eee-co-to-ja-chcialam blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2010

Ponieważ Marceli Fr. sprzedaje mi absolutnie KAŻDĄ infekcję, nawet drobną, w swoim wydaniu dwudniową, w moim – niekończącą się, od wczoraj napierdala mnie krtań. Ale to nic, to nic. Bo oto jutro kończy się tydzień wysiłków kobiety pracującej, ikony współczesnej  rzeczywistości, bombardowanej sygnałami pozornie kompletnie wykluczającymi się, ale niestety tylko pozornie.


Jeden mówi – rusz tłusty tyłek, oskrob młode kartofle i posiekaj młody koperek. Do tego zetrzyj marchew, naskórek i płytkę paznokciową. Uduś schab oraz podkurwione id. Mąż wróci z pracy, dzieciątko obudzi się z popołudniowej drzemki, będą głodni i niewdzięczni.


Drugi mówi – rozwijaj się i zarabiaj. Nie stój w miejscu, bierz byka za jajca. Proponują więcej – bierz więcej. Nie proponują – miej poczucie winy i samookaleczaj się. Miej dobre pomysły, dobre przychody i krótki sen.


Trzeci mówi – depiluj cipkę i łydki. Prostuj grzywkę prostownicą ceramiczną. Bunkruj szare odrosty amoniakową pastą, efekty neurotycznego dłubania przy ryju korektorem o odcieniu zbliżonym do odcienia podkładu, a fiolet dolnej powieki jasnym korektorem, zważając jednakowoż na niepożądany efekt pandy (vide – Górniakowa). Biegaj. Cellulitu nie zwalczysz, ale może nie będzie tak szybko przyrastał. Szoruj pięty, miej w sercu, co mówili przy wódce o piętach niegdysiejszej szefowej męża twego.


Czwarty mówi – dbaj o dziecko. Telewizja rodzi autyzm. A na pewno opóźnienia. Miej wyrzuty sumienia ilekroć włączasz Krecika, by spokojnie opróżnić jelita. Cierp, gdy musisz wybrać między pracą zarobkową a pracą w kamieniołomie Duplo. Tu nie ma recepty, co powinnaś wybrać, wybierz dobrze i koniecznie CIERP.


Piąty mówi – bądź dobrą suką swego pana. Eeeee, enszuldigung. Kochaj się często ze swoim małżonkiem. Bo inaczej pójdzie do innej. Niewykluczone, że pójdzie tak czy siak, ale dawaj z siebie wszystko, nawet, gdy po spełnieniu poprzednich podszeptów padasz na ryj. Pamiętaj, że jesteś królową seksu. (i łez).


Szósty mówi – czytaj, oglądaj, słuchaj, bywaj, orientuj się. Nie wiesz o czym mowa, improwizuj. Nie zapuszczaj się. Jak kilka razy zamiast reportażu w DF, wybierzesz wywiad z Kasią Skrzynką i jej Wyszczerzonym Królem Fitnessu, twoje szare komórki padną, jak mięśnie po kilku dniach hospitalizacji.


Siódmy mówi – pamiętaj w międzyczasie o 53. rocznicy dziadków, urodzinach teściowej i dniu ojca (razy dwa), zapytaj sąsiadkę jak wyniki badań, przetłumacz przy okazji ulotkę maści, nie zapomnij o wernisażu szwagra, zadzwoń do czterdziestu gospodarzy z Rewy i Pucka, by dowiedzieć się, że pani, na hajnekena to miejsc już nie ma od miesięcy, załatw elektryka bo nawala światło w łazience, pamiętaj, że o piątej kawa z panią od Kolorowych Misiów i rozmowa o naszej wspólnej świetlanej przyszłości razem lub osobno, przedłuż prenumeratę Naszynala, zarejestruj Młodego na kontrolę, zadzwoń po receptę na antydzieciowe prochy, bo się kończą, kończy się też żwirek, aaaa, umów się na sterylizację Ireny, to trzeba zrobić JUŻ, bo ruja pogania ruję, męczy się zwierzak…

 

I znów wyszło, że jęczę, utyskuję, mendzę, a ja naprawdę nie, przysięgam, jebnął mi się po prostu przydługi wstępik do wyznania, że…

Jestem straszliwie, nieprzyzwoicie szczęśliwa.

