Miałam jechać do ikejki, kupić w dekatlonie megafajne śniegowce dla Marcelona (znów dla niego, Chryste, ten bachor pożre mnie z kopytami!), miałam wyciągnąć chłopaków na długi, mroźny spacer po wałach, a nawet na świeżootwarty jarmark świąteczny w ryneczku, miałam na tymże napić się grzańca i mieć rumieńce jak ruska dziołcha, miałam, miałam, srałam. Guess what? Marcelon podgrzał ciało ponad miarę i zaległ w piernatach, przeniesionych na potrzeby weekendu do dziennego. A jak moje dziecko zalega, znaczy, że jest źle. Następnie po całym dniu zalegania i błyskania szklistym okiem, kazał się zanieść do własnego łóżka punkt osiemnasta i następny znak życia dał o dziewiątej rano. Piętnaście godzin, nie żartuję. Wyspaliśmy się z K. jak jacyś, psia ich mać, studenci.

Nie wiem, co mam o tym sądzić, on ma ZEROWĄ odporność. Drugie dziecko, o ile takowe zaistnieje, będę karmiła li jedynie dla pięknych chwil, jakimi są kosmiczne odloty dzieciara uwieszonego na matczynym sutku. Bo w te przeciwciała to już nie wierzę ni chujeńka.

 

No więc co. Dziś machnęłam CeeRPe, i zostawiłam w aptece jedną czwartą tysiaka. Nie, no nie tylko prochy, inhalator included. Ale kiedy ja wreszcie zacznę wydawać na swój look więdnący, ja pytam? Pewnie wtedy, jak już doszczętnie zwiędnie i NIC nie będzie go wstanie podratować. Żaden Lanvin dla H&M.

 

A propos inwestowania w nienaganny look – na skutek intensywnej integracji z laskami z biurek obok dopadły mię reminiscencje. Bo próbując zrozumieć teraźniejszość jednej włączyłam swoją przeszłość. Zaowocowało to snem, w którym wzięłam ślub z Niegdysiejszym i już podczas wesela zastanawiałam się, jak tu się z tej całej maskarady wyłgać. (I być z K.) Starałam się w tym śnie racjonalizować, pomimo, że byłam na tym weselu ostro napierdolona (SWOIM weselu), wymieniałam ile dobrych cech ma Niegdysiejszy i że nie będzie źle. Jest to obiektywnie rzecz biorąc prawdą, Niegdysiejszy to dobry chłopak, ale nie uspokoiło mnie ni cholery. Jakaż była ulga, gdy obudziłam się obok rozgrzanego jak piec Marcelusa i usłyszałam gromkie pochrapywanie K.


Przesrane – wiadomo, ale przynajmniej nie w dupie.