eee-co-to-ja-chcialam blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2010

Nie wiem czy to ta urocza aura listopadowa, czy ki chuj, dość, że w weekend głównie rozwieraliśmy na siebie paszcze. A i dziedzic nie współpracował, darł swą pucołowatą, słodką mordkę, miotał się, strzykał seledynową cieczą i mówił językami świata, tak, że spotkawszy w parku koleżankę z lat licealnych, również z synem, dokonałam trudnej do zaakceptowania konstatacji, iż tylko jedna z nas może pochwalić się fajnym dzieckiem i nie jestem to ja.

Awaria relacji małżeńskich i rodzinnych niemalże przeszkodziła w celebrowaniu niecodziennej daty. Ale. Groźba rezygnacji z wieczornego suszi była wystarczającym bacikiem na dąsy.


No.
Tośmy poszli.

Część restauracyjna owszem. Nie spodziewałam się zresztą niczego innego. Nim spróbowałam, długo boczyłam się na kombinację surowej ryby, ryżu i liścia algi. To, co w dobrym tonie oraz dżezi na salonach zawsze mnie lekko odstręczało. Lubuję się w wyznaniach, które czynię w kręgach ąę, a gdy poczynię drżę z zadowolenia pod ostrzałem uniesionych brewek, że wino to ja najchętniej z Lidla i to w ilościach hurtowych, a najlepszy ciuch z mej szafy namierzyłam w okolicznym lumpie. Jednak przyszła kryska na matyska i wyżej wspomniana, nieobiecująca wiele składem, kombinacja, trafiła swego czasu pod moje podniebienie i sprawiła, że zatrzęsło mną z rozkoszy. Od tej pory każde świętowanie wiąże się z konsumpcją niezrównanego suszi.


Po części restauracyjnej nastąpiła część kinowa. I tu już nie było tak cudnie.

Bardzo z K. uważamy na to, czemu poświęcamy nasz cenny, bo występujący w mikroilościach, czas bezdzietny. Czytamy, co powiedział Przekrój, a co Gazeta, nad czym piał Dziennik, a co sprawiło, że wrzało w przaśnym studio tefaupe Kultura. Żeby nie było wtopy. Dramatu zmarnowanego czasu. Spuszczonej w kiblu okazji pobycia chwilę poza domem WE DWOJE.


Zwykle wychodzimy z kina mniej lub bardziej ukontentowani. Dobra passa złamała się wraz z *.  Wbrew temu, co piszą, ten film jest straszliwy. Nudny, okropnie, straszliwie NUDNY. Jak flaki z olejem. Przeraźliwie żaden i karykaturalnie archaiczny. I nie, poezja Johna Keatsa nie jest ponadczasowa. Może wilgotniały od niej dziewiętnastowieczne panny, lecz mnie zwilgotniało co najwyżej oko. Że nie poszłam na coś innego.

Ale nie, że mi ciążyła leniwa fabuła. Ja kocham leniwe fabuły. Między słowami kocham. I Jedwabną opowieść kocham. Ukryte pragnienia. Historie kuchenne. Chillout, sjesta, bujanie w obłokach, gra powieką i dołeczkiem w łokciu, pitu pitu i plenery. No kocham to, no co. Ale Jaśniejszej od gwiazd, jakoś, psia jej mać, nie pokochałam. W ogóle, jak sobie przejrzę dorobek Jane Campion, myślę, że Fortepian wyszedł kurze spod ogona. W sensie, że jedyny z sensem.


Poza tym patrzę za okno i zastanawiam się czy nie zacząć ewakuować piwnicy. Szkoda by było tych wszystkich pamiętniczków i miłosnych wyznań sprzed dekady, by popłynęły do morza, ale, kurwa, tak strasznie mi się nie chce schylać i podnosić.

16.05.

3 komentarzy

 

To, co mnie żywi, zabija jednocześnie.

Co napełnia mnie poczuciem sensu, jest mi gwoździem do trumny.

Spełnienie i wkurwienie, sens i pierdolec, bliźnięta syjamskie.

