eee-co-to-ja-chcialam blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2010

(Drogi blogasku, gdy mnie się zdarzy Cię zapuścić, mnogość aspektów życia mego, które pragnę poruszyć na Twoich łamach zniechęca do podjęcia próby.Niemniej próbuję.) 

Nowe przedszkole – cymes. Nie żeby sedesiki powleczone masą perłową i surimi na śniadanie, nie dramatyzujmy, po prostu – NORMALNIE.
Czyli – trzy kompleciki upierdolonej odzieży nr 98 codziennie na ręce stęsknionej mamuni (w tym tak – pierwsze upierdolenie pochodzenia błotnego, czyli, że tarzali się po dworzu, drugie – smugi pasty do zębów i zacieki od rozmąconego w wodzie mydełka, wyraźnie wilgotne, cuuuute, trzecie – buraczki plus impresja tłuszczowo-ziemniaczana, uwielbiam być mamusią). W sensie, że panie raczą przebierać, jak dziecku się przylepia do ciała mokra tkanina, fajnie co?
Poza tym – śladu telewizora, zajęcia taneczne, capoeira, zajęcia z psami (przyłazi treser), karate, srate, dupate, język, szachy, ale to dla starszych, bo Marcel z całym szacunkiem do jego rozbuchanego ostatnio intelektu prawie-trzylatka, mógłby sobie wieżę i królową co najwyżej włożyć w rozmaite otwory ciała i radośnie zarechotać.
I kocham ten oldskul – gruba pani Wanda w czepeczku niesie wazę pełną parującej owsianki i choć zupa mleczna w przedszkolu kojarzy mi się przechujowo, to jednak sentyment jakiś jest, i zaufanie do tradycji, tak, to to.

Kiedy jadę z nim rano rowerem, suszę siekacze jak Claire z Jedwabnej Opowieści, ujeżdżając swą motorynkę, bo wiem, że wszystko jest tak, jak powinno, a mój pierworodny zostaje w najlepszych rękach. Obawiałam się ponownego stresu ponownej aklimatyzacji, ale to w końcu syn swego ojca. Marceli ma w sobie pokłady niezmąconej pewności siebie. 
 

Poza tym co.
Coś jakby nadszedł czas, że synowi zdarza się być kompanem. Pięknie jest móc się dogadać.
Boże, człowiekowi chodzi tylko o to, przez całe życie.
DOGADAĆ SIĘ. Porozumieć. Skomunikować. Przedstawić swoje racje i być wysłuchanym. Posłuchać racji oponenta i ustalić kompromis. Tylko o to się rozchodzi.
Dogadać z mężem, dogadać z matką, z teściami, sumieniem, szefem, własnymi fobiami, dwudziestoletnią siostrą, cieciem w stróżowce, babą w urzędzie, Absolutem, przedszkolanką i najważniejsze, bo najtrudniejsze – dogadać się z własnym dzieckiem. O, dodam, bardzo wyraźnie zarysowanym indywidualizmie.
To jest inna jakość życia, kiedy można się dogadać. 

Oraz mam za sobą dzień pełen drobnych, ale irytujących rozczarowań, z gatunku tych, co bardziej ćmią, niźli napierdalają, och no, nie wszystko może być zawsze jak sobie hrabianka Ewunka zapisała w kajeciku, a szkoda.
Grunt, że jesteśmy zdrowi (tfu tfu), piękni (hehe) i bogaci (buhahahaha). Oraz, że się kochamy.  

A! Byłabym zapomniała. Już miałam nową opcję polityczną upatrzoną. Już-już szykowałam ołtarzyk na gzymsie kominka otoczony jesiennym kwieciem (nie mam kominka, ale oj tam). Gdyby tylko mój idol Janusz Pe nie postulował in vitro Z MOJEJ KIESZENI (co jeszcze mam Wam, kurwa, narodzie fundować? Niedziele wyjścia do Multiplexu w ramach wspierania relacji rodzinnych? A może bony do ulubionego butiku, by przeciwdziałać depresji wśród młodych matek?) zapisałabym się niechybnie do jego partii. Ale tak, to nie. Bo ostatnio mam wrażenie, że ile by człowiek nie zapierdalał i tak mu zabiorą. Chuje.


