Nie wiem czy to ta urocza aura listopadowa, czy ki chuj, dość, że w weekend głównie rozwieraliśmy na siebie paszcze. A i dziedzic nie współpracował, darł swą pucołowatą, słodką mordkę, miotał się, strzykał seledynową cieczą i mówił językami świata, tak, że spotkawszy w parku koleżankę z lat licealnych, również z synem, dokonałam trudnej do zaakceptowania konstatacji, iż tylko jedna z nas może pochwalić się fajnym dzieckiem i nie jestem to ja.

Awaria relacji małżeńskich i rodzinnych niemalże przeszkodziła w celebrowaniu niecodziennej daty. Ale. Groźba rezygnacji z wieczornego suszi była wystarczającym bacikiem na dąsy.


No.
Tośmy poszli.

Część restauracyjna owszem. Nie spodziewałam się zresztą niczego innego. Nim spróbowałam, długo boczyłam się na kombinację surowej ryby, ryżu i liścia algi. To, co w dobrym tonie oraz dżezi na salonach zawsze mnie lekko odstręczało. Lubuję się w wyznaniach, które czynię w kręgach ąę, a gdy poczynię drżę z zadowolenia pod ostrzałem uniesionych brewek, że wino to ja najchętniej z Lidla i to w ilościach hurtowych, a najlepszy ciuch z mej szafy namierzyłam w okolicznym lumpie. Jednak przyszła kryska na matyska i wyżej wspomniana, nieobiecująca wiele składem, kombinacja, trafiła swego czasu pod moje podniebienie i sprawiła, że zatrzęsło mną z rozkoszy. Od tej pory każde świętowanie wiąże się z konsumpcją niezrównanego suszi.


Po części restauracyjnej nastąpiła część kinowa. I tu już nie było tak cudnie.

Bardzo z K. uważamy na to, czemu poświęcamy nasz cenny, bo występujący w mikroilościach, czas bezdzietny. Czytamy, co powiedział Przekrój, a co Gazeta, nad czym piał Dziennik, a co sprawiło, że wrzało w przaśnym studio tefaupe Kultura. Żeby nie było wtopy. Dramatu zmarnowanego czasu. Spuszczonej w kiblu okazji pobycia chwilę poza domem WE DWOJE.


Zwykle wychodzimy z kina mniej lub bardziej ukontentowani. Dobra passa złamała się wraz z *.  Wbrew temu, co piszą, ten film jest straszliwy. Nudny, okropnie, straszliwie NUDNY. Jak flaki z olejem. Przeraźliwie żaden i karykaturalnie archaiczny. I nie, poezja Johna Keatsa nie jest ponadczasowa. Może wilgotniały od niej dziewiętnastowieczne panny, lecz mnie zwilgotniało co najwyżej oko. Że nie poszłam na coś innego.

Ale nie, że mi ciążyła leniwa fabuła. Ja kocham leniwe fabuły. Między słowami kocham. I Jedwabną opowieść kocham. Ukryte pragnienia. Historie kuchenne. Chillout, sjesta, bujanie w obłokach, gra powieką i dołeczkiem w łokciu, pitu pitu i plenery. No kocham to, no co. Ale Jaśniejszej od gwiazd, jakoś, psia jej mać, nie pokochałam. W ogóle, jak sobie przejrzę dorobek Jane Campion, myślę, że Fortepian wyszedł kurze spod ogona. W sensie, że jedyny z sensem.


Poza tym patrzę za okno i zastanawiam się czy nie zacząć ewakuować piwnicy. Szkoda by było tych wszystkich pamiętniczków i miłosnych wyznań sprzed dekady, by popłynęły do morza, ale, kurwa, tak strasznie mi się nie chce schylać i podnosić.