Wypełzło to to z tych swoich nor cuchnących przetrawioną siarką, głównego komponenta nalewek owocowych za sześć pięćdziesiąt w lokalnej Biedronce. Wygrzewają się na tych chodnikach jak jaszczurka na ciepłym kamyku, albo nasza Irenka pod żarówką stołowej lapmy. Pierwszy ciepły wieczór i już! Cała dzielnica upstrzona przedstawicielami miejscowej żulerii. Się robi tak z deka południowo. Tak, ekhm, śródziemnomorsko. Życie nocne na ulicach. Alkohol. Śmiechy. Niby pięknie. Tylko okoliczności przyrody trochę nie te.

Tylko oni tak sterczą na tym skrawku bruku, między zaparkowanymi autami a murem o odpadającym tynku, bo tylko oni mają czas.

Nie dręczy ich żadna presja.

Monitor nie krzyczy. Nie mają monitora.

Szefostwo nie pogania. Gruby Waldek, co się do niego mówi szefie coś tam czasem fuknie, ale żeby zaraz poganiać?

Dziećmi się zająć nie trzeba. Same się zajmują. Patryczek próbuje wcisnąć Klaudiusi kapsel do gardła, Adrianek napierdala kota sąsiadów. Zielone gluty wiszą do pasa. I jest pięknie.

Są wolni od ściskającej żołądek wątpliwości, czy dobrze wychowują. Czy nie popełniają jakichś katastrofalnych błędów.

Nie myślą co jutro na obiad. To, co zwykle. Kaszanka jaka. Czy coś.

Nie męczy zastój w obcowaniu z kulturą. Czym, kurwa?

 

Idę tym chodnikiem, wracam do domu wieczorową porą.

Żulice mierzą mnie nieprzyjemnie. Ja też nie napawam się ich obecnością.

Najgorszy sort Mariuszy czyni drobne prezentacje audio-motoryzacyjne, dóbr skrojonych w innej części Miasta. Czasem powiedzą coś lepkiego. Według nich wciąż bardziej niż na mamuśkę, wyglądam na lalę. Chociaż tak na dobrą sprawę, co ze mnie za lala bez różowej cyrkonii w pępku i borsuka na łbie.  

 

To są prawdziwie szczęśliwi ludzie, nieestetycznie i nieetycznie szczęśliwi, cuchnący i moralnie pokrzywieni, ale prawdziwie wolni. Nic ich nie goni, nic nie ściska im tyłka. Mają swoje stresy – na przykład czy pały nie zgarną dziś ich Sławunia, albo jak pięć dych na starczyć do końca miesiąca, ale na dobrą sprawę są to stresy bardzo oswojone. Biedowali od zawsze i zawsze co jakiś czas wpadają pały.

 

Ja gardzę nimi.

Oni gardzą mną.

A fundamentem naszej pogardy jest zawiść.

Oni odarliby mnie z atrybutów świata, w ich mniemaniu, luksusowego. Z mojej luiwitą torebki od H&M. I moich dolczeendgabana botków z CCC. Z moich milionów w banknotach dziesięciozłotowych.

Ja wyję do ich wolnego czasu, do spokojnego piwkowania na krzesełku wędkarskim, do wdupiemania.
Przede wszystkim wdupiemania, reszta jest tylko jego cudownym następstwem.
Do braku presji.