(Drogi blogasku, gdy mnie się zdarzy Cię zapuścić, mnogość aspektów życia mego, które pragnę poruszyć na Twoich łamach zniechęca do podjęcia próby.Niemniej próbuję.) 

Nowe przedszkole – cymes. Nie żeby sedesiki powleczone masą perłową i surimi na śniadanie, nie dramatyzujmy, po prostu – NORMALNIE.
Czyli – trzy kompleciki upierdolonej odzieży nr 98 codziennie na ręce stęsknionej mamuni (w tym tak – pierwsze upierdolenie pochodzenia błotnego, czyli, że tarzali się po dworzu, drugie – smugi pasty do zębów i zacieki od rozmąconego w wodzie mydełka, wyraźnie wilgotne, cuuuute, trzecie – buraczki plus impresja tłuszczowo-ziemniaczana, uwielbiam być mamusią). W sensie, że panie raczą przebierać, jak dziecku się przylepia do ciała mokra tkanina, fajnie co?
Poza tym – śladu telewizora, zajęcia taneczne, capoeira, zajęcia z psami (przyłazi treser), karate, srate, dupate, język, szachy, ale to dla starszych, bo Marcel z całym szacunkiem do jego rozbuchanego ostatnio intelektu prawie-trzylatka, mógłby sobie wieżę i królową co najwyżej włożyć w rozmaite otwory ciała i radośnie zarechotać.
I kocham ten oldskul – gruba pani Wanda w czepeczku niesie wazę pełną parującej owsianki i choć zupa mleczna w przedszkolu kojarzy mi się przechujowo, to jednak sentyment jakiś jest, i zaufanie do tradycji, tak, to to.

Kiedy jadę z nim rano rowerem, suszę siekacze jak Claire z Jedwabnej Opowieści, ujeżdżając swą motorynkę, bo wiem, że wszystko jest tak, jak powinno, a mój pierworodny zostaje w najlepszych rękach. Obawiałam się ponownego stresu ponownej aklimatyzacji, ale to w końcu syn swego ojca. Marceli ma w sobie pokłady niezmąconej pewności siebie. 
 

Poza tym co.
Coś jakby nadszedł czas, że synowi zdarza się być kompanem. Pięknie jest móc się dogadać.
Boże, człowiekowi chodzi tylko o to, przez całe życie.
DOGADAĆ SIĘ. Porozumieć. Skomunikować. Przedstawić swoje racje i być wysłuchanym. Posłuchać racji oponenta i ustalić kompromis. Tylko o to się rozchodzi.
Dogadać z mężem, dogadać z matką, z teściami, sumieniem, szefem, własnymi fobiami, dwudziestoletnią siostrą, cieciem w stróżowce, babą w urzędzie, Absolutem, przedszkolanką i najważniejsze, bo najtrudniejsze – dogadać się z własnym dzieckiem. O, dodam, bardzo wyraźnie zarysowanym indywidualizmie.
To jest inna jakość życia, kiedy można się dogadać. 

Oraz mam za sobą dzień pełen drobnych, ale irytujących rozczarowań, z gatunku tych, co bardziej ćmią, niźli napierdalają, och no, nie wszystko może być zawsze jak sobie hrabianka Ewunka zapisała w kajeciku, a szkoda.
Grunt, że jesteśmy zdrowi (tfu tfu), piękni (hehe) i bogaci (buhahahaha). Oraz, że się kochamy.  

A! Byłabym zapomniała. Już miałam nową opcję polityczną upatrzoną. Już-już szykowałam ołtarzyk na gzymsie kominka otoczony jesiennym kwieciem (nie mam kominka, ale oj tam). Gdyby tylko mój idol Janusz Pe nie postulował in vitro Z MOJEJ KIESZENI (co jeszcze mam Wam, kurwa, narodzie fundować? Niedziele wyjścia do Multiplexu w ramach wspierania relacji rodzinnych? A może bony do ulubionego butiku, by przeciwdziałać depresji wśród młodych matek?) zapisałabym się niechybnie do jego partii. Ale tak, to nie. Bo ostatnio mam wrażenie, że ile by człowiek nie zapierdalał i tak mu zabiorą. Chuje.


Ale doprawdy. Może są na tym świecie bardziej jebnięci niż Janusz Pe? Bo wiecie, mam od dziś lampeczki wokół okna. Nie, że świąteczne, no co wy. JESIENNE takie.