 

Jedziemy z K. na długie cztery dni nad Bałtyk. Będziemy leżeć na piasku, pić wino, a wieczorami słuchać zajebistej muzyki. A najlepsze, że w tym roku nie będę już tak skubać skórek na kciukach na myśl o biednym, małym Marcysiu, pozbawionym mamusi i jej ciepłego cyca. Bo Marceli kocha być u dziadków, a dziadkowie kochają mieć u siebie Marcelego.

My z kolei kochamy raz na jakiś czas być zupełnie sami.  

:)

10 komentarzy

Przed chwilą za bardzo symboliczną kwotę staliśmy się z K. posiadaczami dwóch czterodniowych karnetów na Open’era.
! :)
Niby pisałam rok temu, że więcej nie pojadę.
Ale, ale.
Obejrzyjcie program.
Nie wiem, jak Wam, ale mnie to pasi.

Moi nieocenieni teściowie jak zwykle stanęli na wysokości zadania, jeśli chodzi o babysitting. 
Ponieważ Marcel choruje AKTUALNIE, jest szansa, że nie będzie chorował za tydzień, choć kto to wie.
No ale nie myślmy za wiele, nie myślmy. Żeby się łiszful finking nie zrobiło.

Czyta kto mojego blogaska ktoś z Gdyni?
A jak czyta to zna jakąś godną polecenia acz niedrogą miejscówkę na 2-3 noce?

Bronek to taki trochę wuj Włodek, co zaprasza rodzinę na działkę pogrillować. Siedzi na składanym, wyświechtanym krzesełku przy ruszcie, całą imprezę dmucha w palenisko, podlewa nienajprzedniejszym, acz popularnym piwem, rozmawia się z nim o polityce, życiu, absolucie, bo wuj jest nie w ciemię bity, skończył studia wyższe i swoje już przedyskutował w życiu, jednak to wciąż poczciwy, lekko prowincjonalny wuj Włodek. Ja jestem piewcą bezpretensjonalnego uroku wuja Włodka i jego ponacinanej w świńskie raciczki kiełbasy śląskiej z grilla, tylko nie wiem do końca, czy takiego prezydenta chciałabym mieć.

Halo, halo, nie mówię o prowincji geograficznej, tak? Prowicja to dla mnie ten sarmacki wąs i suknie-namioty pani małżonki (puszyste też mogą ubierać się DOBRZE) oraz ogólne wrażenie, że to jakiś przypadek przygnał Bronka w zastępy politycznych aniołów miłości, bo jak dla mnie mógł on by swobodnie wpasować się gdzieś tam w szeregi prawych i sprawiedliwych. Nie mówię, że teraz. Ale kiedyś. Kiedy jeszcze wybór między piękną przeszłością braci i piękną przeszłością Donka i spółki nie był wcale taki oczywisty. Kiedy nawet Zbynio Zet wydawał się rodzimym odpowiednikiem Świętych z Bostonu, a nie infantylną żenadą, o pale stającej na baczność ilekroć pojawia się flesz. (Jeny, no siara na sto dwa, możecie ze mnie drzeć łacha ile wlezie, ale naprawdę miałam w okolicy dwa tysiące piątego krótki przebłysk, że może czego Polsce trzeba to wzięcia za ryj, a może właśnie nie moi, tylko tamci, umieliby tak lepiej?… Zbłądziłam, wiem, mea culpa). 

 

Z drugiej strony nie-prowincjonalność Olka i jego szeroko komentowany styl oraz klasa, znajomość języków i dobrze skrojony gajer, diety kapuściane i popierdalanie na bieżni, przy całej świadomości kim tenże Olek jest, sprawia, że biorę prowincję z pocałowaniem ręki. A Jola Beza i jej lekcja stylu, jej nóżka na nóżkę równolegle pod kątem trzydziestu do posadzki, jej arcyodkrywcze wykłady ogłady dla plebsu, sprawiają, że momentalnie wysypuje mnie jakaś franca, od stóp do głów i żadne wapno nie pomaga.

 

Dla mnie to Małgośka Donka jest jakaś taka strawna.

Nie wpierdala się w media zbyt nachalnie i niebrzydka i niegłupia. Naturalna. Jakby jeszcze nad nią popracować, jak to poczyniono w przypadku, Panie świeć nad jej duszą, Marii, to mogłaby okazać się niezłą lejdi di. I mam wrażenie, że nóżki trzymałaby naturalniej niż Beza.

