eee-co-to-ja-chcialam blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2010

2010/11

6 komentarzy

Mój małżonek kocha podsumowania, ja niekoniecznie. Może dlatego, że jako urodzona katastrofistka czuję zawsze na karku oddech perfidii losu, a ta dziwka tylko czeka, by usłyszeć – jest naprawdę dobrze.

Dumam nad zagadnieniem pod tytułem – jaki był ten rok.
Chyba nie jakiś szczególny, ale ogólnie dobry.
Był na pewno czasem widocznego przepoczwarzenia Marcelego Fr. z rzucającego się po chodniku bachora w bardzo fajnego chłopaka, któremu mam ochotę skręcić karczek tylko czasem, a nie kilka razy na dobę. To duży sukces. Załamywało mnie niegdyś, że nie widzę efektów ciężkiej pracy, jaką była ( i jest) moja żelazna konsekwencja, rezygnowanie często z rzeczy, na które sama czekałam jak dziecko, tylko dlatego, że w moim mniemaniu musiała nastąpić jakaś konsekwencja parszywego zachowania, co w efekcie nierzadko dawało mi poczucie ukarania samej siebie. Jednocześnie zawsze starałam się tłumaczyć i uzasadniać swoje zakazy, nakazy i generalnie matczyne widzimisię, a na pewnym etapie, wyglądało to na przykrą nerwicę natręctw, bo jak inaczej nazwać bezustanne napierdalanie do słupa. Wraz ze zbliżeniem się, a potem przekroczeniem magicznej trójki jakiś trybik przeskoczył, czyjaś niewidzialna dłoń nalała oliwy pod kopułkę i oto jest. Całkiem rozumny maleńki człowiek, z którym możliwe są negocjacje, a nawet wygranie ich. I to nawet bez dąsów. Warto było na to czekać.
(Pamiętam jak kiedyś jak-ciotka pisała, że uwielbia wychowywać swojego syna. Czytałam to i miałam oczy jak kot Garfield. Ja szczerze nie znosiłam codziennych bezowocnych zmagań z trudną materią, czułam się jak żeńskie wydanie Syzyfa, zero, zero efektu, tylko pot, krew i łzy i nic, kurwa, w zamian. Tyle, że potomek rzeczonej jest sporo starszy od mojego Pysia Srysia i kiedy pisała te słowa, jak ciotka, w sensie, była na zgoła innym etapie wychowu niż ja. Wtedy.)

Co tam jeszcze.
Decyzje dotyczące życia zawodowego mają swoje plusy dodatnie i ujemne, nieprawdaż, jednak na pewno nie mogę mieć poczucia, że się cofam lub stoję w miejscu (czyli cofam). Cóż, komfortowo było dłubać  swoje w domu, szczególnie w momencie niedyspozycji Marcelona. Przed nikim nie musiałam się tłumaczyć, świecić oczami i trząść jak osika, ile szefostwo jeszcze tego zniesie. Aktualnie jest pod tym względem tak sobie, ale muszę to przespać, przeczekać. Chyba KIEDYŚ minie, co? Tylko kiedy.

Boli mnie jeszcze, że w kwestii kultury jestem w tym roku sto lat za Murzynami. Nie miałam i nie mam czasu. Kiedyś, widząc zestawienie dziecięciu tytułów powiedzmy jakiegoś tam roku, wg prasy tak zwanej opiniotwórczej, kiwałam głową, lub cedziłam serio? ten szit?!, teraz nie wiem nic, tytuły znam tylko z recenzji, bo wciąż czytam gazety i nic poza tym. Trudno. Są chyba fatalniejsze braki w życiu.

