Jestem niestety pośród tego motłochu, który zainteresował się Wisławą po Noblu. Ale naprawdę nie dlatego, że Nobel, bo czytam przecież głównie nienoblistów, dlatego, że w czasach po Noblu, dojrzałam do poezji. Sam termin poezja ociera się w moim odczuciu o pretensjonalność, ciężko mi właściwie o p. jako takiej mówić. Unikam słów niosących ze sobą patos, mam wysypkę, żenują mnie, a p. do takich należy.

No lubię po prostu, jak kobieta pisze. Podoba mi się, jak postrzega. Tyle.

 

Wczoraj wraz z małżonkiem obejrzeliśmy dokument o niej, będący peanem na cześć slow-life’u i niespiesznego smakowania życia. Spotkania autorskie, pitupitu przy lampce wina, podróże, powroty, mieszkanie pełne kiczowatych lecz uroczych bibelotów, będących prezentami od przyjaciół, papieros za papierosem, Kraków, na ulicach cichosza.

(Drobna dygresyjka –

Dzieci? Skąd. Mąż? Niby tak, ale przechowywany w oddzielnym gospodarstwie.

Wybaczcie mi pychę, ale w takich warunkach to wszyscy co bardziej łebscy bylibyśmy za przeproszeniem noblistami. Ale jasne, każdy ma prawo żyć jak uważa za stosowne.)

 

Sami będąc trybikami realiów kapitalistycznych, wiecznie w niedoczasie, wiecznie kupujący literaturę na potem, westchnęliśmy tęsknie, a także chrząknęliśmy z pewnym poirytowaniem.

Te spotkanka autorskie – nie, no będąc Wisławą, luz. Ona nic nie musi. Wyskrobie widelcem puszkę łiskasa i heja na miasto. Może siedzieć do nocy. Ma na koniak, prąd zapłacony. Zero łaski. I to jest okej. Gorzej -ci wszyscy nieudaczni uczestnicy literackiej bo-he-my. Co to się bujają po takich nasiadówkach i w migotliwym świetle świec pierdolą trzy po trzy. A może nawet mówią z sensem? Nie ma to dla mnie żadnej wartości tak długo, jak długo wiem, że muszą znów pożyczyć na pampersy, a rozmowy wychodzące zostały zablokowane. Bo walić farmazony o slow-life’ie można o ile slow-life nie oznacza low-life (copyright by K.). Niestety ołowiany ciężar życia w naszych realiach polega na tym, że są to synonimy. O ile się nie jest Wisławą. No i o ile nie masz mecenasa w postaci tatusia, państwa, spadku po majętnej cioci. A zakładam, że nie. I wtedy musisz zapierdalać. I to nie po kokosy. Po normalne, godne życie. Po to, by pożyczać od innych tylko w skrajnie dupnych sytuacjach, a nie co miesiąc. Po to, by jak kto przyjdzie, nie parzyć mu Sagi. I żeby dziecko nie miało świadomości, że jedyne do może od nas dostać to ołówek. Nie, no prócz miłości, wiadomo. Ja jednak jestem suką tej szkoły, że miłość to ciutkę za mało. Ciężko miłością zapełnić w dziecku tęsknotę do zestawu Duplo Bob Budowniczy. Dziecko może takiej operacji odrobinę nie zrozumieć.


Nie imponuje mi bogate życie wewnętrzne, przy wiecznym kombinowaniu jak i za co. Nie i już.

Ale Wisława fajna. I ja też w podróżach najbardziej lubię powroty. Tyle, że każda z nas wraca do czego innego.