Nawet chyba bardziej ją widzę niż Ankę Radziową. Chociaż może daje o sobie znać jakiś polski kompleks bylejakości, no bo jednak, co by nie mówić Anka jest prima sort.

 

No ale zeszło się na damy, a to wybory prezydenckie, nieprawdaż.

Choć myślałby kto, że pierwsza dama to jakaś taka narośl, dodateczek, otóż tak myśleć może tylko kompletny ignorant. Nie wiem czy znacie anegdotę o Hilary i Billu, którzy jadąc gdzieś zatrzymali się na stacji zatankować wóz? W jednym z pracowników rzeczonej stacji Hilary rozpoznała dawnego lowersa z lat młodzieńczych, o czym nie omieszkała poinformować męża. Widzisz? – uśmiechnął się z satysfakcją Billy – gdybyś za niego wyszła, byłabyś teraz żoną kolesia ze stacji benzynowej. Na to Hillary odwzajemniając uśmiech – ależ nie, mój drogi. Gdybym za niego wyszła, on byłby president of junajted stejts.

No.

 

A prezydenta jakiego bym chciała?

Boże no, dobrego no. Z dobrą prezencją, ale bez przesady, żeby mu forma nie przesłoniła treści. Z przeszłością odpowiednią. Z językami obcymi. Ze słabościami, które można zaakceptować, a które sprawiają, że widzę w nim żywego człowieka. Koniecznie z rodziną, bo ona daje zdrowy dystans od bujania w obłokach. Radzia chyba bym chciała. Ale bo ja wiem jaki on jest? (A, że Anka go na smyczy prowadza, Chryste, a pokażcie mi inteligentną kobietę, która dała się zdominować mężczyźnie, błagam.)

 

A póki co pomogę wujowi Włodkowi dmuchać w żar, gdyż mam bardzo złe przeczucia.

Jako nastoletni mózgośmieć miałam w głowie jasną wykładnię na temat – jak wychowywać. Byłam alfą i omegą od prowadzenia małoletnich, szkiełkiem i okiem, ostoją chłodnej, niezaangażowanej wiedzy. Moja matka sprytnie wykorzystała wykłady swej przenikliwej piętnastolatki – kazała je spisać. Pisałam zatem, moje brwi zrastały się w akcie skupienia, a język bezskutecznie usiłował wyjść poza mnie. Czytam to teraz, tę moją pracę habilitacyjną z pedagogiki domowej i miejcie nade mną litość, nie chcijcie, by przytaczać.

W moich odkrywających Amerykę hodowli człowieka wywodach, zawierają się aluzje uderzające w błędy mojej matki, obnażające jej brak empatii, jej brak wszelkich predyspozycji do prowadzenia istoty przejawiającej pierwsze symptomy samodzielnego myślenia, poza sprawami elementarnymi, takimi jak: wstawienie żuru, posortowanie sztywnych skarpet i opłacenie wycieczki szkolnej do Lądka Zdroju. Litościwie posługuję się ironią pisząc niniejsze słowa krytyki, gdyż mam od niedawna głęboko zakodowaną, pełną pokory choć bardzo wyświechtaną mądrość, która idzie tak – tyle o sobie wiemy, na ile nas sprawdzono, i ona, ta maksyma, sprawia, że wyśmiewam sugestie wychowawcze moich niedzieciatych acz przenikliwych koleżaneczek.

Tak, uważam, że ludzie nie dźwigający problemu  odpowiedzialności za miniczłowieka, nie ogarniający ważkości problemu w trudnej praktyce, mogą mówić o czym chcą: jutrzejszych wyborach, nadwadze pani Komorowskiej, trendzie marynistycznym w modzie ulicznej, przetworach z truskawek, wrażeniach z Sonisphere Festival, frustracji zawodowej, puszczającej się z żonatymi znajomej, meblach z IKEI, cenach paliwa, konającej babce, parszywej pogodzie, rozdarciu wiary i powątpiewania w boską dobroć, orgazmie łechtaczkowym, haluksach, lumpeksach z odzieżą w Wysp, prywatyzacji służby zdrowia, zapobieganiu niechcianej ciąży, Marcie Kaczyńskiej i jej arcysubtelnej akcji pijarowej na rzecz stryja, nie wiem, o czym tylko chcą niech mówią, ale błagam, niech zamkną swe szlachetne usteczka, gdy mowa o WYCHOWYWANIU. Jeśli na spotkaniu towarzyskim ważki temat dajmy na to – soli do zmywarki, przeobrazi się nie wiadomo jak i skąd w gorącą dyskusję na tematy okołodzieciowe, uczestnik spotkania nie posiadający empirii, powinien naprędce przybrać postać dyskutanta rezerwowego, trzecioplanowego, którego głównym zadaniem w powyższej sytuacji będzie dłubanie w paznokciach, wykasowywanie zbędnych wiadomości tekstowych, zgłębianie składu słonych precli, bądź nerwowe szperanie w torebce. (Przy, rzecz jasna, nieaktywnym aparacie mowy).
Inna rzecz, ze jest jeszcze coś tak niebywale irytującego jak rodzice dzieci spokojnych i grzecznych z natury. Oni są o tyle groźni, że mają pełne prawo brać udział w dyskusji, mimo, że merytorycznie są do dupy. Tacy też STANOWCZO powinni milczeć!

