eee-co-to-ja-chcialam blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2010

Bożenkę strzelał chuj, gdyż jej córka miała lepiej, niż ona w analogicznym wieku.

Lepiej wybrała reproduktora, lepszy czas obrała na reprodukcję, powstrzymując szaloną macicę, która już wiele lat wcześniej skamlała o nadzienie. Ponadto Małgorzata zaaranżowała sobie bardzo dogodną sytuację zawodową, dzięki której nikt nie podbijał jej karty obecności i nikogo nie musiała prosić o wychodne w środku dnia. A na dodatek tego złego, na skutek hojności ojca i teścia – nie spłacała kredytu. Gdy Bożena wygłaszała swoje ty to masz szczęście w życiu, wrażliwy słuchacz miał okazję wyłapać delikatne zgrzytnięcia bożeninych trzonowców.

 

Miała jednak córka Bożeny, Małgorzata, swój garb, bo nikt nie jest idealnie prosty. Garb był ściśle powiązany z dawcą materiału genetycznego, tworzącego w Małgorzacie połowę kompletu chromosomów. Chromosomy te sprawiły, że facjata Małgorzaty była kobiecą wersją facjaty dawcy, co sprawiało z kolei, że zwyrodniała tkanka garbu uciążliwie ćmiła Bożenę. Pogubiliście się? Ależ! Garb był Małgorzaty. Lecz pobolewał Bożenkę. Nie ma w tym żadnego błędu logicznego.  

 

Bożena uważała prawdopodobnie, że Małgorzata za mało dostała w życiu w dupę, a powinna była. Dawca połowy chromosomów potomka Małgorzaty nie wypiął się jak dotąd na nią dupą, więcej – był i wspierał, raz lepiej, raz gorzej, zarabiał i w zębach przynosił, a także, co Małgorzacie nieraz wyrwało się na rauszu, bo rubaszna była z niej dziewucha – ruchał, aż szli wióry. Małgorzatę.
Bożena głosiła, że jest wielce rada z życiowych wyborów i fartów swej córci. Jednak gdy przyszło co do czego, szydło wyłaziło z worka i łypało na Małgorzatę z wielkim wyrzutem.

 

Raz po raz wdawały się w pyskóweczki i wtedy Bożena pokazywała jak jest. Najbardziej bolał Bożenę garb, więc kiedy mogła używała w najlepsze. Przez niespełna trzydzieści lat Małgorzata była gwałcona tym samym od dzieciństwa leitmotivem, a leciał on tak: Twój ojciec to jest chuj, miałam ja przez niego znój, bo nas olał ciepłym moczem, wciąż pragnę mu skopać krocze. Ponieważ pobożne życzenia Bożeny o kopaniu krocza, które zafundowało jej niegdyś szkołę życia, nigdy się nie ziściły – Bożena kopała co popadło, a Małgorzatę z największą rozkoszą. (Ostatnio dostało się Małgorzacie na własnym weselu. Do tego stopnia, że gdy ogląda zdjęcia z własnego ślubu chce jej się płakać, mąż jej myśli, że ze wzruszenia.)

 

No tak między Bogiem a prawdą – kawał bezczelnej zdziry był z tej Małgorzaty! Nie dość, że nosiła rysy ojca-złamasa, nie dość, że jej się w życiu wiodło ona jeszcze miała POSTULATY! Słyszycie? Postulaty miała ta szmata garbata! Żeby jej dziecko czasem wziąć popilnować, a ona żeby mogła z kulturą poobcować! Albo w domu poleżeć z mężem, odpocząć! Raz na kilka tygodni tak chciała! Mówiła, że co sześć będzie w sam raz. W sam raz?! Niewiarygodne! Nie dość, że nie spłaca kredytu, nie dość, że jej mąż wciąż nie wygląda jakby odchodził, ta jeszcze ma jakieś wymagania od życia! Bachora się zachciało, a teraz do kina ją ciągnie! Patrzcie ją! A to odtwarzacz diwidi od czego? To jest kino! Mało to płyt ma z filmami? Oraz macierzyństwem się cieszyć, a nie! Dziecko to obowiązek matki, a nie babki! Myślałby kto! Zresztą ostatnio jak był na godzinę, ten mały, to nie był wzorem chłopięcych cnót, o nie. Użerać się babcia będzie? Jeszcze czego!