Ten rok przyniósł też nową mnie w sferze polityki. Nie wiem, nigdy nie sądziłam, że to powiem, ale jestem oto TOTALNIE apolityczna, więcej – nie uczestniczyłam w ostatnich wyborach stuprocentowo świadomie, nie bez obrzydzenia, że tak musiało być, lecz z przekonaniem. Nie dlatego, że mam tłusty, nieruchawy tyłek i nie chciało mi się go zwlec z tapczanu i też nie dlatego, że jestem kretynką, powtarzającą bezmyślne frazesy, o tym, że co tam zmieni mój głos i w ogóle jestem piasku ziarenkiem w klepsydrze. Dlatego, że boleśnie wyruchano mnie w tyłek, ale tak wiecie, bez orientu, bez nawilżenia, żadnej gry wstępnej. Więcej – wzięto mnie na kilka batów. Nie żebym była jakaś bez wyobraźni w kwestii eksperymentów erotycznych, ale na Boga. Nic na chama, tak? A tu nie dość, że bez mojej zgody, to jeszcze rechot w żywe oczy. No nie, moi mili, tak się nie bawimy.

Poza tym co.
W wigilię przy opłatku mąż powiedział mi tylko – życzę nam zdrowia, bo reszta zależy od nas. To były głęboko mądre słowa. I takież życzenia składam Wam, drodzy.

Moje święta to galop między czterema domami, dwoma moich rozeszłych się dwadzieścia osiem lat temu rodzicieli, jednym, w którym urzęduje rodzina-in-law, oraz naszym własnym.  Takie okazje jak święta wysysają ze mnie asertywność, którą normalnie posiadam dość rozwiniętą. Jestem też jednak jednostką empatyczną i baczę, by godziny spędzone na lepieniu uszek/mieleniu maku/wycinaniu pierniczków nie zostały niedocenione, więc jestem tu, tu i tam, a na koniec padam na ryj. Kto uważa, że w święta się odpoczywa, niech nie mówi tego przy mnie, bo prócz dwóch pozytywnych cech jakimi niewątpliwie są asertywność i zdolność współodczuwania, posiadam również szereg cech parszywych, między innymi jestem nadmiernie wkurwliwa. Oraz zazdroszczę.

Inna rzecz, że jestem przyzwyczajona do życia w galopie i nie wiem, czy inaczej potrafię, co jest na pewno źródłem moich cierpień, (jak zresztą cała kultura, podpowiada wuj Zygmunt).
Nie no, nie mówię, że nie bywa magicznie. (Szczególnie, gdy za sprawą intensywnej, nieprzerwanej konsumpcji pojawia się nowy element akompaniamentu dla wokalu Mazowsza – kompulsywnie spłukiwana w kiblu woda). Moja teściowa pięknie gotuje, moja matka rodzona także, i macocha, i dziadek, i ja też nie jestem w tej dziedzinie lewa, więc jest pysznie. Prezenty z reguły bywają udane i obfite, świerk pachnie, wino znika, świeczki migocą. Marcelon w koszuli w drobną krateczkę wygląda oszołamiająco, ja mam na powiece  nienaganną kreskę, małżonek – świetnie skrojoną marynarkę. Potem Irena przemawia ludzkim głosem, literki na ekranie tańczą, Tcherga działa i wspomaga metabolizm.

Mam jednak od lat postępujące wrażenie, że coraz mniej w tym wszystkim sedna. Mam w sobie morze irytacji i żali w stosunku do wielu z nich, niecierpię sztucznie rozbawionego tonu mojej matki i jej pouczeń, jak i co powinnam. Po drugiej stronie lustra jest rodzina-in-law i ich kawa na ławę, oraz awantura, jaka miała miejsce w sobotę przy zrazach teściowej, łącznie z inwektywami i opuszczaniem lokalu (na szczęście nie przez nas). Nie wiem co wolę – uszczypliwości cedzone półżartem, pomiędzy kęsem karpia, a łykiem wina, w połączeniu z późniejszym bezlitosnym obrobieniem dupy, czy szczerość totalną, której skutkiem często jest donośne trzaśnięcie drzwiami wyjściowymi.  

Coraz mniej w tym sedna, bo sedno zatraciło się już dawno wraz z postępującym zapatrzeniem w czubek własnego nosa. Wiem, co mówię, sama jestem egoistką i hedonistką, choć z racji bycia matką – ostatnio nie do końca spełnioną. Wyposażona w gazety lub czasopisma, czytam o Henryce Krzywonos, Annie Dymnej i innych takich freakach i zazdroszczę im wolności.  Oderwania się od tegoż czubka, własnych żenujących pragnień, sprowadzających się w jakże sporej większości do chuci materialnych, nażarcia się i wysrania, przyodziania w sukienkę power-shoulders  i zebrania należnych pochwał.

