eee-co-to-ja-chcialam blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2010

Koncert był magiczny.

Wspaniały. Jedyny taki. Genialny.

Bo musicie wiedzieć, że ja kocham kicz.

Ale kicz to nie to samo, co kicz.

Kicz musi być dojrzały i świadomy. Kicz musi być wyborem po różnych przejściach, perturbacjach. Kicz jest dobry, gdy zobaczyło się już dużo nie-kiczu i się znudziło.

Bo kicz rodem z andżelowego stajlu to kicz właściwy, czyli nie ten mój. I takiego nie trawimy.

(Jacy my?)

 

Ale do koncertu.

Pamiętacie taką scenę z American Beauty, kiedy ten emo-chłopiec, co ma ojca kryptopederastę, mówi do tej emo-dziewczynki, co ma ojca koniobijcę, oglądając foliowy worek unoszony podmuchami wiatru, że czasem na świecie jest tyle piękna, że aż trudno to znieść? Wypowiedziane na głos brzmi ochujale pretensjonalnie, kapie mixem telenoweli z coelhizmem, cobainizmu z seksem przy świecach, ale powiedzcie, że nie wiecie o co chodzi.

Są takie chwile, że mam dreszcze, gęsią skórkę, serce mi łomocze, powieka drga, wilgotnieję oraz zaczynam płakać i mówić wspak. (Może po postu jestem jebnięta, taka możliwość istnieje, nie mówię nie.)

Wczoraj zamiast płaczu natomiast miałam na ryju nieskończonego rogala, takiego jak Monica, gdy się przespała z którymś ze swoich jeleni, co Rachel kwituje – wyglądasz, jakbyś spała z wieszakiem w ustach.

No więc to Mondo Cane to jest moja bajka, po stokroć moja, czułam wczoraj zachwyt i wzruszenie, zupełnie jakbym była starą Franceską, która przy tych szlagierach przetańczyła całą młodość na włoskich, zadymionych dansingach, w objęciach silnego, pięknego Giovani z żelową zaczeską, jaką całą swą karierę nosi autor całego zamieszania. A jednocześnie umierałam ze śmiechu, bo to wszystko było niesamowicie zabawne, pięknie kiczowate i cudaczne. Majk w roli włoskiego żigolaka jest więcej niż przekonujący, jego głos jak zawsze potężny, a jego fantazja w łączeniu konwecji nie zna granic.

To jest koleś, który niczego się nie boi – pomyślałam wczoraj i westchnęłam westchnieniem starej Franceski.


Noc była upalna i nastrojowa. Odra świeciła tysiącem świateł, podświetlony Uniwerek łypał na nas przyjaźnie, a my mieliśmy nostalgię w sercach.

I już zrozumiałam dlaczego w pewnym momencie przestałam się kochać Dżejmsa Ha, a oddałam swe serce Majkowi Pe. Bo nadmiernie poważni faceci są TAAAACY nudni.  


A na koniec wrócił do domu mój najlepszy syn, Marceli. Starszy o dobę i jakiś taki męski, ale wciąż zakochany w mamusi.

Jeny no upał, tak?

Irytacja. Gorączka. Odwodnienie.
Strużka potu między piersiami spływa do pępka. Kiedyś niecka była głębsza, choć nigdy bardzo głęboka, miałam pępek zawsze raczej z tych o widocznym dnie, lecz, o ile moje ciało nie zostało jakoś drastycznie rozpieprzone przez pierworodnego, o tyle pępek nigdy nie wrócił do dawnej istoty. Ale oj tam, naprawdę, akceptuję chuja.

 

Od upału ogóry kiszą mi się w trymiga.

Wstawiam wieczorem, rano są już małosolne, mijają kolejne dwa i czynię z nich kwaśną zupę ogórkową, ale taką, że wykręca mordę, taką jak uwielbiam. Na upał idealna. Podobnie jak cukinie zapiekane z pomidorem i fetą. Maliny podawane z serkiem Darek, waniliowym. Bób gorący, posolony. Czereśnie. Kolby kukurydzy w maśle. Takie to obiady teraz mamy. I, paradoksalnie, mam wrażenie, że dupy mi przybywa. To te zawszone węglowodany, psia ich mać. Mięso mnie nie tuczy, jestem mięsożerna, ale w ten żar, to dzięki serdeczne, doglądać bulgocącej chabaniny, sękju, gudbaj. (Te dwa obco brzmiące wyrazy nieprzypadkowo występują razem, dziadek K. zapytany kiedyś jakie zna języki, odpowiedział z arcypoważnym wyrazem twarzy, że zna trochę angielski, a przesłuchiwany dalej, wyznał, że ze zwrotów anglojęzycznych to zna sękju i gudbaj. K. na to, że powinien poznać jeszcze jeden – fakju, i dziadek, człowiek wiedzy, zapytał, co było dość przewidywalne, co nowopoznany zwrot oznacza, a dowiedziawszy się, że spierdalaj, nie posiadał się z zadowolenia, że tak spektakularnie poszerzył swe językowe horyzonty.)

 

Żegnam się z Misiami za czas jakiś i trochę mi żal. Nowe przedszkole rusza od września i nie wiem, nie wiem, nie wiem, a jeśli między nami nie zaiskrzy, a jeśli zarządzająca jest głupiom cipom, z którą nie będę zgadzała się na każdym kroku, a jeśli Marcelonowi nie spodoba się nowe miejsce, jeśli będzie wył mamusiu, nie ziośtawiaj mnie tu siamego, plosięęęęę, a ja będę miała paraliż kończyn i mięśnia sercowego i nie będę umiała powiedzieć sękju, gudbaj, a nawet fakju? Ja uwielbiam zmiany, ale bardziej takie zmiany, że wymieniam poduchy w dziennym z zielonych na szare, albo, że przestaje mi się podobać lampa w kuchni i ja ją sruuu, do piwnicy. Zmian dotyczących życia naszej rodziny, o ile nie jest to na przykład podwyżka K. lub nowe zlecenie dla mnie, nie lubię i to bardzo, co by znaczyło, że jestem do rzeczywistości, w której żyję silnie przywiązana.

