eM ląduje helikopterem by wyznać miłość Piotrowi, dlaczego Majka musiała być przypadkowo zapłodniona, a rekomendowany na kilku blogach Usta-Usta sprawia, że piję swój trunek duszkiem, a plan miałam, by sączyć? Do wuja pana, dlaczego to jest tak dramatycznie źle napisane? Dlaczego Amerykanie, funkcjonujący w świadomości wielu Polaków jako idioci, potrafią tak dobrze pisać scenariusze seriali? Dlaczego oni robią Desperatki, Californication, United States od Tara, a nasi odwalają taką żenę? Dlaczego Bogajewicz robi już tylko Nianię? Dlaczego nie ma już Camery Cafe? Niechże mi to kto wyjaśni. Łaj?!!!!

Oraz kto ma uwierzyć, że podobnie jak superniania w kilka dni ulecza patologiczne układy rodzinne, Magda Gessler uratuje źle zarządzany interes? Zdejmie kilka suchych habazi z sufitu, zastąpi tanią golonkę drogim pstrągiem w migdałach, nakaże wyszorować bar, a podstawiona przez ludzi Miszczaka „klientela”zasili ich kasę świeżą gotówką? Litości.

Ale nie, generalnie zrelaksowałam się na maksa.

 

Wyżej wymienione wkurwienia to wkurwienia drobne, nie zakłócające relaksu.

Te prawdziwe otrzymałam wraz z powrotem. Marcel kaszle jak gruźlik oraz ma katar, a nie miał. K. pyta, czy sądzę, że to wina rodziców. Ależ! Ja nic nie sądzę. Ja się tylko bujam po tafli.  

Rozlazłe dni w piżamowo-dresianym ąturażu.
Niezaorana z rana twarz straszy przy każdym spojrzeniu w zwierciadło.

Kleją się blaty od syropków.

Błękit fridy między suszącymi się sztućcami jakoś nie koi.

Chustki nadziewane glutem wyglądają jak śniegowe kulki, ale jakoś nie topnieją.

Mój pierdolec sięga zenitu, bo terminy gonią, a z dzieckiem pracować się nie da.

Mój pierdolec paruje ze mnie, bo pomimo, że pracować się nie da, to jak najbardziej się da.

Klocki duplo siniaczą mi podbicie.

Kurier Piotra i Pawła podaje terminal, który następnie sprawia, że równowartość trzystu złotówek znika z mojego konta. (Wcześniej tradycyjnie pańcia telefonistka dzwoni i pyta czym może zastąpić połowę produktów, które zamówiłam. Czy jogurt Milko można zastąpić pitnym Danone? NIGDY KURWA W ŻYCIU! Czy zrobi pani różnicę, jeśli zamiast boczku z Sokołowa wrzucę boczek Zimbo? ZIM-KURWA-CO?).

Nadużywany pakiet dziewięciu kanałów dla bachorząt symultanicznie ratuje i zabija wyrzutami. Więc wyłączam i zarządzam zajęcia plastyczne. Albo jakiekolwiek inne nietelewizyjne. Whatever.

Marceli Franciszek wyraża swój wkurw napadem kaszlu zwieńczonym rzygawicznym chlustem na podłogę.

Konstatuję, że dysza od spieniania mleka nie chce spieniać mleka.

Konstatuję, że Bonobo leci już chyba osiemnasty raz i poniekąd jest odpowiedzialny za zło tego świata.

K. wraca później, bo idzie na Armię. Ja później to mam robotę. Oraz kąpanie. Oraz odgruzowanie chaty. Pojenie syropkami. Puszczenie pralki. Zneutralizowanie irenich gówien w kuwecie. I takie tam drobne rozryweczki.

Jak co miesiąc robię wszystkie przelewy. Zdefiniowany odbiorca Kolorowe Misie oraz kwota którą popycham jednorazowym kodem sprawia, że płaczę do wewnątrz.

.

3 komentarzy

Do którego miejsca jest zrozumiałe dla każdej kobiety, która tkwiła niegdyś/tkwi obecnie w nieudanym związku, wyciągnięcie rąk do upragnionego, które oferuje ktoś trzeci, a odkąd już parszywa nieuczciwość wobec drugiej osoby? Czy właściwie jedno równa się drugiemu? Ale czy zawsze? Do kiedy jest to dopieszczenie się, po latach niepieszczenia, a kiedy niczym nie uzasadniona zdrada? Czy zdrada w ogóle może być uzasadniona? Jeśli może to kiedy może? A jeśli bezwzględnie nie może to czy, wyrazicielu opinii, kiedykolwiek bezskutecznie wyłeś do księżyca o spełnienie? Niekoniecznie przez potarcie łechtaczki, może właśnie przez potarcie ego? Czy zdradzany musi pić i bić, by zdradzająca zapragnęła z kimś innym? I czy, skoro się chce innego, to lepiej odejść niż zdradzać? I od kiedy jest zdrada? Czy musi zaistnieć penetracja dopochwowa, czy wystarczy spenetrować duszę? Co osoba postronna, taka jak ja, może powiedzieć zacietrzewionym i przekonanym o swoim własnym cierpieniu? Dlaczego pokrzywdzony nie rozumie, że zanim zaczął się aktualny rozdział, były też inne, był prolog, a nawet słowo od wydawcy? Dlaczego zdradzająca nie pojmuje, że mimo tego wszystkiego, co było wcześniej, to ona powinna teraz wyciągnąć swą nieśnieżnobiałą dłoń, jako pierwszy krok do kolejnego rozdziału? Czy zaufanie zachwiane po chuju fest można odbudować? A jeśli można to jak to się robi?

Dziadku Sokratesie ja wiem, że nic nie wiem i bardzo, bardzo mam obolałe osierdzie.

 

Oraz masę roboty na wieczór.


  • RSS