Chciałabym takiej wolności, stanu szczerej olewki nad wiecznym kminieniem, co zrobić, by mieć więcej, by mieszkać piękniej i lepiej się nosić, a na wakacje latać bez kredytów. Wolności polegającej na zrobieniu czegoś więcej niż zadbanie o korzyść własną. Nie dorosłam do tego, źle mi z tym, ale wolę siebie i swoje, niźli cudze. Co z tego, że raz po raz pchnę jakiś przelewik, dla zabicia koszmarnych wyrzutów, że mam tyle i na dodatek jeszcze ujadam, kiedy inni mają tak niewiele i ich bóg jest chujowszy niż mój?

No ale nic. Mamy w lodówce zapasy na cały kolejny tydzień i donośny kaszel za ścianą. Ktoś może wie w jaki sposób kaszel może być następstwem infekcji uszu? Chętnie się dowiem. Mam różne refleksje o życiu, ale medycznie jestem tępa, jak diabli.

Mikołaju, złamasie jeden, dałes dupy.
(Ropne zapalenie uszu dla odmiany, kolejny antybio, rozmyślam na którym nadodrzańskim dębie zawisnąć).

Mam.
Barszcz. Śledzie. Kapustę z grochem. Makiełki. Ciastka korzenne. Muffiny cynamonowe z suszoną śliwką. Taki był mój przydział.
Prezentów mam trzy wielkie torby podróżne. Trzeba znieść dziś do auta, żeby Marcelon nie zczaił. Bo może ma ropę w uszach, lecz na pewno nie wpływa to na jego bardzo zaawansowaną rozkminę. Dupy dałeś, skurczysynu, ale to nie powód, by dziecko dowiedziało się, że ciebie nie ma. No.

Czy czuję święta. No nawet paradoksalnie czuję. Przez tę ropę, nieprawdaż.
Boba Dylana słuchamy głównie, fajnie chrypi i nastrój robi.

Jutro maraton wigilijny. Przyzwyczaiłam się już.
Piję Tchergę i rozmyślam o życiu. Przemyślenia mam różne, może się podzielę jak wytrzeźwieję.
A może nie.
Marne to wszystko, ale dość przyjemne.

Dziecko w dom – wkurw w dom.  
Bóg też w dom, wiadomo.
Ale rozwijając pierwszą myśl.
Dziadkowie to taka specyficzna ekipa, co odgaduje małoletnie życzenia zanim małoletni móżdżek je wyprodukuje, a małoletni aparat mowy – wyartykułuje. A, że do dobrego przyzwyczajamy się bardzo szybko, toteż takie raz po raz nabywane przyzwyczajenie w zderzeniu z matką-suczą, rodzi dotkliwe rozczarowanie.  A rozczarowanie rozpuszczone, nawet terapią pięciodniową, bachory wyrażają dość nieciekawie. Biczyk matki-biczy się nieco zakurzył, lecz wciąż dobrze leży w dłoni.  
Co poza tym.
Prawda jest taka, że jestem przeszczęśliwa, że wrócił.
Tęskniłam każdym centymetrem duszy i pępowiny. Ze smutkiem konstatowałam, że atmosfery świątecznej nie czuję, nawet jak uzupełniam swój excelowski plik z listą gwiazdkowych giftów, a z głośnika Jurek zapewniał, że w tym roku odda serce komuś bardziej wartościowemu niż ta dziwka, co go zdeptała rok temu. Nawet wtedy. I pomimo wybitnie sprzyjającej aury pogodowej.

