Ja to mam z Ikeą prawdziwy love-and-hate relationship. Szwedzka dziwka, pies ją trącał.
Zwodzi, zwodzi, że niby pięknie, że niby ładnie, że TE kolory, że cena spoko a potem jeden wielki chuj. Rozczarowania jakich bezwstydnie dostarcza mi Ikea jest kilka typów.
Po pierwsze to, co mnie interesuje, nigdy nie jest dostępne w Mieście, za to zawsze na warszawskich Jankach. W dupie mam warszawskie Janki. A jeśli już mnie coś interesuje i jest, gloria in excelsis, dostępne tutaj, w tej dupie świata, to zawsze mryga do mnie zadziornie i porozumiewawczo, a mrygnięcie owe oznacza, że to dopiero początek przygody.


Nie, no nie mam jakichś wygórowanych oczekiwań od przetanich mebelków z paździerza, którym zawsze wypadają bebechy przy wkręcaniu byle śrubki w nawiercony fabrycznie otwór, od których odpada kawałek brzozowej okleiny po podniesieniu wczorajszego kufla po piwie, które nadają się li jedynie do POJEDYNCZEGO skręcenia, a na pewno nie przeżyją nawet ultradelikatnego traktowania w razie, nie daj Bóg, przeprowadzki. A co dopiero takie standardowe.

Powiedzmy sobie szczerze – Ikea to straszny syf, jeśli mówimy o jakości. Bo dizajn to miewa. I za ów dizajn ja tę sukę skandynawską wciąż beznadziejnie wiernie nawiedzam.

(Nie, no wiem przecież, że istnieje na świecie LEPSZY dizajn, niż ten z Ikei. Pytanie tylko kogo z nas nań stać.)

 

No.

Tośmy se z K. kupili łoże.

Nie, nasze dwupokojowe królestwo nie powiło trzeciego pokoiku w majowym szale rozrodu.

Po prostu postanowiliśmy wrócić do korzeni, a Misiowi nieco pomniejszyć jego słodką norkę i tym samym zamienić niegdysiejszą garderobę, na garderobo-spalnię. Wygląda to nawet-nawet, ikeowscy dekoratorzy mieliby potężny wzwód, zobaczywszy jak zmyślnie wykorzystałam niewielką przestrzeń jednoznacznie kreśląc granicę między gniazdkiem syna, a strefą nocnego spoczynku jego rodzicieli. Bo tylko spoczynku, nie żeby coś ten.  

 

Łóżko było kurewsko ciężkie i nietanie.

Wróżyło to względną stabilność. Liczyłam, że pod nieobecność Juniora czasem uda się w odpowiednich warunkach upuścić nieco codziennego wkurwu, katalizując go w błogi post orgasmic chill. (Nie uznaję kuchennych blatów i zimnej terakoty, gdy w pobliżu mam łóżko).

A Ikea na to – cha cha cha.

Łóżeczko reaguje arcywkurwiającym bujaniem na każde nocne sapnięcie mojego męża. Że o zmianie pozycji nie wspomnę. Mój małżonek jest niemały, to fakt. Ale czy sto kilo to jakiś ewenement? No plus ja, wiadomo. Czyli razem sto czterdzieści, hue, hue. No, sto czterdzieści siedem może. Plus Misio, bo wpada mu się coraz częściej w środku nocy, kiedy nikt nie ma siły poszukać eufemizmu spierdalaj, kochanie. Czyli kolejne piętnaście. Czy my jesteśmy jacyś over? Bo według mnie to dość przeciętni.

 

No więc łóżko jest przechujowo niestabilne i każdy ewentualny czyn lubieżny jest niemożliwy, choćby w wydaniu żenującego filmu erotycznego, który z regularnym posuwaniem ma niewiele wspólnego (w filmach erotycznych kochankowie jakby PŁYNĄ. Możliwe, że to wyższy stopień wtajemniczenia a ja jestem zwykłym prymitywem, nie mówię nie.).

 

No i teraz zastanawiam się co dalej.

Moja energia seksualna, jak za późnonastoletnich czasów, zwyżkuje.

Zakazany owoc, jak wiadomo, smakuje najlepiej.