Ale doprawdy. Może są na tym świecie bardziej jebnięci niż Janusz Pe? Bo wiecie, mam od dziś lampeczki wokół okna. Nie, że świąteczne, no co wy. JESIENNE takie.  


fot. ciocia Iżuk. Modele – produkcja własna.

I kiedy Marceli opowiadał o czym była bajka, na krtani zaciskały mi się niewidzialne ręce i czułam na piersi tony żelbetu. Starałam się rozpracować ten uścisk gardła częstym przełykaniem śliny, a także sukcesywnie zdejmowałam z siebie kawałki ciężkiej materii, wtrącałam słowa okazujące dziecku zainteresowanie, opanowując drżenie głosu.  
Bo dziecko tak wiele razy widziało już matkę bolejącą, matkę pod krzyżem, matkę z dwupasmówką gila pod nosem, (Ewunka, obyśmy mieli w życiu tylko takie problemy), że czasem sobie myślę, że za dużo mu już tej świadomości, że jestem tylko człowiekiem. Muszę też czasem być trochę himenką.

 

No i wyłam, bezgłośnie wyłam, bo najgorsze, co w życiu można spotkać to bezsilność, brak wpływu na coś, wiedza, że choćbyś się zesrał, nic nie wskórasz, bo ktoś sobie wymyślił inaczej, i jak się państwu szanownemu nie podoba, to pies was trącał, paszli!

 

I wtedy, pedałując żałobnie i słuchając szczebioczącego Marcelona, niesłyszalny głos kazał mi pojechać trochę inną, niż zwykle drożynką. Drożynką, co jej punktem centralnym jest Przedszkole Do Którego Należy Się Zapisywać Po Pierwszym Pocałunku z Rokującym Mężczyzną. Byłam tam tryliony razy. Dzwoniłam, słałam maile. Zawsze skazana na listę rezerwowych. Bez nadziei na przyszłość (nie to, co Oksana).

Żałobnie wprowadziłam rower na teren PDKNSZPPPZRM i zostawiwszy go przy schodkach, żałobnie obrałam dobrze znany mi kierunek do gabinetu ojca derechtora.

- Mamy jedno miejsce. Zwolniło się kilka dni temu. Nie mam dziś za wiele czasu, ale proszę przyjść jutro o wpół do pierwszej, pasuje pani?

 

Co zobaczyłam w następującej po powyższym zdaniu chwili?

Już mówię. Uwaga.
Zobaczyłam ogród z pięknymi kwiatami i motylkami, motylki były różowe, fioletowe i niebieskie, słonko pięknie świeciło, były także pszczółki, ale takie bez żądeł, oraz biedronki, sarenki, zające, jeże (niekłujące), świnki (różowe, zero błota, ślicznie zakręcone ogonki), zobaczyłam szemrzący strumyk lazurowej wody ze szczęśliwymi rybami i była tam też lodziarnia (najwięcej było pistacjowego), pan od gyrosa (właśnie przeciskał czosnek przez praskę), kilka żółtych dziewuszek, uśmiechając się pięknie lepiło roladki suszi, i widziałam też piwniczkę pełną flaszek Pampaska, wszystkich ukochanych przeze mnie ludzi, ślicznie ubranych i uczesanych, biały piasek, palemki, trochę morza, trochę jezior mazurskich (słychać było odgłos want uderzających o maszt), trochę gór, trochę też było Boże Narodzenie, ten cały cynamonowo-imbirowy pierdolec, prezenty były, góra pięknie opakowanych prezentów, był mój ekspres do kawy, i lumpex ten z Orzeszkowej (tylko ekspedienta miał uprzejmego) i ciągle była dostawa, w tym dużo z Vero Mody, były też różne butiki, i kino i teatr i zaśnieżony stok z wyciągiem gondolowym, i za nic się nie płaciło (Marzysz o komunie, Ewunka?), tylko się brało i jadło i miało i rogal nie schodził z twarzy, no i oczywiście byłam tam piękna jak sen i o figurze Gisele Bundchen, a twarzy Sophie Marceau, tak tam było, serio.

 

Następnego dnia po, naturalnie, nieprzespanej nocy, ucięłam sobie z przemiłym i bardzo rzeczowym ojcem derechtorem przemiłą i rzeczową pogawędkę pełną rozmaitych dygresji (pan był gawędziarz, ja takoż) no i od poniedziałku, jak zejdzie Marcelemu glut startujemy na nowo.