 

Ostatnio słyszałam, że znów przelało się nieco.

Małgorzata przebąkuje o kompletnym zawieszeniu kontaktów wnusia z babcią. Tłumaczę jej, że nikt tej demonstracji nie zauważy. Że to właściwie bez różnicy.

Czy mnie posłucha, nie wiem. Jest krnąbrna dokładnie jak jej ojciec.

Klimat zbiorowego samoumartwienia mamy za sobą, jak mniemam.

Wreszcie może przestanie prześladować mnie dupościsk dotyczący ewentualnego urażenia czyichś uczuć. Oraz przestanę podlegać notom koleżanek-barometrów-od-żałoby, oceniających, czy dostatecznie przeżywam. Czy z właściwą mocą smagam psyche rzemieniami z ołowianą kulką. Czy proporcjonalnie dużo czasu spędzam na śledzeniu drogi konduktu żałobnego w stosunku do nowych odcinków Californication. Czy flaga odpowiednio żałośnie łopocze. Bo nie daj Bóg, by załopotała na wesoło.

 

Przyszła wiosna. Z dnia na dzień buchnęła zieleń. Otrzymałam pewien telefon. Głos z zaświatów, jak ja to mówię, kiedy dzwoni ktoś niesłyszany od lat. Że co u nas, a jak mały, o rany już do przedszkola!, ale ten czas leci, jak para, trzeba by się zobaczyć, tylko kiedy, ach musimy coś wymyślić, najlepiej naprędce. Nie wie co u nas już kopę lat. I jakoś mu ta niewiedza nie przeszkadza. Aż do dziś.

Hmm. Hmm. Pomyślmy.

Co to tam ostatnio było? Prezydent zginął, racja. I co jest tego najważniejszym politycznie następstwem? Trzeba wybrać nowego. O rany. Na fali narodowego współczucia po utracie brata i bratowej Jarosławowi potężnie skoczyły słupki. Alarmująco rzekłabym. A dziś mamy oto pierwszy dzień nie-żałoby. Pierwszy dzień w którym jako tako wypada wykonać pierwsze telefony. Do różnych takich. I już dostaję telefon. Niby towarzyski, niby słowa o Matce Partii. Ale jakżesz to wszystko czytelne.

(Ach, ja to jestem jednak chytra sucz.)

Cha, cha.

No cóż.

Mnie już politykowanie nie kręci. Choć może powinnam przemyśleć. Jest duża szansa, że biorąc dalszy udział w mizianiu sobie nawzajem międzypośladzia, sprawię, iż ktoś kiedyś powie o mnie „kwiat inteligencji”. A przecież dobrze wiemy jaki ze mnie kwiat. Kiedyś byłam różą, lecz nie jestem teraz.

A jednak nie skorzystam. Bardzo cenię sobie przeświadczenie, że nikomu, prócz rodziny, niczego nie zawdzięczam.
Generalnie mam fantazję dotyczącą osiągnięcia stanu zdystansowania się do świata zewnętrznego i jego przedstawicieli.
Zdystansowana ja to taki wdzięczny oksymoronik!

Czuję się, jakby ktoś wykorzystał chwilę mojej słabości. Mojej, jako obywatela, tak?

Został wykorzystany ten moment, kiedy zapłakałam nad losem Jarosława i byłam skłonna odmówić zań paciórek, choć się w sztuce mocno opuściłam. Moment, w którym pomyślałam, że przemilczę to wszechobecne lanie różowego lukru, prószenie kolorową posypką i wyciskanie puchatych zawijasków z bitej śmietanki. Wykorzystano też chwilę, w której nie wyśmiałam słów Michnika, że tragicznie zmarły nasz władca był nad wyraz sympatycznym człowiekiem. (Lech? Sympatycznym? Można pewnie wiele o nim dobrych rzeczy. Na pewno był uczciwy. Na pewno był patriotą. Na pewno w ogólnym rozrachunku był człowiekiem prawym. Działał w opozycji, wartość sama w sobie. Ale zaraz SYMPATYCZNYM?)


