eee-co-to-ja-chcialam blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2010

Siedzimy w niedzielne popołudnie przy stole w kuchni. Marcel wiosłuje łyżką w zawiesinie pomidorów, śmietany i ryżu. Nagle nachyla się nade mną i bierze kosmyk moich włosów w jedną z dłoni. Patrzy mi w oczy i przemawia.

- Mamusiu, jesteś taka piękna. I zupę zlobiłaś psiepiśną.

Roztapiam się jak masło przetrzymane w mikroweli. Jak jajko niespodzianka pozostawione w aucie w dzień lipcowy. Jak topił mnie swego czasu jego tata, mówiąc, że jeśli chcę dziecka to nie ma sprawy. 

złota polska

2 komentarzy

Mam taki komfort, może chwilowy, lecz oby nie, że żegnam się z niewygodnymi.

Zawodowo.

Mówię – pa, pa. Do zobaczenia przed obliczem Pana.

Jedna taka wpycha mi bombonierę xxl z czekoladkami serduszkami. I się wzrusza. I przeprasza. I mówi, że kocha. Ja mam i tak spory margines tolerancji, gdy kogoś lubię. Ale żyję w kraju, w którym wszyscy chcą mnie zrobić w chuja. Oraz deklarują swoje uwielbienie dla mojej pracy oraz osoby tylko werbalnie. Nie jestem już dwudziestoletnią trzpiotką, której wszystko jedno. Której nie szkoda czasu i atłasu i nożyn przemarzniętych w oczekiwaniu na środek transportu em-pe-ka, byle dojechać, odbębnić swoje i mieć na piwo z imbirem w Mleczarni.

Nie. Nie. Nie. To już było. I nie wróci więcej.

Potem idę na pewną rozmowę. Pan prezes okazuje się znać moje nazwisko. Jest znajomym teścia. Och, jak miło. Jesteśmy zdecydowani na współpracę z panią. Och, nie przestawaj pan.

Możemy pani zaoferować tyle-i-tyle.

(Czy wspominałam już, że czasy, gdy zarabiałam na piwo z imbirem w Mleczarni, bezpowrotnie minęły? A także – wystrzegajmy się filozofii: wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Ta filozofia prowadzi do nikąd.)

 

Kocham swój własny, osobisty tryb.

Kocham fakt, że napierdalam w klawiaturkę, wtedy, kiedy uważam to za stosowne, że mogę w międzyczasie wyjść po świeży boczek na domową pizzę i liście szpinaku do szpinakowego penne, z koszykiem, sto procent zakupowej egzaltacji i pretensjonalnego oldskulu, potem mogę uczynić obiad, a także domowe pucu-pucu, i inne takie, nie tłumacząc się nikomu i nie prosząc o łaskę jaśnie szefa. I, Kingo Dunin oraz Kaziu Szczuko, czujcie odrazę, trudno, nie zaprzyjaźnimy się, a ja nie zrezygnuję z roli desperate housewife bo KOCHAM NIĄ BYĆ.

 

Z przedszkolem-pomyłką wojna. Pisma śmigają w te i nazad. Poczta Polska uprzejmie pośredniczy. Napisałam, że nie zapłacę za październik, gdyż albowiem żyję w kraju, w którym wszyscy chcą mnie zrobić w chuja i czuję się właśnie w chuja zrobiona i nie zamierzam za ów efekt zrobienia w chuja płacić (do czego poniekąd zobowiązuje mnie umowa, która po jej zerwaniu nakazuje zapłacić przez kolejny miesiąc czesne). Przedmiot umowy nie został zrealizowany i tu wesprę się rozporządzeniem MENu, gdzie mówią urzędasy jasno, że podopieczny przedszkolny winien być wypasany na zielonej trawie przez minimum jedną piątą czasu przedszkolnego, a wypasanie owe nie miało miejsca. No więc oni mi, że „zaleca się” nie oznacza „trzeba”, a ja im, że żenuje mnie ich luźny stosunek do zaleceń, którym podlegają, jako placówka dotowana z NASZYCH (nie używajcie, proszę, słowa – państwowych – bo to puste słowo) pieniędzy, i tak sobie odbijamy milutko piłeczkę, ale milutko to nie jest. Bo w gruncie rzeczy nienawidzę sytuacji konfliktowych, ale cóż, mam, widzę, hossę w tej sferze, trudno, muszę to przespać, przeczekać, przeczekać trzeba mi.

 

A jutro znowu pójdziemy nad rzekę. Albo do miasta. Albo do kina. Albo gdziekolwiek. Bo mamy syna w dobrych rękach – u teściów. Każdy z nas ma swoje odjazdy, oni też, ale kocham ich za to, jak bardzo kochają Marcela i jak bardzo chcą być z nim i dla niego.


  • RSS