Tak, jak to powiedziała jedna z dziewczyn we wczorajszym dokumencie o aborcji, że wygłaszanie radykalnych poglądów na tematy bardzo dalekie jest zwykłą arogancją. Jeśli jesteś tą farciarą, której nie zostawił facet, na wieść o dwóch kreskach na teście, to ciesz się i nie grzmij z ambony. A ty, Stefan, żryj te swoje lejsy-zielona-cebulka i zawrzyj ryj.  Wszyscy dobrze wiemy, że to Grażyna zapierdalała całe życie przy Waszej uroczej piąteczce, a ty nigdy jej w niczym nie ulżyłeś. Więc shut-the-fuck-up.

Oraz mam pewien dylemat wyborczy, a mianowicie bardzo chcę, by Matka Partia zesrała się w gacie i żeby jej nieco siadło niepoparte niczym samozadowolenie, lecz jednakowoż nie tak drastycznym kosztem, jakim jest dupa Jarosława na stołku prezydenta, więc nie wiem co mam robić. Chyba wesprę Ziętka Bogusia i jego 0.0%.

Są takie chwile, takie minuty, a także całe kwadranse, że jedyne, czego bardzo mocno pragnę, to lać dupę mojego syna, lać aż mu odpadnie.

To jedno z tych pragnień, o których wiem, że pozostaną niezrealizowane. Nie można im ulec. Bo się wiele straci. Bo konsekwencje mogą być smutne i nieodwracalne. Coś jak pragnienie uwiedzenia/bycia uwiedzioną pozazwiązkowo (oczywiście, Kochanie, że znam to uczucie i oczywiście, że z poprzednich związków). Wiesz, że przez chwilę mogłoby być rozkosznie. Ale przyzwoleniem na chwilę rozkoszy otwierasz puszkę Pandory. Bicie na pewno nie jest rozkoszą, jest natomiast niewyobrażalną ulgą w przytłaczającym stresie.

 

Pewnie wiecie, siostry matki, jak się rodzi histeria?

Histeria nie musi mieć istotnego początku.

To zwykle błahostka.

Coś jest gówniarzowi nie w smak, a mamusia dolewa oliwy do ognia nie ulegając. Paskudna mamusia. Sama jest sobie winna. Mogła zagasić zarzewie. Mogła powiedzieć – o jejku, no dobra, zróbmy jak chcesz, ale nie zrobiła tego, sucz niemyta, zrobiła dokładnie odwrotnie. Miała jakieś nędzne argumenty, ale kogo one obchodzą? Więc trzeba jej dokopać. Jak dokopać mamusi? To proste jak struktura mózgu dwuipółlatka. Prostsze niż meandry jego przepastnego intelektu.

 

Właśnie straciłam jakieś trylion kalorii niosąc przez dobry kilometr albo półtora (albo czterysta) wierzgające piętnaście kilo plus parasolka plus siaty plus spadające rytmicznie z wierzgających nóżek kaloszki w militarny rzucik. Raz po raz stawiałam drące się nieziemsko pacholę, próbując sprawić, by szło, lecz pacholę ani myślało zawiesić broń, kładło się na chodniku lub imitowało serię epileptycznych rzutów na bruk. Nie miałam czasu, by stać i czekać aż się uspokoi, nie miałam jak spokojnie przemawiać, nie miałam możliwości odegrania zwykle dość efektywnej scenki – to na razie, zostań tu sobie, a ja lecę, bo buntownik w ostatecznym akcie rebelii mógł przecież zaliczyć nura w rozpostartą nieopodal, pełną rozpędzonych pojazdów, jezdnię. Nie miałam czasu, bo ktoś na mnie czekał pod drzwiami domu. I nawet raz już dzwonił pytając uprzejmie, czy mam zamiar dotrzeć jakoś na dniach.

