eee-co-to-ja-chcialam blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2010

Miałam jechać do ikejki, kupić w dekatlonie megafajne śniegowce dla Marcelona (znów dla niego, Chryste, ten bachor pożre mnie z kopytami!), miałam wyciągnąć chłopaków na długi, mroźny spacer po wałach, a nawet na świeżootwarty jarmark świąteczny w ryneczku, miałam na tymże napić się grzańca i mieć rumieńce jak ruska dziołcha, miałam, miałam, srałam. Guess what? Marcelon podgrzał ciało ponad miarę i zaległ w piernatach, przeniesionych na potrzeby weekendu do dziennego. A jak moje dziecko zalega, znaczy, że jest źle. Następnie po całym dniu zalegania i błyskania szklistym okiem, kazał się zanieść do własnego łóżka punkt osiemnasta i następny znak życia dał o dziewiątej rano. Piętnaście godzin, nie żartuję. Wyspaliśmy się z K. jak jacyś, psia ich mać, studenci.

Nie wiem, co mam o tym sądzić, on ma ZEROWĄ odporność. Drugie dziecko, o ile takowe zaistnieje, będę karmiła li jedynie dla pięknych chwil, jakimi są kosmiczne odloty dzieciara uwieszonego na matczynym sutku. Bo w te przeciwciała to już nie wierzę ni chujeńka.

 

No więc co. Dziś machnęłam CeeRPe, i zostawiłam w aptece jedną czwartą tysiaka. Nie, no nie tylko prochy, inhalator included. Ale kiedy ja wreszcie zacznę wydawać na swój look więdnący, ja pytam? Pewnie wtedy, jak już doszczętnie zwiędnie i NIC nie będzie go wstanie podratować. Żaden Lanvin dla H&M.

 

A propos inwestowania w nienaganny look – na skutek intensywnej integracji z laskami z biurek obok dopadły mię reminiscencje. Bo próbując zrozumieć teraźniejszość jednej włączyłam swoją przeszłość. Zaowocowało to snem, w którym wzięłam ślub z Niegdysiejszym i już podczas wesela zastanawiałam się, jak tu się z tej całej maskarady wyłgać. (I być z K.) Starałam się w tym śnie racjonalizować, pomimo, że byłam na tym weselu ostro napierdolona (SWOIM weselu), wymieniałam ile dobrych cech ma Niegdysiejszy i że nie będzie źle. Jest to obiektywnie rzecz biorąc prawdą, Niegdysiejszy to dobry chłopak, ale nie uspokoiło mnie ni cholery. Jakaż była ulga, gdy obudziłam się obok rozgrzanego jak piec Marcelusa i usłyszałam gromkie pochrapywanie K.


Przesrane – wiadomo, ale przynajmniej nie w dupie.

pani ewo

9 komentarzy

Przeorganizowałam życie.

Przeorganizowałam siebie.

Bo przecież ja to żonka z parującym garem w progu. Tak lubiłam, naprawdę.

A tu niespodzianka. Niespodzianka?


Ja to taka hybryda trochę. Wszystkiego trochę. Trochę tego i tamtego. Trochę mielonych z cebulką i czosnkiem i trochę materiałów prasowych dla sklepów z dizajnem wnętrz. Trochę – mamusiu tak bardzo cię kocham, i trochę – pani Ewo, stół, krzesło i czajnik. I moździerz. W wysokiej rozdzielczości, trzysta de-pe-i. Dziękujemy, redakcja Em Jak Mieszkanie. Chryste jak to robicie matki, co macie ich więcej? (Naturalnie pytam tylko te, które mają zaszczepiony postulat NIE-W-DUPIE-MANIA).

Jak Wy to, do kurwy nędzy, robicie? Kiedy znajdujecie czas na ich dwoje, troje, lub nie daj Bóg, więcej. I pracę, rzetelnie wykonywaną, (pani Ewo, kubki, kubki w stylu retro, wysoka rozdzielczość). Jak Wy to robicie, że nie skręca Was wyrzut? Że za mało czasu, za mało wszystkiego, za mało mamusi i za mało chłodnego profesjonalizmu? Że pazurki w modnym odcieniu trupiej szarości, względnie beżu oraz zeskrobywanie rzygowin z dywanu w jednym stały rzędzie. Że wiecznie chore bachorzę, jęczące i szare oraz Pani Ewo.
 
