Siedzimy w niedzielne popołudnie przy stole w kuchni. Marcel wiosłuje łyżką w zawiesinie pomidorów, śmietany i ryżu. Nagle nachyla się nade mną i bierze kosmyk moich włosów w jedną z dłoni. Patrzy mi w oczy i przemawia.

- Mamusiu, jesteś taka piękna. I zupę zlobiłaś psiepiśną.

Roztapiam się jak masło przetrzymane w mikroweli. Jak jajko niespodzianka pozostawione w aucie w dzień lipcowy. Jak topił mnie swego czasu jego tata, mówiąc, że jeśli chcę dziecka to nie ma sprawy.