 

Dopadłszy azylu osunęłam się bezwładnie.

Załatwiłam, com miała załatwić, rekompensując czekanie sowitym napiwkiem.

Siląc się na uśmiech poleciłam spłoszonemu chłopaczkowi dbać właściwie o prewencję.

Chłopaczek zachichotał kurtuazyjnie. Mnie pociekły łzy.

 

Biegając po wałach pocę się setnie, jednak ilość potu jaką wyprodukowało dziś moje ciało stworzyła poważne ryzyko odwodnienia. Oraz potwornie bolą mnie ramiona. Straszliwie. Jutro murowane zakwasy.

Jednak najbardziej boli mnie teraz bezsilność.

I nie wiem, czy tak dobrze mi z faktem, że jednak, mimo wszystko, jestem człowiekiem rozumnym i opanowanym. Znajduję masę argumentów przeciwko laniu dzieci. Zdarzyło mi się w przeszłości dać klapsa po wielu niewysłuchanych upomnieniach i dobrze pamiętam obrzydliwego poklapsowego kaca. (Leżałam onegdaj w bólach i gorączce i nagle zawisł mi nad głową solidny wóz strażacki z chromowanej stali podtrzymywany przez cienkie paluszki, i gdy poprosiłam kilka razy, by ten wóz jednak znalazł się na dywanie, a on wręcz przeciwnie, zaliczył krasztest z moją twarzą, trafił mnie szlag jasny, i tak, straszliwie mi wstyd, ale doskonale pamiętam czerwony ślad po moich palcach na jednym z małoletnich ud, ten widok trwał chwilę, ale TOTALNIE złamał mi serce.)

 

Ale jakoś nie czuję się super, że dziś zacięłam zęby i nie dałam prymitywnym popędom dojść do głosu.

Nie czuję się w ogóle.

No może jedynie – jak chodząca porażka.

I nawet mam w dupie te dziesiątki oburzonych/triumfujących/wrogich spojrzeń oraz komentarzy, które dziś, chcąc nie chcąc, wchłonęłam.

 

Czuję się skopana.  

Czy to normalne, że widząc pana, który odnotowawszy płynne przejście swego czworonożnego pupilka z pozycji dumnokroczącej w pozycję kucnosrajną, wyciąga z kieszeni woreczek na owoc owej doniosłej chwili, mam ochotę, temu panu, ucałować obie stopy, a następnie ziemię, po której stąpał?

Albo, że pan kierowca autobusu empeka kłania mi się w wdzięcznością awaryjnymi, że pozwoliłam mu uprzejmie włączyć się do ruchu?

Oraz, że jeśli ktoś się do mnie uśmiechnie do mnie na ulicy, wcale nie patrząc w dekolt, a wręcz będąc płci nieprzeciwnej, zdaje się, że całkiem bezinteresownie, zanim do mnie dotrze niecodzienność wydarzenia i przeanalizuję we łbie, czego byłam świadkiem, nie zdążam odwzajemnić uśmiechu?

 

Ależ. Jasne, że normalne.

Ale ja nie o tym.

 

Nadeszło coś w rodzaju lata.
Zdjęłam kalosze, odwiesiłam płaszczyk. Nie nacieszyłam się widokiem Marcelego w tej zajebistej militarnej kurtce po Franku. Odwiesiłam i kurtkę. Wypakowałam z pudła japonki. Obejrzałam z bliska stopy i jęknęłam. Następnie przytaszczyłam miskę z mydlinami. Marceli zadowolony wymościł swą idealną dupką miejsce koło mnie i zanurzył w roztworze swoje idealne stopunie. Pazurkom zafundowałam wściekły róż. Wstawiłam małosolne. Wrzuciłam dwie głowy młodego czosnku na półtora kilo ogórków. Efektem jest cudowny aromat w całej chacie. Dla nas cudowny. Nie wiem jak dla wizytujących. Kupiłam truskawki i kefiry. Sadystycznie postawiłam w lodówce. Rano obudziło mnie brzęczenie blendera. K. nie wytrzymał ciśnienia i postanowił zrobić koktajl SAM. Był dobry. A Odra znów wylała. I znów łąka nie ma szans odrosnąć. P
o moim koncie hula wiatr a ja mam tysiąc must-have’ów.

