Przemiły świat, w jakim usadowiłam swego czasu swoją osobę, nie był nigdy światem perfekcyjnym. Ambicje kurki nioski i strażniczki gara z parującym żurem przeplatały się z ambicjami zawodowymi, dla wielu ważniejszymi. Ja miałam to wszystko pięknie wypośrodkowane, podkreślone adekwatnymi kolorkami zakreślacza, od tej do tej zarabiam, później dbam o dom i zagrodę, niezbyt późno lezę po potomka, wydaję żur, a następnie znów uzupełniam saldo konta. W międzyczasie odwiedzam dziadków, dbam o ich zapasy, zgrzewka niegazowanej Staropolanki, biedronkowe pomidory bez skórki, odplamiacz do tkanin. Jasne, bywały dni, że nie umiałabym powiedzieć jak miałam niegdyś na nazwisko (że nie wspomnę o panieńskim matki), ale lubiłam to oswojone chomąto, przyrzekam na kawę z mojego ekspresu, lubiłam. Jasne, dzień pracy miałam często rozpierdolony do północy, ale oj tam. Raz po raz pojawiało się też poczucie, że wpadłam w pewną intelektualną stagnację, ale to była nawet przyjemna stagnacja.

Jednak wszystko ma swój początek i koniec, że tak pojadę filozoficznie.

Wypuściłam się z chawiry, gary i fartuszek chlipią za mną całemi dniami, trochę robię znanego, trochę się uczę nowego, jest okej. Nie zawiedli teściowie, zdejmując z moich barków ciężar zdążenia do przedszkola przed mrokiem.
I kiedy już zaczęłam na nowo budować sobie przewrócone, może nie do góry nogami, ale lekko na bok na pewno, życie, zachichotał złośliwie wujaszek murphy (celowo z małej, nienawidzę chuja).

- Ooo, Ewunka, widzę, że nowy porządek dnia sobie wypracowujesz. Ślicznie, ślicznie, a nie za lekko ci to idzie, kochanieńka? Coś mi się widzi, że twoje spinanie nieco na wyrost. Ja ci, najsłodsza, pokażę, co oznacza SPINANIE.


No i tak.

Marcelon ma podejrzenie mononukleozy, bo nie jest to raczej angina. Jest cały zaropiały i biedny. Jutro idziemy upuszczać krew. Mononukleoza to nie tydzień w domu, a bywa, że nie dwa. Zajebiście. Tymczasem ja właśnie zaczęłam nową pracę. Ene due rike fake, zaraz się z tobą, Ewunka, pożegnają. Ale może nie. K. bierze na siebie nadchodzący tydzień. Co w kolejny – zobaczymy. Nie wiem, trochę mi słabo i włączyłam kryzysową metodę wyparcia imienia Scarlett O’Hary. Myślę też o tym, że było mi dobrze tak, jak było, i po co to zmieniałam. Ach prawda, w imię samorozwoju i stabilizacji. Samorozwoju się zachciało i już pierwsze frycowe. Było dłubać zleconka i doglądać pieczeni, jak skwierczy apetycznie. W ognisko dmuchać. A nie.


Jezuuu, jest mi źle i niepewnie, i martwię się, co jutro usłyszę, bo może wyżej wymienione gówno to nie opcja ostateczna, ja pierdolę, powieszę się, jeśli jest gorzej niż myślę. Tak, tak, ja wiem, że a Afryce dzieci mają wzdęte brzuszki, a także, że istnieje coś takiego jak hematologia dziecięca. Wiem i mam tego świadomość w każdej minucie życia. Ale co poradzę, że moje własne miniproblemy dobijają mnie równie mocno?


Z rzeczy pozytywnych to opadły z liści nadodrzańskie dęby i widok zyskał na głębi, bo jak się uprę widzę nawet majak Mostu Jagiellońskiego. Jak będziemy kiedyś sprzedawać to mieszkanie to tylko jesienią.