Będąc młodą konsumentką tak zwanej kultury lekko mi się odleciało.
Się bywało na koncertach Ery. Się konwersowało na tematy w tym i w tamtym gronie. Się użyło głodowi obcowania.
Odpuściłam nieco bieganie, głośno nucąc, by nie słyszeć triumfalnych okrzyków grudek tłuszczu w moim osobistym cellulicie. I tu też leży przyczyna odlotu. Wszak na wałach można spotkać mariuszowatych. A ja nie. I odleciałam. Zapomniałam o cudownej ich rasie, kładąc nacisk na psyche, a odpuszczając fizis.


Ale, ale. Nie ma tego złego. Jadę na Bałtyk i oto są.
Co robią tym razem? Dystrybuują Energię.
(Energia to nazwa zastrzeżona, a jej autorką jest Kocica.)
Energia to takie nieuchwytne, zajebiste coś, co wisi w powietrzu w każdej bardziej uczęszczanej przez motłoch nadbałtyckiej dziurze, Energia jest obecna w energetyzujących spojrzeniach sczaskanych na heban Mariuszy i równie energetyzującym papuzim napierdalaniu bardzo otwartych na nowe przyjaźnie Andżelek. Energia emanuje z wielobranżowych straganików, na których poliestrowe tęczowe peruczki walczą o miano bestselleru z muszelkowymi żółwikami (często uintelektualizowanych drucikowym okularem; nie jestem pewna, czy to przemyślany zabieg, wziąwszy pod uwagę target). Energię czuć w smażalniach (soundtracki pod dorsza i piwo Specjal), na placach zabaw (Brajanki i Dżesiczki w markowym outficiku to takie wdzięcznie istotki!), a nade wszystko w nadmorskich dyskotekach, gdzie didżej  zapodaje Energię saute, sto procent czystej Energii, o czym przechodzień zostaje uprzednio lojalnie poinformowany z wozu terenowego cabrio, przez siedzącego na miejscu pasażera Mariusza z megafonem i tańcujące do rytmu energetyzującego bitu mieniące się od cyrkonii, brokatu i cekinów, Andżelek.
Gdy nadchodzi niedzielny poranek Energia przenosi się w progi miejscowego kościółka. Głośniki, zawieszone pod kościelną rynną, mające na celu dotarcie do najbardziej zbłąkanych owieczek, ryczą niemiłosiernie, lecz Mariusze i ich towarzyszki, odziani świątecznie (białe, odprasowane tiszerty Nike; eleganckie kiecunie, NIEMALŻE zasłaniające pośladki, dające w każdym razie jasno do zrozumienia, że Andżelka rozumie i szanuje sferę sacrum i naprawdę miała dobre intencje) siedzą na krawężniku i słuchają w skupieniu, bo znany im skądinąd efekt megafonu, daje poczucie bezpieczeństwa i odprężenia.


Dobry Boże, gdyby nie kochane, dobre, puste Stilo, można by skończyć jak Miauczyński Adam próbujący zapierdolić mewę.

- Wszystkie wieśniaki jeżdzą się smażyć nad morze. Mówię ci, Ewunka. W górach nie ma tylu wieśniaków.

Taaa.
Otóż pudło, miły mój.
Byliśmy i w górach.

ONI SĄ WSZĘDZIE.
I bardzo dobrze. Takie odloty, jaki opisałam na początku noteczki to nic dobrego.
Gotowam pomyśleć, że życie polega na kulturalnym biciu piany. Na obcowaniu z yntelygencją. Gotowam odpuścić regularne ćwiczenia z chamstwa i prostackich ripost. A bez tego, Matko Bosko Kochano, bez tego człek bezbronny jak pan prezydent w ruskiej trumnie na deszczu.