Idę sobie na ten przysłowiowy spacer i widzę jak ładnie Oderka wróciła do swego koryta oraz jak brzydko zniszczyła zieleń terenów, które była zalała. Przysłowiowy spacer jest dlatego przysłowiowy, bo przecież jest masa przysłów na jego temat, nie wiecie? Jak nie znacie to się nie przyznawajcie nawet. Ja tam znam wiele, może nie przytoczę tak dokładnie, ale wiem na pewno, że jest ich w chuj i jeszcze trochę.

I kiedy tak idę, a krew z mojej krwi popierdala jak zawodowiec na rowerku biegowym Puky, myślę o powodzianach i nie są to myśli pełne współczucia, a wręcz są to myśli o wilczym spojrzeniu, myśli, za które każdy nie mający za grosz pojęcia o tym, skąd bierze się budżet państwa, populista zajebałby mi przysłowiową kosą między oczy. (Nie znacie przysłowia o kosie? Błagam!)


No więc przyszedł czerwiec a to dla nas miesiąc-dramat. Dlatego, iż w miesiącu czerwcu kończą nam się wszelkie ubezpieczenia. Dwa na życie, z myślą o synu naszym oraz sobie nawzajem, jedno na mieszkanie, gdyby miał się zjarać nasz dobytek lub zostać wyniesiony, a następnie wystawiony na allegro, no i trzecie, już obowiązkowe, to od fury. I tak trzeba wysupłać trzy i pół kafla, a następnie kilkoma kliknięciami pchnąć do koncernów ubezpieczeniowych, które oby nigdy nic nam nie wypłacały z powrotem. Jest to w sumie naszym wspólnym interesie.


Ubezpieczamy się, bo nie roi nam się w głowach, że w razie klęski życiowej, o takim czy innym podłożu, mielibyśmy czegokolwiek od kogokolwiek żądać, jak te dziady proszalne, łazić i się kiwać, jak ci pełni roszczeń rolnicy psia ich mać, co darli ryje, że spierdalaj Unio, a potem pierwsi lepkie łapska po dotacje wyciągali, i teraz dalej wyciągają, bo im zalało, a przecież mówione było, że powodzi to już raczej nie będzie, mówił sołtys przecie, panie Waldku, ni ma chuja, by była drugi raz, raz już była i tyle, wystarczy, panie Waldku, pan się nie boi.
No więc mogłabym dwie trzecie z tego (bo auto obowiązkowe, więc nie pokombinujesz, choćbyś się zesrał) zostawić w Promodzie, Venezii, czy nawet H&Mie. Mogłabym być najlepiej ubraną hot-mamuśką na osiedlu. W marynarskiej sukience i granatowych espadrylach na koturnie. Mogłabym zasilić wakacyjny fundusz, zrobić owocną rundkę po Ikei, czy nie gotować przez miesiąc, a zamiast tego wołać telefonicznie pana z 77sushi. Mogłabym. Ale cóż. Wiem, że jak sobie upierdolę szkitę, albo jakiś członek męski zrobi wjazd na me włości i wyniesie co lepsze kąski, nie polezę pod okno Donka z transparentem „znowu w życiu mi nie wyszło, a teraz wyskakuj z kasy, kutasie!”. Z jakiej, przepraszam, racji?

Poza tym, na Boga, jakim trzeba być imbecylem, by myśleć, że ta kasa to od Donka. NASZA TA KASA, nasza. Ściągną od nas w tym, czy w tamtym. I to w trybie natychmiastowym (przysłowiowym?).


To jest refleksja numero uno, a druga to taka, że zaczęłam w wolnej bożociałowej chwili oglądać osławiony blogaskowo Grey’s Anatomy i tak sobie myślę, że wywody narratorki to chyba pisał jakiś bystry czternastolatek. Co za przenikliwość. Iście czternastoletnia.
Druga rzecz to dialog między tą Azjatką i tą Meredith, licytujących się, która po czterdziestoośmiogodzinnym dyżurze wygląda gorzej oraz rycina ilustrująca ich racje. Świeżo umyte, puszyste włosy, nienaganny mejkap i wybłyszczykowane usta. ZERO cienia pod okiem. Może się czepiam, ale bardzo zwracam uwagę na autentyczność postaci. Po dwudobowym dyżurze ma się tłuste włosy i blady ryj z sińcem pod dolną powieką. Nie, nie ma wyjątków. Jesteśmy ludźmi, nie cyborgami, tak?

