Czy płakałam dziś usłyszawszy o tragedii pod Smoleńskiem? Jasne. Wyłam.

Bo w każdym takim wydarzeniu widzę dramat jednostki. Widzę żony, chwytające się za brzuchy, bo nagły skurcz żołądka zgina wpół. Widzę grymas rozpaczy na ich twarzach, ich krzyk, że to niemożliwe, niemal czuję ścisk w gardle i kolejny na myśl, jak to oznajmić dzieciom.

Świadomość, że komuś TOTALNIE zawalił się świat, zawsze doprowadza mnie do łez.

(Jest to naturalnie empatia przesycona egoizmem, głęboką ulgą, że nie spotkało to mnie, oraz równie egocentrycznym pytaniem – a co, gdyby? Czy moje serce by to zniosło?…)

  

„Umarł kwiat polskiej inteligencji” – powiedział ktoś w tefauen24. Taaaaaaa? Kwiat? Inteligencji? Że Gosiewski? Że Karpiniuk? Kochanowski?

Ale czy to ma jakieś znaczenie w obliczu czegoś tak beznadziejnie smutnego jak nagły koniec? Czy w związku z tym, że Gosiewski nawet nie stał obok inteligenta, jest mi mniej żal, że właśnie w straszliwy sposób stracił życie, a jego dzieci – ojca?

Nie wiem, czy potrzebuję się brandzlować egzaltowanymi, a na dodatek niewiele mającymi wspólnego z rzeczywistością, stwierdzeniami o kwiecie inteligencji żeby odczuć, bardzo, bardzo mocno, jak okrutny los spotkał tych ludzi i ich rodziny.

W polskiej polityce już dawno nie liczy się intelekt i szlachetne intencje, istotne są raczej – twardy tyłek i bezkompromisowość w dążeniu do celu (czyt. wycinaniu kolegów, którzy mogliby zagrażać własnej pozycji), więc doprawdy nie wiem czy ludzie zajmujący wysokie stanowiska rządowe grzeszą pięknymi umysłami. Ja tam twierdzę, że nie bardzo.

Ale czy to jest, kurwa, ważne?

 

Jeśli brać pod uwagę czyjeś nadzwyczajne zasługi to pochyliłabym się nad obecną na pokładzie samolotu elitą dowódców wojskowych (znów ONI, o ironio losu!!!), tylko, czy wizualizacja histerycznych spazmów targających ciała ich żon i matek jest bardziej sugestywna niż wyobrażenie rozpaczliwego szlochu pani Gosiewskiej? Albo trzęsących się ramion Jarosława, który poza bratem, kotem i matką, z czego właściwie pozostał mu kot, nie ma nic?

Nie.

Nie, nie i nie.

 

Pojechałam z Marcelim do pradziadków, a po drodze zakręciłam do Biedrony, bo rzucili tanie banany, a moje dziecko w swej przepastnej miłości do bananów jest żywym dowodem na prawdziwość Darwinizmu. Zanim wyszłam z auta zobaczyłam mężczyznę bezskutecznie szarpiącego klamką.

- Zamknięte? – pytam.

- Taaaa – odpowiada, a uczyniwszy ramionami popularny na wiejskich potańcówkach gest kaczuch, wyjaśnił – wie pani. Kaczka zleciała, to sklepy pozamykane.

 

Jak jestem pierwsza do wymiany zdań, szczególnie polemicznej, tak zaniemówiłam.

Facet wsiadł do auta, wsiadłam i ja. I dalej nie wiedziałam, co należałoby powiedzieć.

 

Jestem zgoła innej opcji politycznej niż świętej pamięci Prezydent, to chyba jasne. Nie mam najlepszego zdania o kondycji intelektualnej ludzi partii, z której wywodził się.

Tylko, czy to ma dziś jakieś znaczenie?

 

 

________________

a teraz apdejcik.

słyszeliście o Wawelu?

targały mną już różne nastroje.

aktualnie NIE DOWIERZAM.