- A ciego do stajih misiuf nie, mamusiuuu, ciego nie? – mantrował Marcel Fr. ostatnich kilka dni.

- Bo już jesteś za duży na Misie. Misie są dla małych dzidziusiów, a duzi chłopcy chodzą do prawdziwego przedszkola.

(Gdy poszedłeś do Misiów, synu, bezceremonialnie waliłeś klocki w upstrzone disnejowskimi bohomazami Hagisy, nie umiałeś nic powiedzieć, a także, gdy poszedłeś do Misiów, wciąż jeszcze konsumowałeś butlę…)

- Ja ciem do stajih misiuf. Nie cie nowih. Ciem Antosia i Mijosia.

(Skarbie, serce mi pęka, ale te nowe Misie, to nawet nie są misie, zero lukrowania i żadnych cioć, to pozbawiony poezji punkt edukacji przed-szkolnej, pierwszy krok wdrożenia cię w bezduszny system kija bez marchewki, powinności i zakazów, winnerów i looserów, konformistów-pupilków i tych, którzy mówią, co myślą i oni, wiesz synu, oni dostaną swoją nagrodę, ale dużo, dużo później…)


Dopadł mnie straszny splin, osadzony w problematyce przemijania. Nie dorosłam do dorastania mojego dziecka. Nie chcę wcale wyrywać go z tej szklarenki, gdzie wzrastał BEZTROSKO, przez ostatni-niemal-rok. Serce mi krwawi, gdy pyta dlaczego nie jedziemy do Antosia, Miłosza i Aleksa.

(Oni też zaraz się stamtąd zmyją, robaczku. Średnia wieku w Misiach, synku, wyguglaj sobie co to znaczy, drastycznie spada, albo raczej wy rośniecie w zawrotnym tempie.)

I potem ryk, kwik, smark, obłęd w błękitnym oku, mamusiu, ziośtań!, a także niech pani już idzie, jego łzy rozczłonkowujące moje serce, moje łzy ronione w zaciszu auta, czyniące ze spódnicy coś na podobieństwo pościeli z kory (nienawidzę pościeli z kory).

Nie podoba mi się to nowe miejsce, choć sama wybierałam, i nie chcę żadnych zmian.

Pociesza mnie jedynie, że to samo mówiłam rok temu oraz świadomość, że jestem straszną histeryczką.

 

W ogóle mam w sobie taką melancholię, taką, jak się miewało po udanych obozach i innych tego typu imprezach plenerowych, kiedy przychodziła do łba refleksja smutna, że choćbyś się zesrał, nigdy już nie zbierzesz tych ludzi w takim samych okolicznościach przyrody i nigdy nie powtórzycie tego, co tu było, i nigdy nie odtworzycie waszych relacji i już nigdy, nigdy nie będzie takich wędlin, takiej coca coli takiej musztardy i takiego mleka. Już nigdy.

 


Oraz odwiozłam swoje dziecię do teściów w piątkowe popołudnie i dziecię zapragnęło zostać do wtorku i jesteśmy już trzeci dzień sami, a przed nami dwa kolejne. Jest fajnie, niby, leniwie. Śpię do 10, potem jem co chcę i kiedy chcę, następnie napuszczam wody z pianą, odpalam Przyjaciół na laptopku rozpostartym na taboreciku łaziennym i sącząc kawę (również z pianką) oddaję się uciechom życia pozbawionego bachorzęcia. Potem ni stąd ni zowąd robi się wieczór, wyłazimy do tętniącego życiem miasta, tu genialny koncert K.Midasa, tam drinki w Szajbie, tu babskie ploty, tam spotkanie po latach w miłym gronie pradawnych znajomych (dla dodania pikanterii warto byłoby nadmienić, że wręcz gronie byłych kochanków, lecz co to za romanse, co miały miejsce dobrą dekadę temu i bez szczególnej znajomości tematu!). Fajnie, fajnie, ale.

- Tęsknię za misiem – mówi K. znad kanapki z majonezem, kiełbasą swojską i ogórem kiszonym (tak wciąż kiszę, nerwica natręctw) – pusto bez niego.

 

Pusto i jakże chwyta za serce, że gdy dzwonimy wcale nie chce z nami gadać.
Tak, wiem, pragnęłam momentami, żeby rwał na szczaw.
No to mam.