Czy się osrałam z zachwytu, oglądając pierwszy raz?

Niespecjalnie. Ale odnotowałam pozytywy. Placówka niepubliczna, czyli nie całkiem prywatna, podlegająca MENowi. Coś muszą robić, znaczy. Placyk zabaw, nowy, ładny, wyłożony miękką wykładziną z tworzywa sztucznego. Fajne to to, może oszczędzi mi atrakcji asystowania przy szyciu, która, wierzę, prędzej czy później nadejdzie. Sale dość ascetyczne, chłodne, no ale nie każdy musi napierdalać ikeą po gałach (choć w tanich rozwiązaniach dla dzieci nie ma sobie równych). Catering, no cóż. To nieszczęście panoszy się w niejednym tego typu przybytku. Pies go lizał, przetrwamy brak grubej pani Tereski mieszającej w garze gęsty wywar pod pomidorową.


Puściłam wpisowe, by zaklepać miejscówkę.

Przybyłam na dni adaptacyjne, idiotycznie ustanowione na koniec lipca, tuż przed przerwą przedszkolną trwającą cały sierpień. (Wiadomo, czego się nie zrobi, by nie płacić ludziom ekstra). Przełknęłam fakt, że przez kilka godzin adaptacji nie zaproponowano dzieciom picia. (Marcela suszyło, jak jego własną matkę w poranek po dwóch Pampasach wytrąbionych dnia poprzedniego).

Po czym udałam się na urlop i za wiele nie rozmyślałam.


Pierwszego września zabrałam Marcela na granicy poszczania w gacie. Tę historię już Państwo znają.
Zapytałam Marcela czy byli na dworze. Nie byli. Odnotowałam także wilczy głód.

Drugiego dnia odkryłam, że w przedszkolu ogląda się telewizję. ŻEBY DZIECI SIEDZIAŁY W SPOKOJU PO OBIEDZIE I DOBRZE STRAWIŁY. Zapytałam także, czy Marcel coś je. Dowiedziałam się, że nie zmuszają dzieci do jedzenia, jeśli nie chcą, nie jedzą. Kwinęłam głową i zapytałam nieśmiało, czy moja rozmówczyni dostrzega margines szarości pomiędzy czernią pastwienia się nad niegłodnym bachorzęciem, a bielą puszczenia tegoż samopas. Nie otrzymałam odpowiedzi.
Zapytałam Marcela czy byli na dworze. Nie byli.

Trzeciego dnia zapytałam Marcela czy byli na dworze. Nie byli.

Zapytałam dyrekcji, czy jesienią się u nich nie wychodzi. Odpowiedziano mi, że trwa intergacja i dopiero jak się zintegrują to wyjdą. (Gdzieś maj będzie, dobrze liczę?…)

Czwartego dnia zobaczyłam kartkę na tablicy korkowej informującą, że wyjścia poza budynek są zawieszone do odwołania. (Za oknem piękne wrześniowe słońce). Dostałam nerwowego tiku.

Piątego dnia Marcel wyszedł do mnie z upierdolonym pyszczkiem i lepkimi rączkami, zawróciłam go więc na mycie. Dostałam delikatną reprymendę, że TU SIĘ NIE WCHODZI. W trudem opanowałam tik. Wymyty Marcel miał kompletnie mokrą koszulkę. Zmieniłam zatem koszulkę, od czego ma się zestaw emergency.

Szóstego dnia Marcela zdobił glut po pas. Okej, myślę. Nowe dzieci, nowa flora, przeżyj to sam. Kartka o zawieszeniu spacerów ze względu na integrację nie zniknęła. Marcel opowiedział mi o czym była dziś bajka w tv.


Poryczałam się za podróbkami Wayfarerów.