Rozlazłe dni w piżamowo-dresianym ąturażu.
Niezaorana z rana twarz straszy przy każdym spojrzeniu w zwierciadło.

Kleją się blaty od syropków.

Błękit fridy między suszącymi się sztućcami jakoś nie koi.

Chustki nadziewane glutem wyglądają jak śniegowe kulki, ale jakoś nie topnieją.

Mój pierdolec sięga zenitu, bo terminy gonią, a z dzieckiem pracować się nie da.

Mój pierdolec paruje ze mnie, bo pomimo, że pracować się nie da, to jak najbardziej się da.

Klocki duplo siniaczą mi podbicie.

Kurier Piotra i Pawła podaje terminal, który następnie sprawia, że równowartość trzystu złotówek znika z mojego konta. (Wcześniej tradycyjnie pańcia telefonistka dzwoni i pyta czym może zastąpić połowę produktów, które zamówiłam. Czy jogurt Milko można zastąpić pitnym Danone? NIGDY KURWA W ŻYCIU! Czy zrobi pani różnicę, jeśli zamiast boczku z Sokołowa wrzucę boczek Zimbo? ZIM-KURWA-CO?).

Nadużywany pakiet dziewięciu kanałów dla bachorząt symultanicznie ratuje i zabija wyrzutami. Więc wyłączam i zarządzam zajęcia plastyczne. Albo jakiekolwiek inne nietelewizyjne. Whatever.

Marceli Franciszek wyraża swój wkurw napadem kaszlu zwieńczonym rzygawicznym chlustem na podłogę.

Konstatuję, że dysza od spieniania mleka nie chce spieniać mleka.

Konstatuję, że Bonobo leci już chyba osiemnasty raz i poniekąd jest odpowiedzialny za zło tego świata.

K. wraca później, bo idzie na Armię. Ja później to mam robotę. Oraz kąpanie. Oraz odgruzowanie chaty. Pojenie syropkami. Puszczenie pralki. Zneutralizowanie irenich gówien w kuwecie. I takie tam drobne rozryweczki.

Jak co miesiąc robię wszystkie przelewy. Zdefiniowany odbiorca Kolorowe Misie oraz kwota którą popycham jednorazowym kodem sprawia, że płaczę do wewnątrz.