Jej oddech był naturalnie równie świeży jak fryzura. Inaczej nie lizałaby się z tym całym Derekiem o fryzurze Ridge’a Forrestera.
Jeny, no dam im jeszcze szansę, bo piszecie, że cośtam cośtam ma mnie wbić w glebę…ale daleko to jeszcze? 
 

Ten pomysł z całodzienną jazdą, po to, by dwa dni spędzić w nawet najcudniejszych okolicznościach przyrody, od początku wydawał się idiotyczny. Ze względu na Juniora, ma się rozumieć. Ze względu na Małgorzaty wątłe zdrowie psychiczne oraz nadwerężane od jakichś trzydziestu miesięcy bębenki uszne. Tymczasem okazało się, że Junior elegancko dał radę.

 

Dała również radę mama jego, Małgorzata. Choć z wysiłkiem.

 

Bo to nie było tak, że ona ojca swego, Wacława ubóstwiała, a nadawała na matkę.
To była świnia podwójna, krowa zdublowana, taka krówka-dubeltówka. Suka nieziemska. No. Lubiła pogadać i o Bożenie, choć matka jest jedna, i o Wacławie, choć ojców właściwie było dwóch.

 

Małgorzata nie trawiła całego wachlarza zachowań swego rodziciela, i, na rany Chrystusa, jakże ona przyznawała rację Bożence, że swego czasu ten szczeniacki związek nie wypalił, przecież nie mógł wypalić, z tak irytującym facetem, jeszcze w wersji dwudziestoletniej, Matko Bosko Kochano, nie mógł! Przyznawała rację i Wacławowi, bo Bożenka też miała swoje za uszami, ale jednak, co by nie mówić trochę mniej. Sporo mniej.

 

Klub Istotnych i Wpływowych organizował pewną imprezę, na której nie mogło zabraknąć Wacława, człowieka nie mogącego żyć bez klubowych podniet, małych i dużych snobizmów i wiecznego ścisku pośladków na temat tego, co powiedzą inni. Wacław, szpaner z krwi i kości, lubił przyszpanować czymkolwiek, co się nadawało. Czy to fura, czy znajomości, czy śliczny jak z obrazka wnusio. Nie było to nieetyczne, bo sam sobie na to, czy tamto zapracował, lecz bywało wielce nieestetyczne.
Małgorzata, zapraszana na imprezę co roku, w dwutysięcznymdziesiątym wreszcie skapitulowała, międląc w usteczkach soczyste japierdolę, bo czego jak czego, ale zjazdów Ważnych i Niezbędnych Dla Świata, nie znosiła organicznie. Była natomiast osobą litościwą i dobrze wychowaną, dla której żarliwe zapewnienia znakomitej zabawy, napotykające każdego roku garnitur wykrętów, stanowiły źródło wyrzutów sumienia i przyrzeczenia poprawy.

 

Ci ludzie nawet nie byli jacyś napuszeni. Cholera, oni sympatyczni byli. Pili Żołądkową De Lux, czyli tę samą, co ją Małgorzata miała w kartoniku na chawirze, a niektórzy wcale nie mieli sztormiaków za trzy tysiące. Gadało się z nimi o dupie Maryni, dzieciach i polityce. Czyli o tym samym, co z Niewpływowymi Ni Chujeńka. Karkówka z wielkiego grilla w niczym nie przypominała owoców morza, a kaszanka to już w ogóle. No, nie było to carpaccio. Plus jeszcze wiatr tak miło łopotał na źle wybranym foku. I tak ładnie pluskało w skrzynce mieczowej.

Uff, powiedziała sobie Małgorzata.

 

Kolejne uff miało miejsce tuż przy schodach wiodących na klatkę schodową jej domu.

Bo dwie godziny z Wacławem za niedzielnym stołem można było swobodnie zdzierżyć, lecz cztery bite dni dawały efekt zmęczenia materiału.

On miał poczucie, że zapewnił kurce niosce nieprzeciętny fun.

Ona wyczyściła sumienie z grzechu permanentnej odmowy.

 

A win-win game.


  • RSS