eee-co-to-ja-chcialam blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2010


a co Ty wpisałeś, że tu jesteś?  

- Jesteś smutna, mamooo?… – spytał mnie dziś Marceli, gdy z rezygnacją opadłam na krzesło, po bunciku numer 87589758162, który jak zwykle wyczerpał mnie w dwójnasób – po pierwsze, że zaistniał, trwał i był głośny, po drugie zaś, bo znów nie zareagowałam jak powinnam, z obojętnym chłodem, wycedzonym na spokojnie nie to nie, coś w stylu mojej bogini, niedoścignionego ideału zdobnego w sznurek pereł,oszronioną lampkę Sauvignon Blanc i wystudiowaną klasę, Bree van de Kamp.
(Cóż, i ona miała na swoim koncie kilka spektakularnych porażek w relacjach matka-bachory, ale ten anturaż, Chryste daj mi go zaznać, TEN anturaż!)

A ja nie – zaraz rozwarty ryj, czujna Ania drży za ścianą, a za drugą Komornik utwierdza się w przekonaniu, że słusznie zrobił nigdy nie poczynając. Nie potrafię być jak Bree, nie po drodze mi z tym chłodem i opanowaniem, jestem tak ekstremalnie przejrzysta, zero tajemnicy, zero wycofania, wkurw pełen kurew, euforia pełna achów, zjazd liczony litrami słonych wydzielin ciała. 

Ale na to czekałam, mój kochany, najlepszy synku.
Czekałam i wątpiłam.
I czekałam.
Na przejaw empatii. Na dojrzenie czegoś więcej niż koniec Twojego nosa, skądinąd bardzo kształtnego. Na jakiś zwrot akcji odkąd stała się jasna Twoja gombrowiczowska filozofia, Twoje poniedziałek-ja, wtorek-ja, środa-ja, czwartek-ja…, Twój ubogi słownik złożony głównie z ja chcę/ja nie chcę.

I nagle spadły na mnie, jak dżdża na kanię, co łaknęła, te proste słowa
J E S T E Ś   S M U T N A   M A M O ? 

Och synu, w drugim roku, dziewiątym miesiącu i piątym dniu swojego istnienia, dostrzegłeś, nie bez smutku, że bywam smutna.
Gloria in exelsis.  

Będąc młodą konsumentką tak zwanej kultury lekko mi się odleciało.
Się bywało na koncertach Ery. Się konwersowało na tematy w tym i w tamtym gronie. Się użyło głodowi obcowania.
Odpuściłam nieco bieganie, głośno nucąc, by nie słyszeć triumfalnych okrzyków grudek tłuszczu w moim osobistym cellulicie. I tu też leży przyczyna odlotu. Wszak na wałach można spotkać mariuszowatych. A ja nie. I odleciałam. Zapomniałam o cudownej ich rasie, kładąc nacisk na psyche, a odpuszczając fizis.


Ale, ale. Nie ma tego złego. Jadę na Bałtyk i oto są.
Co robią tym razem? Dystrybuują Energię.
(Energia to nazwa zastrzeżona, a jej autorką jest Kocica.)
Energia to takie nieuchwytne, zajebiste coś, co wisi w powietrzu w każdej bardziej uczęszczanej przez motłoch nadbałtyckiej dziurze, Energia jest obecna w energetyzujących spojrzeniach sczaskanych na heban Mariuszy i równie energetyzującym papuzim napierdalaniu bardzo otwartych na nowe przyjaźnie Andżelek. Energia emanuje z wielobranżowych straganików, na których poliestrowe tęczowe peruczki walczą o miano bestselleru z muszelkowymi żółwikami (często uintelektualizowanych drucikowym okularem; nie jestem pewna, czy to przemyślany zabieg, wziąwszy pod uwagę target). Energię czuć w smażalniach (soundtracki pod dorsza i piwo Specjal), na placach zabaw (Brajanki i Dżesiczki w markowym outficiku to takie wdzięcznie istotki!), a nade wszystko w nadmorskich dyskotekach, gdzie didżej  zapodaje Energię saute, sto procent czystej Energii, o czym przechodzień zostaje uprzednio lojalnie poinformowany z wozu terenowego cabrio, przez siedzącego na miejscu pasażera Mariusza z megafonem i tańcujące do rytmu energetyzującego bitu mieniące się od cyrkonii, brokatu i cekinów, Andżelek.
Gdy nadchodzi niedzielny poranek Energia przenosi się w progi miejscowego kościółka. Głośniki, zawieszone pod kościelną rynną, mające na celu dotarcie do najbardziej zbłąkanych owieczek, ryczą niemiłosiernie, lecz Mariusze i ich towarzyszki, odziani świątecznie (białe, odprasowane tiszerty Nike; eleganckie kiecunie, NIEMALŻE zasłaniające pośladki, dające w każdym razie jasno do zrozumienia, że Andżelka rozumie i szanuje sferę sacrum i naprawdę miała dobre intencje) siedzą na krawężniku i słuchają w skupieniu, bo znany im skądinąd efekt megafonu, daje poczucie bezpieczeństwa i odprężenia.


