Jeśli kobieta rano wstaje i uśmiecha się do siebie to opcje są trzy.

Albo została przed snem zdrowo wychędożona, albo przypomniało jej się, że jej konto zasiliła jakaś przyjemna sumka, albo też uświadomiła sobie, że to prawda, że jest w ciąży i tą ciążą się bardzo cieszy.

Ja jestem niezamożna, a po macicy mej skurczonej hula wicher, lecz jest to wicher świadomy i absolutnie z wyboru. Póki co. Jak się co zmieni, nie omieszkam zaprotokołować.

A się szczerzę. Niczym zwierzę. Niczym bóbr.

(Może być jeszcze, że po prostu nastąpił dzień mama-tata-dom, lecz nie dramatyzujmy, o szóstej pięć w sobotę ciężko o uśmiech).


 

Swoją drogą pamiętam dobrze tego rogala rano, dnia dwudziestego dziewiątego marca dwa tysiące siedem, kiedy obudziłam się i wiedziałam, że dwie kreski na teście nie przyśniły mi się, a plemnik mojego jeszcze-wtedy-chłopaka (K. – chłopak? Wyborne!) okazał się być żywotnym i wielce kumatym. To było wielkie, nieświadome niczego, szczęście.


 

Tak dawno nie uprawiałam samogwałtu reminiscencyjnego, że wybaczcie, że się aktualnie oddam.
A bo gadałam dziś z pewnym Eks. Siedemnaście minut. Było nie było. Eks pracuje w urzędzie. Teraz wiadomo na co idą nasze podatki. Na rozmowy nawiązane z telefonu stacjonarnego na numer komórkowy. Na komórek smyranie szarych. Swojej eks.


 

Czasem się tak sprawdzam. Pytam się siebie. Czy mnie rusza ten czy tamten. Czy słodko by było. Czy could it be sweet. Like a long forgotten dream. Ale nie. Nie ściemniam – nie i nie. No ale co ja za staż mam, tak?


 

Ponadto się wzięłam i upiłam. Jeśli kiedyś przyjdzie Wam zeznawać w mojej sprawie, pamiętajcie, nigdy nie mówcie Wysokiemu Sądowi jak bardzo nadużywam etanolu.