I kiedy Marceli opowiadał o czym była bajka, na krtani zaciskały mi się niewidzialne ręce i czułam na piersi tony żelbetu. Starałam się rozpracować ten uścisk gardła częstym przełykaniem śliny, a także sukcesywnie zdejmowałam z siebie kawałki ciężkiej materii, wtrącałam słowa okazujące dziecku zainteresowanie, opanowując drżenie głosu.  
Bo dziecko tak wiele razy widziało już matkę bolejącą, matkę pod krzyżem, matkę z dwupasmówką gila pod nosem, (Ewunka, obyśmy mieli w życiu tylko takie problemy), że czasem sobie myślę, że za dużo mu już tej świadomości, że jestem tylko człowiekiem. Muszę też czasem być trochę himenką.

 

No i wyłam, bezgłośnie wyłam, bo najgorsze, co w życiu można spotkać to bezsilność, brak wpływu na coś, wiedza, że choćbyś się zesrał, nic nie wskórasz, bo ktoś sobie wymyślił inaczej, i jak się państwu szanownemu nie podoba, to pies was trącał, paszli!

 

I wtedy, pedałując żałobnie i słuchając szczebioczącego Marcelona, niesłyszalny głos kazał mi pojechać trochę inną, niż zwykle drożynką. Drożynką, co jej punktem centralnym jest Przedszkole Do Którego Należy Się Zapisywać Po Pierwszym Pocałunku z Rokującym Mężczyzną. Byłam tam tryliony razy. Dzwoniłam, słałam maile. Zawsze skazana na listę rezerwowych. Bez nadziei na przyszłość (nie to, co Oksana).

Żałobnie wprowadziłam rower na teren PDKNSZPPPZRM i zostawiwszy go przy schodkach, żałobnie obrałam dobrze znany mi kierunek do gabinetu ojca derechtora.

- Mamy jedno miejsce. Zwolniło się kilka dni temu. Nie mam dziś za wiele czasu, ale proszę przyjść jutro o wpół do pierwszej, pasuje pani?

 

Co zobaczyłam w następującej po powyższym zdaniu chwili?

Już mówię. Uwaga.
Zobaczyłam ogród z pięknymi kwiatami i motylkami, motylki były różowe, fioletowe i niebieskie, słonko pięknie świeciło, były także pszczółki, ale takie bez żądeł, oraz biedronki, sarenki, zające, jeże (niekłujące), świnki (różowe, zero błota, ślicznie zakręcone ogonki), zobaczyłam szemrzący strumyk lazurowej wody ze szczęśliwymi rybami i była tam też lodziarnia (najwięcej było pistacjowego), pan od gyrosa (właśnie przeciskał czosnek przez praskę), kilka żółtych dziewuszek, uśmiechając się pięknie lepiło roladki suszi, i widziałam też piwniczkę pełną flaszek Pampaska, wszystkich ukochanych przeze mnie ludzi, ślicznie ubranych i uczesanych, biały piasek, palemki, trochę morza, trochę jezior mazurskich (słychać było odgłos want uderzających o maszt), trochę gór, trochę też było Boże Narodzenie, ten cały cynamonowo-imbirowy pierdolec, prezenty były, góra pięknie opakowanych prezentów, był mój ekspres do kawy, i lumpex ten z Orzeszkowej (tylko ekspedienta miał uprzejmego) i ciągle była dostawa, w tym dużo z Vero Mody, były też różne butiki, i kino i teatr i zaśnieżony stok z wyciągiem gondolowym, i za nic się nie płaciło (Marzysz o komunie, Ewunka?), tylko się brało i jadło i miało i rogal nie schodził z twarzy, no i oczywiście byłam tam piękna jak sen i o figurze Gisele Bundchen, a twarzy Sophie Marceau, tak tam było, serio.

 

Następnego dnia po, naturalnie, nieprzespanej nocy, ucięłam sobie z przemiłym i bardzo rzeczowym ojcem derechtorem przemiłą i rzeczową pogawędkę pełną rozmaitych dygresji (pan był gawędziarz, ja takoż) no i od poniedziałku, jak zejdzie Marcelemu glut startujemy na nowo.

Ja wiem, że jestem egzaltowaną pindzią, ale serio, czuję się jakbym trafiła szósteczkę.