Dobry Boże, gdyby nie kochane, dobre, puste Stilo, można by skończyć jak Miauczyński Adam próbujący zapierdolić mewę.

- Wszystkie wieśniaki jeżdzą się smażyć nad morze. Mówię ci, Ewunka. W górach nie ma tylu wieśniaków.

Taaa.
Otóż pudło, miły mój.
Byliśmy i w górach.

ONI SĄ WSZĘDZIE.
I bardzo dobrze. Takie odloty, jaki opisałam na początku noteczki to nic dobrego.
Gotowam pomyśleć, że życie polega na kulturalnym biciu piany. Na obcowaniu z yntelygencją. Gotowam odpuścić regularne ćwiczenia z chamstwa i prostackich ripost. A bez tego, Matko Bosko Kochano, bez tego człek bezbronny jak pan prezydent w ruskiej trumnie na deszczu.

- A ciego do stajih misiuf nie, mamusiuuu, ciego nie? – mantrował Marcel Fr. ostatnich kilka dni.

- Bo już jesteś za duży na Misie. Misie są dla małych dzidziusiów, a duzi chłopcy chodzą do prawdziwego przedszkola.

(Gdy poszedłeś do Misiów, synu, bezceremonialnie waliłeś klocki w upstrzone disnejowskimi bohomazami Hagisy, nie umiałeś nic powiedzieć, a także, gdy poszedłeś do Misiów, wciąż jeszcze konsumowałeś butlę…)

- Ja ciem do stajih misiuf. Nie cie nowih. Ciem Antosia i Mijosia.

(Skarbie, serce mi pęka, ale te nowe Misie, to nawet nie są misie, zero lukrowania i żadnych cioć, to pozbawiony poezji punkt edukacji przed-szkolnej, pierwszy krok wdrożenia cię w bezduszny system kija bez marchewki, powinności i zakazów, winnerów i looserów, konformistów-pupilków i tych, którzy mówią, co myślą i oni, wiesz synu, oni dostaną swoją nagrodę, ale dużo, dużo później…)


Dopadł mnie straszny splin, osadzony w problematyce przemijania. Nie dorosłam do dorastania mojego dziecka. Nie chcę wcale wyrywać go z tej szklarenki, gdzie wzrastał BEZTROSKO, przez ostatni-niemal-rok. Serce mi krwawi, gdy pyta dlaczego nie jedziemy do Antosia, Miłosza i Aleksa.

(Oni też zaraz się stamtąd zmyją, robaczku. Średnia wieku w Misiach, synku, wyguglaj sobie co to znaczy, drastycznie spada, albo raczej wy rośniecie w zawrotnym tempie.)

I potem ryk, kwik, smark, obłęd w błękitnym oku, mamusiu, ziośtań!, a także niech pani już idzie, jego łzy rozczłonkowujące moje serce, moje łzy ronione w zaciszu auta, czyniące ze spódnicy coś na podobieństwo pościeli z kory (nienawidzę pościeli z kory).

Nie podoba mi się to nowe miejsce, choć sama wybierałam, i nie chcę żadnych zmian.

Pociesza mnie jedynie, że to samo mówiłam rok temu oraz świadomość, że jestem straszną histeryczką.

 

W ogóle mam w sobie taką melancholię, taką, jak się miewało po udanych obozach i innych tego typu imprezach plenerowych, kiedy przychodziła do łba refleksja smutna, że choćbyś się zesrał, nigdy już nie zbierzesz tych ludzi w takim samych okolicznościach przyrody i nigdy nie powtórzycie tego, co tu było, i nigdy nie odtworzycie waszych relacji i już nigdy, nigdy nie będzie takich wędlin, takiej coca coli takiej musztardy i takiego mleka. Już nigdy.

 


Oraz odwiozłam swoje dziecię do teściów w piątkowe popołudnie i dziecię zapragnęło zostać do wtorku i jesteśmy już trzeci dzień sami, a przed nami dwa kolejne. Jest fajnie, niby, leniwie. Śpię do 10, potem jem co chcę i kiedy chcę, następnie napuszczam wody z pianą, odpalam Przyjaciół na laptopku rozpostartym na taboreciku łaziennym i sącząc kawę (również z pianką) oddaję się uciechom życia pozbawionego bachorzęcia. Potem ni stąd ni zowąd robi się wieczór, wyłazimy do tętniącego życiem miasta, tu genialny koncert K.Midasa, tam drinki w Szajbie, tu babskie ploty, tam spotkanie po latach w miłym gronie pradawnych znajomych (dla dodania pikanterii warto byłoby nadmienić, że wręcz gronie byłych kochanków, lecz co to za romanse, co miały miejsce dobrą dekadę temu i bez szczególnej znajomości tematu!). Fajnie, fajnie, ale.

- Tęsknię za misiem – mówi K. znad kanapki z majonezem, kiełbasą swojską i ogórem kiszonym (tak wciąż kiszę, nerwica natręctw) – pusto bez niego.

 

Pusto i jakże chwyta za serce, że gdy dzwonimy wcale nie chce z nami gadać.
Tak, wiem, pragnęłam momentami, żeby rwał na szczaw.
No to mam.


  • RSS