- Jesteś smutna, mamooo?… – spytał mnie dziś Marceli, gdy z rezygnacją opadłam na krzesło, po bunciku numer 87589758162, który jak zwykle wyczerpał mnie w dwójnasób – po pierwsze, że zaistniał, trwał i był głośny, po drugie zaś, bo znów nie zareagowałam jak powinnam, z obojętnym chłodem, wycedzonym na spokojnie nie to nie, coś w stylu mojej bogini, niedoścignionego ideału zdobnego w sznurek pereł,oszronioną lampkę Sauvignon Blanc i wystudiowaną klasę, Bree van de Kamp.
(Cóż, i ona miała na swoim koncie kilka spektakularnych porażek w relacjach matka-bachory, ale ten anturaż, Chryste daj mi go zaznać, TEN anturaż!)

A ja nie – zaraz rozwarty ryj, czujna Ania drży za ścianą, a za drugą Komornik utwierdza się w przekonaniu, że słusznie zrobił nigdy nie poczynając. Nie potrafię być jak Bree, nie po drodze mi z tym chłodem i opanowaniem, jestem tak ekstremalnie przejrzysta, zero tajemnicy, zero wycofania, wkurw pełen kurew, euforia pełna achów, zjazd liczony litrami słonych wydzielin ciała. 

Ale na to czekałam, mój kochany, najlepszy synku.
Czekałam i wątpiłam.
I czekałam.
Na przejaw empatii. Na dojrzenie czegoś więcej niż koniec Twojego nosa, skądinąd bardzo kształtnego. Na jakiś zwrot akcji odkąd stała się jasna Twoja gombrowiczowska filozofia, Twoje poniedziałek-ja, wtorek-ja, środa-ja, czwartek-ja…, Twój ubogi słownik złożony głównie z ja chcę/ja nie chcę.

I nagle spadły na mnie, jak dżdża na kanię, co łaknęła, te proste słowa
J E S T E Ś   S M U T N A   M A M O ? 

Och synu, w drugim roku, dziewiątym miesiącu i piątym dniu swojego istnienia, dostrzegłeś, nie bez smutku, że bywam smutna.
Gloria in exelsis.