Lecz pomyślałam – a chuj tam. Nie był to mój prezydent, choć niby całego narodu. Nie zrobił nic, bym chciała powiedzieć, że nim jest. Położył na mnie, wykształciuchu szpetnym, laskę. Ale chuj tam, rzekłam sobie. Taki straszny los go spotkał. Zapomnijmy. Przemilczmy. Współczujmy. Nie pielęgnujmy urazy.


I wtedy, kiedy tak lałam krokodyle łzy i wyrzucałam sobie co mocniejsze epitety, jakimi się w życiu swem posłużyłam, mówiąc o braciach, Jarosław wstał, otrzepał się i dopierdolił z grubej artylerii. Jak to on. Wykazując po raz kolejny totalny brak kontaktu z rzeczywistością.

Jego lekarze powinni dobrze przemyśleć rzecz, zanim przepiszą mu kolejną baterię prochów.

No i fatalną rzecz zrobił bratu na sam koniec.

Lech Kaczyński mógł odejść w strugach naszych łez.

Odejdzie w atmosferze kompletnej żenady.  

.

13 komentarzy

Czy płakałam dziś usłyszawszy o tragedii pod Smoleńskiem? Jasne. Wyłam.

Bo w każdym takim wydarzeniu widzę dramat jednostki. Widzę żony, chwytające się za brzuchy, bo nagły skurcz żołądka zgina wpół. Widzę grymas rozpaczy na ich twarzach, ich krzyk, że to niemożliwe, niemal czuję ścisk w gardle i kolejny na myśl, jak to oznajmić dzieciom.

Świadomość, że komuś TOTALNIE zawalił się świat, zawsze doprowadza mnie do łez.

(Jest to naturalnie empatia przesycona egoizmem, głęboką ulgą, że nie spotkało to mnie, oraz równie egocentrycznym pytaniem – a co, gdyby? Czy moje serce by to zniosło?…)

  

„Umarł kwiat polskiej inteligencji” – powiedział ktoś w tefauen24. Taaaaaaa? Kwiat? Inteligencji? Że Gosiewski? Że Karpiniuk? Kochanowski?

Ale czy to ma jakieś znaczenie w obliczu czegoś tak beznadziejnie smutnego jak nagły koniec? Czy w związku z tym, że Gosiewski nawet nie stał obok inteligenta, jest mi mniej żal, że właśnie w straszliwy sposób stracił życie, a jego dzieci – ojca?

Nie wiem, czy potrzebuję się brandzlować egzaltowanymi, a na dodatek niewiele mającymi wspólnego z rzeczywistością, stwierdzeniami o kwiecie inteligencji żeby odczuć, bardzo, bardzo mocno, jak okrutny los spotkał tych ludzi i ich rodziny.

W polskiej polityce już dawno nie liczy się intelekt i szlachetne intencje, istotne są raczej – twardy tyłek i bezkompromisowość w dążeniu do celu (czyt. wycinaniu kolegów, którzy mogliby zagrażać własnej pozycji), więc doprawdy nie wiem czy ludzie zajmujący wysokie stanowiska rządowe grzeszą pięknymi umysłami. Ja tam twierdzę, że nie bardzo.

Ale czy to jest, kurwa, ważne?

 

Jeśli brać pod uwagę czyjeś nadzwyczajne zasługi to pochyliłabym się nad obecną na pokładzie samolotu elitą dowódców wojskowych (znów ONI, o ironio losu!!!), tylko, czy wizualizacja histerycznych spazmów targających ciała ich żon i matek jest bardziej sugestywna niż wyobrażenie rozpaczliwego szlochu pani Gosiewskiej? Albo trzęsących się ramion Jarosława, który poza bratem, kotem i matką, z czego właściwie pozostał mu kot, nie ma nic?

Nie.

Nie, nie i nie.

 

Pojechałam z Marcelim do pradziadków, a po drodze zakręciłam do Biedrony, bo rzucili tanie banany, a moje dziecko w swej przepastnej miłości do bananów jest żywym dowodem na prawdziwość Darwinizmu. Zanim wyszłam z auta zobaczyłam mężczyznę bezskutecznie szarpiącego klamką.

- Zamknięte? – pytam.

- Taaaa – odpowiada, a uczyniwszy ramionami popularny na wiejskich potańcówkach gest kaczuch, wyjaśnił – wie pani. Kaczka zleciała, to sklepy pozamykane.

