Facet, z którym K. niegdyś grał, wydał pły. Płyta dostała wyśmienite recenzje, między innymi w Przekroju.


- Skoczył ci gul? – zagajam współczująco.

- Nawet nie. – odpowiada K. – Wiesz, ja już nie gram. Jakbym grał i nikt tego nie doceniał to by było chujowo. To by mnie może bolały takie sukcesy. Ale tak?

 

Przez chwilę pokutuje we mnie model kurki nioski, która osrywa się w wdzięczności, że kogut raz po raz zagląda jej w kuper, czasem nawet zapieje coś miłego, a i potomstwo obrzuci ciepłym spojrzeniem. Zalewa mnie fala smutku i wdzięczności. Mam ochotę uklęknąć i dać mu blowjob jego życia, bo przecież mógł być rock’n’rollowcem, a jest taki, jak zawsze chciałam, żeby był mój archetypowy mąż, jest mózgiem tego całego dziwnego przedsięwzięcia pod tytułem Rodzina, jego obrotowy fotel za biurkiem Korporacji żłobi coraz głębszą nieckę w parkiecie, jego młodzieńcze utopie, które tak uroczo hołubił, gdy się poznaliśmy, jego długie loki, jego bluza z kapturem, jego spodnie moro, jego dwie gitary elektryczne, piec, jego próby w zajezdni tramwajowej, jakie to wszystko odległe i nieostre.

 

Następuje jednak chwila, w której widzę swoje raje utracone, a wtedy znów dysponuję właściwą optyką.

Kilka lat nie byłam za żaglach. Na nartach, po trzyletniej przerwie, byłam w tym sezonie tylko raz. Dzikie tańce w Bezsenności odbyły się ostatnio na ciele przedmarcelowym, kiedy to razem z K. i braćmi B. napruliśmy się jak szmaty i śpiewaliśmy z taksówkarzem Jolka, Jolka, pamiętasz. Politykowanie na szczęście przeszło mi bez głębszych związków ze zmiana trybu życia, a może jednak z olbrzymimi, kto wie, niech pierwszy rzuci kamieniem.
Choć powiedzmy
sobie szczerze. Takiej pasji jak K. nie miałam i nie mam.


Ależ! Co ja? Ocipiałam?

Taką pasją jest przecież macierzyństwo! Dom! Filet z kurczaka w szpinaku! Gacie starego powiewające na balkonie! To jest moja pasja, to jest moje życie.
Ergo – ja nie zarzuciłam pasji, ja pasję odkryłam.
A idąc dalej – on zrezygnował z pasji, żebym ja mogła pielęgnować swoją.
O! Takiego mam męża!