 

Nie, nie dziwi mnie, że nie chcecie mieć dzieci. Co innego ja. Imperatyw rozmnażania miałam zaprogramowany w każdym ruchu miednicą (podczas). Dzieci są przesrane. Kochane, ale przesrane. Nie do ogarnięcia. Do ogarnięcia, ale koszmarnym kosztem. Wszystko olbrzymim kosztem, Pani Ewo.

Ja pierdolę, nie dziwi mnie, że nie chcecie się rozmnażać.

16.11.2007.

8 komentarzy

jesteś NAJLEPSZY.

Przemiły świat, w jakim usadowiłam swego czasu swoją osobę, nie był nigdy światem perfekcyjnym. Ambicje kurki nioski i strażniczki gara z parującym żurem przeplatały się z ambicjami zawodowymi, dla wielu ważniejszymi. Ja miałam to wszystko pięknie wypośrodkowane, podkreślone adekwatnymi kolorkami zakreślacza, od tej do tej zarabiam, później dbam o dom i zagrodę, niezbyt późno lezę po potomka, wydaję żur, a następnie znów uzupełniam saldo konta. W międzyczasie odwiedzam dziadków, dbam o ich zapasy, zgrzewka niegazowanej Staropolanki, biedronkowe pomidory bez skórki, odplamiacz do tkanin. Jasne, bywały dni, że nie umiałabym powiedzieć jak miałam niegdyś na nazwisko (że nie wspomnę o panieńskim matki), ale lubiłam to oswojone chomąto, przyrzekam na kawę z mojego ekspresu, lubiłam. Jasne, dzień pracy miałam często rozpierdolony do północy, ale oj tam. Raz po raz pojawiało się też poczucie, że wpadłam w pewną intelektualną stagnację, ale to była nawet przyjemna stagnacja.

Jednak wszystko ma swój początek i koniec, że tak pojadę filozoficznie.

Wypuściłam się z chawiry, gary i fartuszek chlipią za mną całemi dniami, trochę robię znanego, trochę się uczę nowego, jest okej. Nie zawiedli teściowie, zdejmując z moich barków ciężar zdążenia do przedszkola przed mrokiem.
I kiedy już zaczęłam na nowo budować sobie przewrócone, może nie do góry nogami, ale lekko na bok na pewno, życie, zachichotał złośliwie wujaszek murphy (celowo z małej, nienawidzę chuja).

- Ooo, Ewunka, widzę, że nowy porządek dnia sobie wypracowujesz. Ślicznie, ślicznie, a nie za lekko ci to idzie, kochanieńka? Coś mi się widzi, że twoje spinanie nieco na wyrost. Ja ci, najsłodsza, pokażę, co oznacza SPINANIE.


No i tak.

Marcelon ma podejrzenie mononukleozy, bo nie jest to raczej angina. Jest cały zaropiały i biedny. Jutro idziemy upuszczać krew. Mononukleoza to nie tydzień w domu, a bywa, że nie dwa. Zajebiście. Tymczasem ja właśnie zaczęłam nową pracę. Ene due rike fake, zaraz się z tobą, Ewunka, pożegnają. Ale może nie. K. bierze na siebie nadchodzący tydzień. Co w kolejny – zobaczymy. Nie wiem, trochę mi słabo i włączyłam kryzysową metodę wyparcia imienia Scarlett O’Hary. Myślę też o tym, że było mi dobrze tak, jak było, i po co to zmieniałam. Ach prawda, w imię samorozwoju i stabilizacji. Samorozwoju się zachciało i już pierwsze frycowe. Było dłubać zleconka i doglądać pieczeni, jak skwierczy apetycznie. W ognisko dmuchać. A nie.


Jezuuu, jest mi źle i niepewnie, i martwię się, co jutro usłyszę, bo może wyżej wymienione gówno to nie opcja ostateczna, ja pierdolę, powieszę się, jeśli jest gorzej niż myślę. Tak, tak, ja wiem, że a Afryce dzieci mają wzdęte brzuszki, a także, że istnieje coś takiego jak hematologia dziecięca. Wiem i mam tego świadomość w każdej minucie życia. Ale co poradzę, że moje własne miniproblemy dobijają mnie równie mocno?


Z rzeczy pozytywnych to opadły z liści nadodrzańskie dęby i widok zyskał na głębi, bo jak się uprę widzę nawet majak Mostu Jagiellońskiego. Jak będziemy kiedyś sprzedawać to mieszkanie to tylko jesienią.

 


  • RSS