Znów Biskupin i znów wspomnieniowa jazda bez trzymanki.
Ciągle obiecuję sobie, że pojadę tam na cały dzień, wezmę dyktafon, albo lepiej – kamerę (has anybody one?) i udokumentuję to wszystko, co On mówi. Jego świadectwo 1939-45, wyjątkowe, bo pełnowartościowe pod względem wachlarza doświadczeń i jedyne w swoim rodzaju, bo to mówi On.

Ale nie mam czasu. Nie mam czasu, a On ma 85 lat. I pół. I nowotwór. Który totalnie nie postępuje i o którym nie wie. A my wiemy.


Ilekroć go słucham, a ostatnio coraz częściej mu schodzi na 39-45, może, bo coraz bliżej końca, babcia Władysława też wspominała Syberię jak katarynka na krótko przed końcem, choć w sumie On ma się nieźle, naprawdę nieźle jak na osiemdziesięcioprawiesześcioletniego człowieka z nowotworem i innymi takimi, no więc ilekroć go słucham, myślę sobie – jak to się udało, że tak poranieni ludzie, tak zjebani, zmieszani z błotem, ludzie, którzy za młodu widzieli oderwane głowy i stosy zwłok, których w środku nocy oddzielano od rodziców, wywlekano w bieliźnie i zabierano nie mówiąc gdzie, ludzie, którzy dotknęli najgorszego, co można sobie wyobrazić, że oni zbudowali całkiem normalne, zdrowe społeczeństwo.

Jak to się stało? Dlaczego zrozumiałe jest, że Mirosław Gie napierdala konkubinę i ich nieślubną trójkę, bo miał trudne dzieciństwo, gdy tymczasem Oni zbudowali NORMALNE społeczeństwo.
Spłodzili i wychowali pokolenie naszych matek i ojców, a oni nas. Czy istnieją jakiekolwiek ślady w nas i naszych rodzicach świadczące o NIEWYOBRAŻALNYM okrucieństwie jakie jeden człowiek wymyślił dla drugiego?
Kurwa, zawsze mnie to zastanawia.
Dziś wszystko się zwala, mocno po freudowsku, co poniekąd do mnie trafia, bo jestem freudystką, na zaszłości z młodzieńczych lat. Sama jestem żywym kompendium wiedzy na temat dzieciaków z kompleksem ojca, którego nie było, a potem był i stanowił bolesny wyrzut sumienia, że ze swym niedzielnym żarciem w pierwszym w Mieście MakDonaldzie stanowi konkurencję dla (…), a moje późniejsze wybory damsko-męskie są istną ilustracją tegoż, ale kurwa, nie popadajmy w paranoję.
ONI WIDZIELI SWOICH KOLEGÓW Z ROZPŁATANYMI ŁBAMI. Oni usłyszeli napierdalanie w drzwi w pewną, zdawałoby się, spokojną noc, a potem nie widzieli już mamy i taty, i w ogóle włączali umysł na tryb – nie myśleć, przetrwać – na dobre kilka lat. LAT !!!

 

Jego za jakiś czas nie będzie, a ja nie znajduję czasu na udokumentowanie świadectwa. Bo opony zimowe, bo oczyszczacz powietrza, bo prezenty gwiazdkowe, bo nowe buty, ciepła kurtka, bo alergolog, srolog, badanie takie, srakie, ale umówmy się – właśnie to jest teraz najważniejsze. Nie Jego wspomnienia.
Zresztą nie wiem, czy wysłuchanie Go od A do Zet, kiedykolwiek mnie ukoi.