 

Co jeszcze? Czekam na jednego Pana.

Oraz jestem zdruzgotana końcem ostatniej serii Dextera. To był doskonały sezon, poprzednie były na maksa letnie i jak K. puszczał, to jednym okiem pracowałam, a drugim z sympatią przyglądałam się płaskodupiej Debrze. Teraz jednak, gdy nastał czas Trójkowego, naprawdę CHŁONĘŁAM. No i przeżyłam załamkę. Nie, no, nie trawiłam pudrowo różowej Rity wypierdującej kojącym szeptem jakieś pełne żoninej wyrozumiałości frazesiki. Ale AŻ TAK źle jej nie życzyłam. No i ten młody na podłodze! Jak długo tak siedział? Samotne, ryczące w niebogłosy dzieci rozpierdalają mi osierdzie. I pomyśleć, że jeszcze pół wieku temu, babcia, Panie świeć nad jej duszą, Józia swobodnie wychodziła stanąć w ogonku po mięso, podczas, gdy dzieci spały zmorzone popołudniową drzemką. Gdzieś w międzyczasie na pewno zdarzała się pobudka i dramatyczny koncert. Nie wyobrażam sobie czegoś takiego. No ale ja mam kuriera Almy z terminalem w jednej i siatami w drugiej rączce na jeden telefon.
Ja to w ogóle mam zajebiście.

No i co no. Nasze na wierzchu. Ciekawe jak długo.

Lepsza Polska będzie?

Przeforsują reformy, bo im nikt nie będzie robił koło dupy kolejnym veto?

Taaa. Chyba reformy pierwszej damy. Bladoróżowe z haftem ryszelie.

 

Mam bardzo wiele postulatów. Ale trochę jestem po tej nocy zmęczona. Jechaliśmy z Wybrzeża długo i żmudnie, a potem przez moment prowadził Jaro, widziałam kątem oka bordowe lico K., sama rechocząc głośno i nerwowo. Chyba mam na chwilę dość życia polityką.


Chociaż jeden postulat jest wart omówienia.

Opracował go K. na podstawie rozmaitych obserwacji. Otóż K. postuluje, by utworzono rezerwaty dla idiotów. Ależ! Żadna prowokacja. Bardzo mądra rzecz. Utylitaryzm w czystej postaci. Jakieś pięćdziesiąt km kwadratowych, takie miasto. I tam, by się różni Mariusze i ich czirliderki – Andżele, spełniali. Reklama rezerwatu puszczona w emtiwi oraz tefauen turbo, miałaby twarz łysego, opalonego Mariusza, który informowałby uprzejmie nie bawiąc się w zbędne woale, że jeśli chcesz komuś spuścić wpierdol, a także jeśli pała ci sterczy na myśl o rozpierdoleniu się na pniu przydrożnego dębu to on zaprasza do Rezerwatu. Trzeba najpierw podpisać tylko orzeczenie, że masz w dupie swoje życie, lecz jeśli, co za niefart, przeżyjesz, nie będziesz się leczył na koszt osobników niezamieszkujących tego idyllicznego miejsca. Formalność, nic takiego. W Rezerwacie możesz mieć dwieście na liczniku przejeżdzając przez ścisłe cetrum. Luz. Rozsmarujesz przechodnia na asfalcie, nie szkodzi. On też podpisał stosowne orzeczenie. Bo on też lubi takie gierki. Spontaniczne wpierdole i brawurowe rajdy szosą kategorii Ce.

Bardzo chętnie agitowałabym znajomych i rodzinę, by oddali 1% na Rezerwat. Sama też regularnie zasilałabym jego konto.

Bronek, obiecaj mi taką opcję, a możesz nawet nie prywatyzować służby zdrowia.

 

Co do Openerka to pięknie.

Wujcio Masłow pogłaskałby się z zadowoleniem po podbródku, widząc mnie, żywą ilustrację swoich twierdzeń. W czwartek nieco mnie na Trikim już nosiło. A bo zimno i spać, choć koncert bardzo. Jednak ja pomna rewii mody, jaka się tam odbywa, nie chciałam pozostać w tyle i postawiłam na stajl. Stajl polegał na obnażeniu sporej powierzchni ciała w stylu militarnym. W piątek już nie byłam taka próżna i zdecydowałam się jednak na zabudowany obuw oraz kilka warstw górnych. Oraz się byłam wyspałam. Pierwszy raz rano, drugi po południu po zejściu z plaży. Boże, jaki człowiek inny, lepszy, jak może pospać. Massive żarłam łychami. Nic a nic mnie nie dekoncetrowało. Kiszki napełnione dorszem w panierce i małosolną kapustką. Pęcherz pusty. Eden.

Potem byli Sajpres chłopcy z Jues, Kalafonia, no i śmieszno było, bo ta stylistyka gangsta-madafakin to taka bardziej pastiszowa niźli madafakin. Uśmiałam się setnie, ale tak serdecznie.

Skank zrobiła sobie cyc, bo z tego co pamiętam była dość płaska. Śpiewała ładnie, bo ona ma potężny wokal, jednak to już też daaawno, dawno nie moja bajka.


K. też zadowolony, choć parę rzeczy mu się zazębiło, na przykład jakiśtam 52um wlazł na Massive i był chłopak rozdarty. Ja nie znam. Ja jeśli idzie o ścisłą niszę, to jestem taka trochę Andżela.


  • RSS