Ja wiem, że jestem egzaltowaną pindzią, ale serio, czuję się jakbym trafiła szósteczkę.

Czy się osrałam z zachwytu, oglądając pierwszy raz?

Niespecjalnie. Ale odnotowałam pozytywy. Placówka niepubliczna, czyli nie całkiem prywatna, podlegająca MENowi. Coś muszą robić, znaczy. Placyk zabaw, nowy, ładny, wyłożony miękką wykładziną z tworzywa sztucznego. Fajne to to, może oszczędzi mi atrakcji asystowania przy szyciu, która, wierzę, prędzej czy później nadejdzie. Sale dość ascetyczne, chłodne, no ale nie każdy musi napierdalać ikeą po gałach (choć w tanich rozwiązaniach dla dzieci nie ma sobie równych). Catering, no cóż. To nieszczęście panoszy się w niejednym tego typu przybytku. Pies go lizał, przetrwamy brak grubej pani Tereski mieszającej w garze gęsty wywar pod pomidorową.


Puściłam wpisowe, by zaklepać miejscówkę.

Przybyłam na dni adaptacyjne, idiotycznie ustanowione na koniec lipca, tuż przed przerwą przedszkolną trwającą cały sierpień. (Wiadomo, czego się nie zrobi, by nie płacić ludziom ekstra). Przełknęłam fakt, że przez kilka godzin adaptacji nie zaproponowano dzieciom picia. (Marcela suszyło, jak jego własną matkę w poranek po dwóch Pampasach wytrąbionych dnia poprzedniego).

Po czym udałam się na urlop i za wiele nie rozmyślałam.


Pierwszego września zabrałam Marcela na granicy poszczania w gacie. Tę historię już Państwo znają.
Zapytałam Marcela czy byli na dworze. Nie byli. Odnotowałam także wilczy głód.

Drugiego dnia odkryłam, że w przedszkolu ogląda się telewizję. ŻEBY DZIECI SIEDZIAŁY W SPOKOJU PO OBIEDZIE I DOBRZE STRAWIŁY. Zapytałam także, czy Marcel coś je. Dowiedziałam się, że nie zmuszają dzieci do jedzenia, jeśli nie chcą, nie jedzą. Kwinęłam głową i zapytałam nieśmiało, czy moja rozmówczyni dostrzega margines szarości pomiędzy czernią pastwienia się nad niegłodnym bachorzęciem, a bielą puszczenia tegoż samopas. Nie otrzymałam odpowiedzi.
Zapytałam Marcela czy byli na dworze. Nie byli.

Trzeciego dnia zapytałam Marcela czy byli na dworze. Nie byli.

Zapytałam dyrekcji, czy jesienią się u nich nie wychodzi. Odpowiedziano mi, że trwa intergacja i dopiero jak się zintegrują to wyjdą. (Gdzieś maj będzie, dobrze liczę?…)

Czwartego dnia zobaczyłam kartkę na tablicy korkowej informującą, że wyjścia poza budynek są zawieszone do odwołania. (Za oknem piękne wrześniowe słońce). Dostałam nerwowego tiku.

Piątego dnia Marcel wyszedł do mnie z upierdolonym pyszczkiem i lepkimi rączkami, zawróciłam go więc na mycie. Dostałam delikatną reprymendę, że TU SIĘ NIE WCHODZI. W trudem opanowałam tik. Wymyty Marcel miał kompletnie mokrą koszulkę. Zmieniłam zatem koszulkę, od czego ma się zestaw emergency.

Szóstego dnia Marcela zdobił glut po pas. Okej, myślę. Nowe dzieci, nowa flora, przeżyj to sam. Kartka o zawieszeniu spacerów ze względu na integrację nie zniknęła. Marcel opowiedział mi o czym była dziś bajka w tv.


