Koncert był magiczny.

Wspaniały. Jedyny taki. Genialny.

Bo musicie wiedzieć, że ja kocham kicz.

Ale kicz to nie to samo, co kicz.

Kicz musi być dojrzały i świadomy. Kicz musi być wyborem po różnych przejściach, perturbacjach. Kicz jest dobry, gdy zobaczyło się już dużo nie-kiczu i się znudziło.

Bo kicz rodem z andżelowego stajlu to kicz właściwy, czyli nie ten mój. I takiego nie trawimy.

(Jacy my?)

 

Ale do koncertu.

Pamiętacie taką scenę z American Beauty, kiedy ten emo-chłopiec, co ma ojca kryptopederastę, mówi do tej emo-dziewczynki, co ma ojca koniobijcę, oglądając foliowy worek unoszony podmuchami wiatru, że czasem na świecie jest tyle piękna, że aż trudno to znieść? Wypowiedziane na głos brzmi ochujale pretensjonalnie, kapie mixem telenoweli z coelhizmem, cobainizmu z seksem przy świecach, ale powiedzcie, że nie wiecie o co chodzi.

Są takie chwile, że mam dreszcze, gęsią skórkę, serce mi łomocze, powieka drga, wilgotnieję oraz zaczynam płakać i mówić wspak. (Może po postu jestem jebnięta, taka możliwość istnieje, nie mówię nie.)

Wczoraj zamiast płaczu natomiast miałam na ryju nieskończonego rogala, takiego jak Monica, gdy się przespała z którymś ze swoich jeleni, co Rachel kwituje – wyglądasz, jakbyś spała z wieszakiem w ustach.

No więc to Mondo Cane to jest moja bajka, po stokroć moja, czułam wczoraj zachwyt i wzruszenie, zupełnie jakbym była starą Franceską, która przy tych szlagierach przetańczyła całą młodość na włoskich, zadymionych dansingach, w objęciach silnego, pięknego Giovani z żelową zaczeską, jaką całą swą karierę nosi autor całego zamieszania. A jednocześnie umierałam ze śmiechu, bo to wszystko było niesamowicie zabawne, pięknie kiczowate i cudaczne. Majk w roli włoskiego żigolaka jest więcej niż przekonujący, jego głos jak zawsze potężny, a jego fantazja w łączeniu konwecji nie zna granic.

To jest koleś, który niczego się nie boi – pomyślałam wczoraj i westchnęłam westchnieniem starej Franceski.


Noc była upalna i nastrojowa. Odra świeciła tysiącem świateł, podświetlony Uniwerek łypał na nas przyjaźnie, a my mieliśmy nostalgię w sercach.

I już zrozumiałam dlaczego w pewnym momencie przestałam się kochać Dżejmsa Ha, a oddałam swe serce Majkowi Pe. Bo nadmiernie poważni faceci są TAAAACY nudni.  


A na koniec wrócił do domu mój najlepszy syn, Marceli. Starszy o dobę i jakiś taki męski, ale wciąż zakochany w mamusi.