 

Zamieszkując swoją uroczą, studencką klitkę, gdzie róż dobrze komponował się z butelkową zielenią wysuszonych Sophii, a gołębi błękit z pomarańczem pustych paczek Pall Malli, budziłam się często z pewnym ściskiem żołądka. To był ścisk pod tytułem: tak-bardzo-nie-chciałabym-podzielić-twojego-życiorysu-matko-kszestna. Tak bardzo nie chciałabym przegapić Ważnego. Tak strasznie nie chciałabym przekonać się, że, lewe lewe lofff, ten pociąg jednak pojedzie, nawet jeśli mnie w nim nie będzie.

 

Nawet nie biegłam jakoś specjalnie, pociąg sam mnie zgarnął.

Lewe loff.

Nie zdążyłam dobrze rozgościć się w przedziale, nie sprawdziłam, wzorem Adasia Miauczyńskiego, mojego poniekąd alter ego, gdzie najkorzystniej usadowić swe zacne pośladki. Czy zgodnie z kierunkiem jazdy, czy wręcz odwrotnie, czy z dala od okna, czy może przy. Nie zdążyłam otworzyć Vivy za złoty dziewięćdziesiąt dziewięć, bo tylko takie kupuję, i zacząć inhalować umysł mądrościami doktorek habilitowanych od życia pań gwiazd. Wszystko zadziało się samo, jakbym była malutkim trybikiem wielkiej machiny, mikroskopijnym atomem Planu.

 

Październik – upił mnie i zbałamucił.

Listopad – wahałam się, co ma być dalej.

Grudzień – przestałam się wahać.

Styczeń – zapragnęłam połączenia dwóch gospodarstw.

Luty – zostałam przeniesiona z wyżej wspomnianej, uroczej klitki, wprost do królestwa studenckich bib, kilkoma kursami Fiata Punto.

Marzec – pomarcowalim brzemiennie w skutkach.

 

Nastał Sens. Jeszcze solo. Pierdolec czaił się za bratem. Nie pokazywał się przez dobre trzy kwartały. Jak bliźniaczy płód, którego nie widać na badaniu ultrasonografem. Cudnie było. Sok z arbuza spływał mi po brodzie i nie miałam ani jednego rozstępu. Piersi były wielkie i sterczące. Sprawca zamieszania bełkotał coś w malignie. Idealna – mówił, kręciłam łbem. Najlepsza, chyba ty – ripostowałam. Niejeden wrażliwy shaftowałby się, słysząc.

 

Przyszedł listopad i pokazał Sens, jak wygląda naprawdę. Bez lukrowania i dawki endorfin, na którą powinien być paragraf. Brata pokazał, brata pierdolca. Od tego czasu nie widzę ich w pojedynkę.


I tak sobie trwa, ten stan rzeczy.

Szczęście, o utracie którego gdy myślę, widzę się w kaftanie.

Szlag jasny, który gwarantuje kaftan tak czy siak.

Ja to mam z Ikeą prawdziwy love-and-hate relationship. Szwedzka dziwka, pies ją trącał.
Zwodzi, zwodzi, że niby pięknie, że niby ładnie, że TE kolory, że cena spoko a potem jeden wielki chuj. Rozczarowania jakich bezwstydnie dostarcza mi Ikea jest kilka typów.
Po pierwsze to, co mnie interesuje, nigdy nie jest dostępne w Mieście, za to zawsze na warszawskich Jankach. W dupie mam warszawskie Janki. A jeśli już mnie coś interesuje i jest, gloria in excelsis, dostępne tutaj, w tej dupie świata, to zawsze mryga do mnie zadziornie i porozumiewawczo, a mrygnięcie owe oznacza, że to dopiero początek przygody.


Nie, no nie mam jakichś wygórowanych oczekiwań od przetanich mebelków z paździerza, którym zawsze wypadają bebechy przy wkręcaniu byle śrubki w nawiercony fabrycznie otwór, od których odpada kawałek brzozowej okleiny po podniesieniu wczorajszego kufla po piwie, które nadają się li jedynie do POJEDYNCZEGO skręcenia, a na pewno nie przeżyją nawet ultradelikatnego traktowania w razie, nie daj Bóg, przeprowadzki. A co dopiero takie standardowe.

Powiedzmy sobie szczerze – Ikea to straszny syf, jeśli mówimy o jakości. Bo dizajn to miewa. I za ów dizajn ja tę sukę skandynawską wciąż beznadziejnie wiernie nawiedzam.

(Nie, no wiem przecież, że istnieje na świecie LEPSZY dizajn, niż ten z Ikei. Pytanie tylko kogo z nas nań stać.)

 

No.