Dzieciak w chatę, nastrój od razu.
Oprawianie i ubieranie jodki, pieczenie ciasteczek, wieczorne sanki i takie tam. Nie wiem, czy zadawałabym sobie trud bez niego. Czy nie wystarczyłyby ciastka korzenne z Lidla. On się tak cieszy, że musiałabym nie mieć serca, by nie celebrować wszystkiego z takim namaszczeniem. Zajarany jak nastolatek w saunie koedukacyjnej Marcelon śpiewał przez cały dzień swoisty miks Cichej Nocy, Jingle Bells, We will rock you i Follow Crystal Figthers (w tekście, zamiast follow, follow, jest mamo, mamo, też ładnie). Kupiłam tonę pistacji, nerkowców, migdałów i marcepanu. Sadystycznie zaszeleściłam torebkami i schowałam wszystko do pudła. Zakazałam zaglądać. Po czym zajrzałam na stronę bankowości internetowej i zadrgała mi powieka. Ale oj tam. Mam fajne prezenty dla wszystkich. Wszystkich sie-dem-na-stu.

No więc poza tym, że biczyk był w ciągłym ruchu, ale to żadna tam wielka mecyja, było słitaśnie.
Przed nami pierwszy od dawna dzień w przedszkolu, i, jeśli mogę coś zaintonować, to chętnie polecę z All I want for Christmas is zdrowe dziecko. 
 

W poniedziałek Marceli z lekko ujarzmionym kaszlem stawił się placówce wczesnoedukacyjnej.

- Będę szczęśliwy jak pochodzi dwa tygodnie. Jeśli zdarzy się, że trzy – wyraził brawurowe nadzieje K. – chyba się osram.
Marceli w swym cudownym przedszkolu niebywałych możliwości zdążył zamknąć w słoiczku po oliwkach drewnianą choinkę, zalać wodą i wrzucić garść brokatu oraz gwiazdek, imitując ozdobę z gatunku śniegowej kuli, co się stawia zwyczajowo na gzymsie kominka.


W środę, sama na włościach, gdyż albowiem K. służbowo bawił w Karkonoszach, odnotowałam znaczny wzrost temperatury trzyletniego ciałka.
(Równolegle dziejąca się akcja, jakieś sto trzydzieści kilometrów od miejsca dramatu – K. raczy się winem z koleżankami z działu i opowiada, znam go nie od dziś, niewyszukane anegdotki, zwieńczone soczystą puentą, nierzadko obsceniczną, a damy rżą perliście. Jest beztrosko).

 

Już dawno nie czułam się tak makabrycznie sama.
Jak kutas ucięty w szale zazdrości.

Jak tańcząca nerwowo, odjęta od reszty nóżka kosarza.
Jak człowiek, który odkrył, że siły wyższe nie istnieją.

Tak się czułam.

Sama sama sama.
On tam, ja tu. Na dziecku można smażyć schabowe. Na służbowym biurku można położyć się i zapłakać, od nadmiaru.
Odkąd rozpoczęłam nową robotę trochę ponad miesiąc temu tkwimy po pachy w trzeciej infekcji. (Od początku września – piątej).

 

Dziś znów jestem sama, gdyż albowiem korporacja, w której K. sprzedaje swój intelekt ma buracki zwyczaj organizowania wigilii li jedynie dla swoich parobków. Bez osób towarzyszących. Zresztą – przecież i tak nie stawiłabym się mając na stanie Misia z rozkwitem zapalenia uszu.
Nie wiem, nie wiem.

Piję gin z pepsi, bo tonik się był skończył.

I ryczę, bo czuję się sama.

 

Jakiś czas temu wracałam na piechotę z pewnej popijawy naprana jak szmata, z drugą taką samą pijaczką u boku. Szłyśmy Mostem Warszawskim i ja do niej mówię, bełkotliwie, wskazując na okno z napierdalającymi nastrojowo lampeczkami:

- Patrz, to moje okno. Widać K. jeszcze nie śpi, czeka na mnie.

A ona, że też by chciała, żeby ktoś na nią czekał i że fajnie mam.

 

A ja tymczasem myślę sobie jakie one są wolne, te moje laski z pracy. I myślę jeszcze co lepsze – czy samotność wolna, czy zniewolona.

Ja dziś mam w gardle tę drugą i powiem Wam, że chujowo smakuje.

