Jeny no upał, tak?

Irytacja. Gorączka. Odwodnienie.
Strużka potu między piersiami spływa do pępka. Kiedyś niecka była głębsza, choć nigdy bardzo głęboka, miałam pępek zawsze raczej z tych o widocznym dnie, lecz, o ile moje ciało nie zostało jakoś drastycznie rozpieprzone przez pierworodnego, o tyle pępek nigdy nie wrócił do dawnej istoty. Ale oj tam, naprawdę, akceptuję chuja.

 

Od upału ogóry kiszą mi się w trymiga.

Wstawiam wieczorem, rano są już małosolne, mijają kolejne dwa i czynię z nich kwaśną zupę ogórkową, ale taką, że wykręca mordę, taką jak uwielbiam. Na upał idealna. Podobnie jak cukinie zapiekane z pomidorem i fetą. Maliny podawane z serkiem Darek, waniliowym. Bób gorący, posolony. Czereśnie. Kolby kukurydzy w maśle. Takie to obiady teraz mamy. I, paradoksalnie, mam wrażenie, że dupy mi przybywa. To te zawszone węglowodany, psia ich mać. Mięso mnie nie tuczy, jestem mięsożerna, ale w ten żar, to dzięki serdeczne, doglądać bulgocącej chabaniny, sękju, gudbaj. (Te dwa obco brzmiące wyrazy nieprzypadkowo występują razem, dziadek K. zapytany kiedyś jakie zna języki, odpowiedział z arcypoważnym wyrazem twarzy, że zna trochę angielski, a przesłuchiwany dalej, wyznał, że ze zwrotów anglojęzycznych to zna sękju i gudbaj. K. na to, że powinien poznać jeszcze jeden – fakju, i dziadek, człowiek wiedzy, zapytał, co było dość przewidywalne, co nowopoznany zwrot oznacza, a dowiedziawszy się, że spierdalaj, nie posiadał się z zadowolenia, że tak spektakularnie poszerzył swe językowe horyzonty.)

 

Żegnam się z Misiami za czas jakiś i trochę mi żal. Nowe przedszkole rusza od września i nie wiem, nie wiem, nie wiem, a jeśli między nami nie zaiskrzy, a jeśli zarządzająca jest głupiom cipom, z którą nie będę zgadzała się na każdym kroku, a jeśli Marcelonowi nie spodoba się nowe miejsce, jeśli będzie wył mamusiu, nie ziośtawiaj mnie tu siamego, plosięęęęę, a ja będę miała paraliż kończyn i mięśnia sercowego i nie będę umiała powiedzieć sękju, gudbaj, a nawet fakju? Ja uwielbiam zmiany, ale bardziej takie zmiany, że wymieniam poduchy w dziennym z zielonych na szare, albo, że przestaje mi się podobać lampa w kuchni i ja ją sruuu, do piwnicy. Zmian dotyczących życia naszej rodziny, o ile nie jest to na przykład podwyżka K. lub nowe zlecenie dla mnie, nie lubię i to bardzo, co by znaczyło, że jestem do rzeczywistości, w której żyję silnie przywiązana.

 

Co jeszcze? Czekam na jednego Pana.

Oraz jestem zdruzgotana końcem ostatniej serii Dextera. To był doskonały sezon, poprzednie były na maksa letnie i jak K. puszczał, to jednym okiem pracowałam, a drugim z sympatią przyglądałam się płaskodupiej Debrze. Teraz jednak, gdy nastał czas Trójkowego, naprawdę CHŁONĘŁAM. No i przeżyłam załamkę. Nie, no, nie trawiłam pudrowo różowej Rity wypierdującej kojącym szeptem jakieś pełne żoninej wyrozumiałości frazesiki. Ale AŻ TAK źle jej nie życzyłam. No i ten młody na podłodze! Jak długo tak siedział? Samotne, ryczące w niebogłosy dzieci rozpierdalają mi osierdzie. I pomyśleć, że jeszcze pół wieku temu, babcia, Panie świeć nad jej duszą, Józia swobodnie wychodziła stanąć w ogonku po mięso, podczas, gdy dzieci spały zmorzone popołudniową drzemką. Gdzieś w międzyczasie na pewno zdarzała się pobudka i dramatyczny koncert. Nie wyobrażam sobie czegoś takiego. No ale ja mam kuriera Almy z terminalem w jednej i siatami w drugiej rączce na jeden telefon.
Ja to w ogóle mam zajebiście.