Piwo Perła. Albo Łomża, nie upieram się.

Zimne.

Żarcie od grubasa z dołu, który za nic ma pierwszomajowe sacrum.

Na telefon.

Ulubione seriale w pomiętej pościeli.

A małej kołderki w kolorowe chrabąszcze i inne insekty – brak.

Tak.

 

Nie, no naderwane łożysko ćmi nieustająco, naprężona pępowina trzeszczy jak zawsze w takiej sytuacji, a telefon od Czujnej Ani w środku nocy, że Irena przeszła do niej balkonami i ona ją przyniesie zaraz, sprawił, że miałam ze cztery zawały, tak jeden po drugim, bo przecież synio mój, serce moje, życie moje, tak daleko, a co jeśli wysoka gorączka, nagła histeria, obezwładniający atak tęsknoty za mamuniąąąą?…
Kurka nioska never dies, wiadomo.

Ale.

Tym niemniej.

 

Jest zajebiście.

A jeszcze pogoda przybiła z nami piątkę.

Nie wpędza w wyrzuty, że tak gnijemy w sypialnianych tekstyliach, styropianowych puzderkach po tureckich specjałach, gazetach, pilotach, wczorajszych gaciach.

 

Czytałam kiedyś w Charakterach (?), że dziadkowie ze strony matki zawsze mają silniejszy kontakt z wnukami, bo podświadomie wiedzą, że to na pewno ICH wnuki. Ot, biologia.

Lecz oto moja rodzina jest PONAD biologię.

My jesteśmy, kurwa, nadludzie.  

A moja teściowa jest mi plastrem na odcisk uczyniony temperamencikiem dwuipółlatka.
(Który taaaaaaaaak daleko, taaaaaaaaaaaaaaaaaak daleeeeeekooo!)

Życzę Wam podobnie relaksującego majowego weekendu.
I przekonania, że Wasza połówka to Wasz najlepszy ziomek.