 

A najlepszy jest koncert życzeń. Co ciekawe, ci, którzy pomagają naprawdę, mają najmniej do powiedzenia. Najwięcej mają jak zwykle ci, co ni chuja, nie uczestniczą w niczym. Powinnam zrezygnować z przedszkola i wynająć opiekunkę, powinnam bardziej wsadzać koszulę w gacie, powinnam intensywniej pilnować, żeby miał kapcie, powinnam wyjechać z nim na trzy tygodnie nad morze, powinnam, kurwa, wszystko powinnam. I niedopuszczalne jest, że w kontekście jego choroby, myślę o swojej pracy. W dupie mając małoletnie cierpienia, zachłystuję się cierpieniem własnym.

 

Sama, sama, sama.

Znów Biskupin i znów wspomnieniowa jazda bez trzymanki.
Ciągle obiecuję sobie, że pojadę tam na cały dzień, wezmę dyktafon, albo lepiej – kamerę (has anybody one?) i udokumentuję to wszystko, co On mówi. Jego świadectwo 1939-45, wyjątkowe, bo pełnowartościowe pod względem wachlarza doświadczeń i jedyne w swoim rodzaju, bo to mówi On.

Ale nie mam czasu. Nie mam czasu, a On ma 85 lat. I pół. I nowotwór. Który totalnie nie postępuje i o którym nie wie. A my wiemy.


Ilekroć go słucham, a ostatnio coraz częściej mu schodzi na 39-45, może, bo coraz bliżej końca, babcia Władysława też wspominała Syberię jak katarynka na krótko przed końcem, choć w sumie On ma się nieźle, naprawdę nieźle jak na osiemdziesięcioprawiesześcioletniego człowieka z nowotworem i innymi takimi, no więc ilekroć go słucham, myślę sobie – jak to się udało, że tak poranieni ludzie, tak zjebani, zmieszani z błotem, ludzie, którzy za młodu widzieli oderwane głowy i stosy zwłok, których w środku nocy oddzielano od rodziców, wywlekano w bieliźnie i zabierano nie mówiąc gdzie, ludzie, którzy dotknęli najgorszego, co można sobie wyobrazić, że oni zbudowali całkiem normalne, zdrowe społeczeństwo.

Jak to się stało? Dlaczego zrozumiałe jest, że Mirosław Gie napierdala konkubinę i ich nieślubną trójkę, bo miał trudne dzieciństwo, gdy tymczasem Oni zbudowali NORMALNE społeczeństwo.
Spłodzili i wychowali pokolenie naszych matek i ojców, a oni nas. Czy istnieją jakiekolwiek ślady w nas i naszych rodzicach świadczące o NIEWYOBRAŻALNYM okrucieństwie jakie jeden człowiek wymyślił dla drugiego?
Kurwa, zawsze mnie to zastanawia.
Dziś wszystko się zwala, mocno po freudowsku, co poniekąd do mnie trafia, bo jestem freudystką, na zaszłości z młodzieńczych lat. Sama jestem żywym kompendium wiedzy na temat dzieciaków z kompleksem ojca, którego nie było, a potem był i stanowił bolesny wyrzut sumienia, że ze swym niedzielnym żarciem w pierwszym w Mieście MakDonaldzie stanowi konkurencję dla (…), a moje późniejsze wybory damsko-męskie są istną ilustracją tegoż, ale kurwa, nie popadajmy w paranoję.
ONI WIDZIELI SWOICH KOLEGÓW Z ROZPŁATANYMI ŁBAMI. Oni usłyszeli napierdalanie w drzwi w pewną, zdawałoby się, spokojną noc, a potem nie widzieli już mamy i taty, i w ogóle włączali umysł na tryb – nie myśleć, przetrwać – na dobre kilka lat. LAT !!!

 

Jego za jakiś czas nie będzie, a ja nie znajduję czasu na udokumentowanie świadectwa. Bo opony zimowe, bo oczyszczacz powietrza, bo prezenty gwiazdkowe, bo nowe buty, ciepła kurtka, bo alergolog, srolog, badanie takie, srakie, ale umówmy się – właśnie to jest teraz najważniejsze. Nie Jego wspomnienia.
Zresztą nie wiem, czy wysłuchanie Go od A do Zet, kiedykolwiek mnie ukoi.


  • RSS