Poryczałam się za podróbkami Wayfarerów.  

jestem po stokroc struta
dziele to przez dwa gdyz mam swiadomosc jaka ze mnie histeryczka
wychodzi mi wtedy ze jestem struta po piecdziesieciokroc
(tak, wciaz tym samym jestem struta, zieeeeeeew)

jutro ide na wazna rozmowe
jesli osobisty aniol stroz poprowadzil mnie TAM tylko po to, by rozniecic nadzieje, a jutro zafundowac zimny prysznic to popamieta swoja podopieczna
ale jesli jest w tym jakis dobry PLAN, ktory nie zaklada wcale, ze zeby wzrastac trzeba cierpiec, to jestem jego dozgonna dluzniczka.
aniola w sensie.
(aniele jaka whisky pijasz po dniu pelnym takich POPROWADZEN?)

jest zle
moze byc dobrze
czy bedzie dobrze
czy pozostanie jak jest
jak trwoga do do boga

_________________________
PLUS :)
w przeciwienstwie do sytuacji, ktora obrazuje podana w tytule notki piosnka plus oznacza, ZE ZAJEBISCIE.
poza tym, ze dwa miesiace z rzedu zaplacimy podwojne czesne, ale oj tam, nie chce byc drobiazgowa.
jesli zobaczycie biusciasta blondzie wygrzebujaca resztki z kosza w macu to moge byc ja ;)

!!!!!!!!!!!!!

szczegoly niebawem, jak zejdzie mi nerw

(Uwaga, jestem lekko nawalona.)

 

Ja mam w sobie sporą dozę autorefleksji. Co by tłumaczyło gen megalomanii z kompletu chromosomów od ojca. No bo uskuteczniać rozkminę na swój temat to megalomania w chuj.

 

Otóż ja rozkminiam na okrągło.

Dzięki temu sporo o sobie wiem.

I raczej WIEM niż WYOBRAŻAM SOBIE, bo rozkmina, którą uprawiam, jest w dużej mierze krytyczna. Samo.

 

Co wiem? (W kontekście bycia matką)

Wiem, że macierzyństwo nie jest moim konikiem.

No, generalnie preferuję inne sporty. Mniej wkurwiające. (Nie uniknę tu obcesowości, wrażliwi proszeni o opuszczenie lokalu). Czyli to już ustaliliśmy – bycie mamusią to nie mój odjazd. Może dlatego, że mam do siebie w roli matki bardzo wiele zastrzeżeń.

Jedziemy dalej.

Drugi punkt. Uwaga paradoks! Uważam, że bycie rodzicem to coś, czego naprawdę nie watro przegapić. Nie warto odpuścić sobie. Z bardzo wielu względów. Doszło nawet do tego, że w pewnych dyskusjach nie do końca traktuję poważnie osoby bezdzietne. To je bardzo irytuje (przepraszam, can’t help). Dziecko totalnie zmienia optykę i jest to według mnie właściwa optyka. Ta, co ją tworzy dziecko.

Trzecia rzecz, to fakt, że pomimo, iż samo doświadczenie macierzyństwa często mocno mnie rozczarowuje, kocham jego Istotę jak ja pierdolę. W związku z tym, że mój Syn jest absolutnie centrum mojego świata (pomimo, że orka związana z opieką nad tym Centrum nie jest moim konikiem), panicznie boję się, że zostanie skrzywdzony. Że dostanie na swoje barki (barunie) stres, z którym bardzo ciężko będzie mu sobie poradzić. Boję się, że coś spierdolę. Albo zrobią to inni. A zrobią prędzej czy później. Bo każdy z nas jest w jakimś tam stopniu pierdolnięty. Przez obcowanie z innymi. Ma fobie, schizy i neurozy. Obgryza pazury. Zrywa skórki. Zdrapuje popryszczowe krostki (ja), nie może się skupić na lekturze (ja), pije więcej niż powinien (ja), ma nieuzasadnione pretensje do świata (ja).

 

Marceli Fr. wszedł właśnie w SYSTEM.

System różni się od Misiów tym, że nie informuje jebniętej w dekiel mamuni, czy Marceli jadł, co jadł, co robił, jak mu było, czy był fajnym Marcelim, czy tym Marcelim, przez którego mamunia drze ryja, czy był stolec i o której.

System działa jak fabryczna taśma. Jeb! Następny!

 

Boooli mnie to.

Wyrywa mi paznokcie i tnie opuszki papierem.

 

Dziś moje dziecko wróciło z przedszkola i oddało do błękitnego nocniczka mocz stulecia.

Zapytałam – czyżbyś nie sikał tyle godzin?…

A on, że nie. Bo nie wiedział gdzie jest łazienka.

 

!


Idę sobie otworzyć tętnice. 
 


  • RSS