Tośmy se z K. kupili łoże.

Nie, nasze dwupokojowe królestwo nie powiło trzeciego pokoiku w majowym szale rozrodu.

Po prostu postanowiliśmy wrócić do korzeni, a Misiowi nieco pomniejszyć jego słodką norkę i tym samym zamienić niegdysiejszą garderobę, na garderobo-spalnię. Wygląda to nawet-nawet, ikeowscy dekoratorzy mieliby potężny wzwód, zobaczywszy jak zmyślnie wykorzystałam niewielką przestrzeń jednoznacznie kreśląc granicę między gniazdkiem syna, a strefą nocnego spoczynku jego rodzicieli. Bo tylko spoczynku, nie żeby coś ten.  

 

Łóżko było kurewsko ciężkie i nietanie.

Wróżyło to względną stabilność. Liczyłam, że pod nieobecność Juniora czasem uda się w odpowiednich warunkach upuścić nieco codziennego wkurwu, katalizując go w błogi post orgasmic chill. (Nie uznaję kuchennych blatów i zimnej terakoty, gdy w pobliżu mam łóżko).

A Ikea na to – cha cha cha.

Łóżeczko reaguje arcywkurwiającym bujaniem na każde nocne sapnięcie mojego męża. Że o zmianie pozycji nie wspomnę. Mój małżonek jest niemały, to fakt. Ale czy sto kilo to jakiś ewenement? No plus ja, wiadomo. Czyli razem sto czterdzieści, hue, hue. No, sto czterdzieści siedem może. Plus Misio, bo wpada mu się coraz częściej w środku nocy, kiedy nikt nie ma siły poszukać eufemizmu spierdalaj, kochanie. Czyli kolejne piętnaście. Czy my jesteśmy jacyś over? Bo według mnie to dość przeciętni.

 

No więc łóżko jest przechujowo niestabilne i każdy ewentualny czyn lubieżny jest niemożliwy, choćby w wydaniu żenującego filmu erotycznego, który z regularnym posuwaniem ma niewiele wspólnego (w filmach erotycznych kochankowie jakby PŁYNĄ. Możliwe, że to wyższy stopień wtajemniczenia a ja jestem zwykłym prymitywem, nie mówię nie.).

 

No i teraz zastanawiam się co dalej.

Moja energia seksualna, jak za późnonastoletnich czasów, zwyżkuje.

Zakazany owoc, jak wiadomo, smakuje najlepiej.  

Piwo Perła. Albo Łomża, nie upieram się.

Zimne.

Żarcie od grubasa z dołu, który za nic ma pierwszomajowe sacrum.

Na telefon.

Ulubione seriale w pomiętej pościeli.

A małej kołderki w kolorowe chrabąszcze i inne insekty – brak.

Tak.

 

Nie, no naderwane łożysko ćmi nieustająco, naprężona pępowina trzeszczy jak zawsze w takiej sytuacji, a telefon od Czujnej Ani w środku nocy, że Irena przeszła do niej balkonami i ona ją przyniesie zaraz, sprawił, że miałam ze cztery zawały, tak jeden po drugim, bo przecież synio mój, serce moje, życie moje, tak daleko, a co jeśli wysoka gorączka, nagła histeria, obezwładniający atak tęsknoty za mamuniąąąą?…
Kurka nioska never dies, wiadomo.

Ale.

Tym niemniej.

 

Jest zajebiście.

A jeszcze pogoda przybiła z nami piątkę.

Nie wpędza w wyrzuty, że tak gnijemy w sypialnianych tekstyliach, styropianowych puzderkach po tureckich specjałach, gazetach, pilotach, wczorajszych gaciach.

 

Czytałam kiedyś w Charakterach (?), że dziadkowie ze strony matki zawsze mają silniejszy kontakt z wnukami, bo podświadomie wiedzą, że to na pewno ICH wnuki. Ot, biologia.

Lecz oto moja rodzina jest PONAD biologię.

My jesteśmy, kurwa, nadludzie.  

A moja teściowa jest mi plastrem na odcisk uczyniony temperamencikiem dwuipółlatka.
(Który taaaaaaaaak daleko, taaaaaaaaaaaaaaaaaak daleeeeeekooo!)

Życzę Wam podobnie relaksującego majowego weekendu.
I przekonania, że Wasza połówka to Wasz najlepszy ziomek.


  • RSS