Czuję się, jakby ktoś wykorzystał chwilę mojej słabości. Mojej, jako obywatela, tak?

Został wykorzystany ten moment, kiedy zapłakałam nad losem Jarosława i byłam skłonna odmówić zań paciórek, choć się w sztuce mocno opuściłam. Moment, w którym pomyślałam, że przemilczę to wszechobecne lanie różowego lukru, prószenie kolorową posypką i wyciskanie puchatych zawijasków z bitej śmietanki. Wykorzystano też chwilę, w której nie wyśmiałam słów Michnika, że tragicznie zmarły nasz władca był nad wyraz sympatycznym człowiekiem. (Lech? Sympatycznym? Można pewnie wiele o nim dobrych rzeczy. Na pewno był uczciwy. Na pewno był patriotą. Na pewno w ogólnym rozrachunku był człowiekiem prawym. Działał w opozycji, wartość sama w sobie. Ale zaraz SYMPATYCZNYM?)


Lecz pomyślałam – a chuj tam. Nie był to mój prezydent, choć niby całego narodu. Nie zrobił nic, bym chciała powiedzieć, że nim jest. Położył na mnie, wykształciuchu szpetnym, laskę. Ale chuj tam, rzekłam sobie. Taki straszny los go spotkał. Zapomnijmy. Przemilczmy. Współczujmy. Nie pielęgnujmy urazy.


I wtedy, kiedy tak lałam krokodyle łzy i wyrzucałam sobie co mocniejsze epitety, jakimi się w życiu swem posłużyłam, mówiąc o braciach, Jarosław wstał, otrzepał się i dopierdolił z grubej artylerii. Jak to on. Wykazując po raz kolejny totalny brak kontaktu z rzeczywistością.

Jego lekarze powinni dobrze przemyśleć rzecz, zanim przepiszą mu kolejną baterię prochów.

No i fatalną rzecz zrobił bratu na sam koniec.

Lech Kaczyński mógł odejść w strugach naszych łez.

Odejdzie w atmosferze kompletnej żenady.