Bożenkę strzelał chuj, gdyż jej córka miała lepiej, niż ona w analogicznym wieku.

Lepiej wybrała reproduktora, lepszy czas obrała na reprodukcję, powstrzymując szaloną macicę, która już wiele lat wcześniej skamlała o nadzienie. Ponadto Małgorzata zaaranżowała sobie bardzo dogodną sytuację zawodową, dzięki której nikt nie podbijał jej karty obecności i nikogo nie musiała prosić o wychodne w środku dnia. A na dodatek tego złego, na skutek hojności ojca i teścia – nie spłacała kredytu. Gdy Bożena wygłaszała swoje ty to masz szczęście w życiu, wrażliwy słuchacz miał okazję wyłapać delikatne zgrzytnięcia bożeninych trzonowców.

 

Miała jednak córka Bożeny, Małgorzata, swój garb, bo nikt nie jest idealnie prosty. Garb był ściśle powiązany z dawcą materiału genetycznego, tworzącego w Małgorzacie połowę kompletu chromosomów. Chromosomy te sprawiły, że facjata Małgorzaty była kobiecą wersją facjaty dawcy, co sprawiało z kolei, że zwyrodniała tkanka garbu uciążliwie ćmiła Bożenę. Pogubiliście się? Ależ! Garb był Małgorzaty. Lecz pobolewał Bożenkę. Nie ma w tym żadnego błędu logicznego.  

 

Bożena uważała prawdopodobnie, że Małgorzata za mało dostała w życiu w dupę, a powinna była. Dawca połowy chromosomów potomka Małgorzaty nie wypiął się jak dotąd na nią dupą, więcej – był i wspierał, raz lepiej, raz gorzej, zarabiał i w zębach przynosił, a także, co Małgorzacie nieraz wyrwało się na rauszu, bo rubaszna była z niej dziewucha – ruchał, aż szli wióry. Małgorzatę.
Bożena głosiła, że jest wielce rada z życiowych wyborów i fartów swej córci. Jednak gdy przyszło co do czego, szydło wyłaziło z worka i łypało na Małgorzatę z wielkim wyrzutem.

 

Raz po raz wdawały się w pyskóweczki i wtedy Bożena pokazywała jak jest. Najbardziej bolał Bożenę garb, więc kiedy mogła używała w najlepsze. Przez niespełna trzydzieści lat Małgorzata była gwałcona tym samym od dzieciństwa leitmotivem, a leciał on tak: Twój ojciec to jest chuj, miałam ja przez niego znój, bo nas olał ciepłym moczem, wciąż pragnę mu skopać krocze. Ponieważ pobożne życzenia Bożeny o kopaniu krocza, które zafundowało jej niegdyś szkołę życia, nigdy się nie ziściły – Bożena kopała co popadło, a Małgorzatę z największą rozkoszą. (Ostatnio dostało się Małgorzacie na własnym weselu. Do tego stopnia, że gdy ogląda zdjęcia z własnego ślubu chce jej się płakać, mąż jej myśli, że ze wzruszenia.)

 

No tak między Bogiem a prawdą – kawał bezczelnej zdziry był z tej Małgorzaty! Nie dość, że nosiła rysy ojca-złamasa, nie dość, że jej się w życiu wiodło ona jeszcze miała POSTULATY! Słyszycie? Postulaty miała ta szmata garbata! Żeby jej dziecko czasem wziąć popilnować, a ona żeby mogła z kulturą poobcować! Albo w domu poleżeć z mężem, odpocząć! Raz na kilka tygodni tak chciała! Mówiła, że co sześć będzie w sam raz. W sam raz?! Niewiarygodne! Nie dość, że nie spłaca kredytu, nie dość, że jej mąż wciąż nie wygląda jakby odchodził, ta jeszcze ma jakieś wymagania od życia! Bachora się zachciało, a teraz do kina ją ciągnie! Patrzcie ją! A to odtwarzacz diwidi od czego? To jest kino! Mało to płyt ma z filmami? Oraz macierzyństwem się cieszyć, a nie! Dziecko to obowiązek matki, a nie babki! Myślałby kto! Zresztą ostatnio jak był na godzinę, ten mały, to nie był wzorem chłopięcych cnót, o nie. Użerać się babcia będzie? Jeszcze czego!

 

Ostatnio słyszałam, że znów przelało się nieco.

Małgorzata przebąkuje o kompletnym zawieszeniu kontaktów wnusia z babcią. Tłumaczę jej, że nikt tej demonstracji nie zauważy. Że to właściwie bez różnicy.

Czy mnie posłucha, nie wiem. Jest krnąbrna dokładnie jak jej ojciec.