To, co mnie żywi, zabija jednocześnie.

Co napełnia mnie poczuciem sensu, jest mi gwoździem do trumny.

Spełnienie i wkurwienie, sens i pierdolec, bliźnięta syjamskie.

 

Zamieszkując swoją uroczą, studencką klitkę, gdzie róż dobrze komponował się z butelkową zielenią wysuszonych Sophii, a gołębi błękit z pomarańczem pustych paczek Pall Malli, budziłam się często z pewnym ściskiem żołądka. To był ścisk pod tytułem: tak-bardzo-nie-chciałabym-podzielić-twojego-życiorysu-matko-kszestna. Tak bardzo nie chciałabym przegapić Ważnego. Tak strasznie nie chciałabym przekonać się, że, lewe lewe lofff, ten pociąg jednak pojedzie, nawet jeśli mnie w nim nie będzie.

 

Nawet nie biegłam jakoś specjalnie, pociąg sam mnie zgarnął.

Lewe loff.

Nie zdążyłam dobrze rozgościć się w przedziale, nie sprawdziłam, wzorem Adasia Miauczyńskiego, mojego poniekąd alter ego, gdzie najkorzystniej usadowić swe zacne pośladki. Czy zgodnie z kierunkiem jazdy, czy wręcz odwrotnie, czy z dala od okna, czy może przy. Nie zdążyłam otworzyć Vivy za złoty dziewięćdziesiąt dziewięć, bo tylko takie kupuję, i zacząć inhalować umysł mądrościami doktorek habilitowanych od życia pań gwiazd. Wszystko zadziało się samo, jakbym była malutkim trybikiem wielkiej machiny, mikroskopijnym atomem Planu.

 

Październik – upił mnie i zbałamucił.

Listopad – wahałam się, co ma być dalej.

Grudzień – przestałam się wahać.

Styczeń – zapragnęłam połączenia dwóch gospodarstw.

Luty – zostałam przeniesiona z wyżej wspomnianej, uroczej klitki, wprost do królestwa studenckich bib, kilkoma kursami Fiata Punto.

Marzec – pomarcowalim brzemiennie w skutkach.

 

Nastał Sens. Jeszcze solo. Pierdolec czaił się za bratem. Nie pokazywał się przez dobre trzy kwartały. Jak bliźniaczy płód, którego nie widać na badaniu ultrasonografem. Cudnie było. Sok z arbuza spływał mi po brodzie i nie miałam ani jednego rozstępu. Piersi były wielkie i sterczące. Sprawca zamieszania bełkotał coś w malignie. Idealna – mówił, kręciłam łbem. Najlepsza, chyba ty – ripostowałam. Niejeden wrażliwy shaftowałby się, słysząc.

 

Przyszedł listopad i pokazał Sens, jak wygląda naprawdę. Bez lukrowania i dawki endorfin, na którą powinien być paragraf. Brata pokazał, brata pierdolca. Od tego czasu nie widzę ich w pojedynkę.


I tak sobie trwa, ten stan rzeczy.

Szczęście, o utracie którego gdy myślę, widzę się w kaftanie.

Szlag jasny, który gwarantuje kaftan tak czy siak.