 

Jak jestem pierwsza do wymiany zdań, szczególnie polemicznej, tak zaniemówiłam.

Facet wsiadł do auta, wsiadłam i ja. I dalej nie wiedziałam, co należałoby powiedzieć.

 

Jestem zgoła innej opcji politycznej niż świętej pamięci Prezydent, to chyba jasne. Nie mam najlepszego zdania o kondycji intelektualnej ludzi partii, z której wywodził się.

Tylko, czy to ma dziś jakieś znaczenie?

 

 

________________

a teraz apdejcik.

słyszeliście o Wawelu?

targały mną już różne nastroje.

aktualnie NIE DOWIERZAM.

Jestem niestety pośród tego motłochu, który zainteresował się Wisławą po Noblu. Ale naprawdę nie dlatego, że Nobel, bo czytam przecież głównie nienoblistów, dlatego, że w czasach po Noblu, dojrzałam do poezji. Sam termin poezja ociera się w moim odczuciu o pretensjonalność, ciężko mi właściwie o p. jako takiej mówić. Unikam słów niosących ze sobą patos, mam wysypkę, żenują mnie, a p. do takich należy.

No lubię po prostu, jak kobieta pisze. Podoba mi się, jak postrzega. Tyle.

 

Wczoraj wraz z małżonkiem obejrzeliśmy dokument o niej, będący peanem na cześć slow-life’u i niespiesznego smakowania życia. Spotkania autorskie, pitupitu przy lampce wina, podróże, powroty, mieszkanie pełne kiczowatych lecz uroczych bibelotów, będących prezentami od przyjaciół, papieros za papierosem, Kraków, na ulicach cichosza.

(Drobna dygresyjka –

Dzieci? Skąd. Mąż? Niby tak, ale przechowywany w oddzielnym gospodarstwie.

Wybaczcie mi pychę, ale w takich warunkach to wszyscy co bardziej łebscy bylibyśmy za przeproszeniem noblistami. Ale jasne, każdy ma prawo żyć jak uważa za stosowne.)

 

Sami będąc trybikami realiów kapitalistycznych, wiecznie w niedoczasie, wiecznie kupujący literaturę na potem, westchnęliśmy tęsknie, a także chrząknęliśmy z pewnym poirytowaniem.

Te spotkanka autorskie – nie, no będąc Wisławą, luz. Ona nic nie musi. Wyskrobie widelcem puszkę łiskasa i heja na miasto. Może siedzieć do nocy. Ma na koniak, prąd zapłacony. Zero łaski. I to jest okej. Gorzej -ci wszyscy nieudaczni uczestnicy literackiej bo-he-my. Co to się bujają po takich nasiadówkach i w migotliwym świetle świec pierdolą trzy po trzy. A może nawet mówią z sensem? Nie ma to dla mnie żadnej wartości tak długo, jak długo wiem, że muszą znów pożyczyć na pampersy, a rozmowy wychodzące zostały zablokowane. Bo walić farmazony o slow-life’ie można o ile slow-life nie oznacza low-life (copyright by K.). Niestety ołowiany ciężar życia w naszych realiach polega na tym, że są to synonimy. O ile się nie jest Wisławą. No i o ile nie masz mecenasa w postaci tatusia, państwa, spadku po majętnej cioci. A zakładam, że nie. I wtedy musisz zapierdalać. I to nie po kokosy. Po normalne, godne życie. Po to, by pożyczać od innych tylko w skrajnie dupnych sytuacjach, a nie co miesiąc. Po to, by jak kto przyjdzie, nie parzyć mu Sagi. I żeby dziecko nie miało świadomości, że jedyne do może od nas dostać to ołówek. Nie, no prócz miłości, wiadomo. Ja jednak jestem suką tej szkoły, że miłość to ciutkę za mało. Ciężko miłością zapełnić w dziecku tęsknotę do zestawu Duplo Bob Budowniczy. Dziecko może takiej operacji odrobinę nie zrozumieć.


Nie imponuje mi bogate życie wewnętrzne, przy wiecznym kombinowaniu jak i za co. Nie i już.

Ale Wisława fajna. I ja też w podróżach najbardziej lubię powroty. Tyle, że każda z nas wraca do czego innego.


  • RSS