W poniedziałek Marceli z lekko ujarzmionym kaszlem stawił się placówce wczesnoedukacyjnej.

- Będę szczęśliwy jak pochodzi dwa tygodnie. Jeśli zdarzy się, że trzy – wyraził brawurowe nadzieje K. – chyba się osram.
Marceli w swym cudownym przedszkolu niebywałych możliwości zdążył zamknąć w słoiczku po oliwkach drewnianą choinkę, zalać wodą i wrzucić garść brokatu oraz gwiazdek, imitując ozdobę z gatunku śniegowej kuli, co się stawia zwyczajowo na gzymsie kominka.


W środę, sama na włościach, gdyż albowiem K. służbowo bawił w Karkonoszach, odnotowałam znaczny wzrost temperatury trzyletniego ciałka.
(Równolegle dziejąca się akcja, jakieś sto trzydzieści kilometrów od miejsca dramatu – K. raczy się winem z koleżankami z działu i opowiada, znam go nie od dziś, niewyszukane anegdotki, zwieńczone soczystą puentą, nierzadko obsceniczną, a damy rżą perliście. Jest beztrosko).

 

Już dawno nie czułam się tak makabrycznie sama.
Jak kutas ucięty w szale zazdrości.

Jak tańcząca nerwowo, odjęta od reszty nóżka kosarza.
Jak człowiek, który odkrył, że siły wyższe nie istnieją.

Tak się czułam.

Sama sama sama.
On tam, ja tu. Na dziecku można smażyć schabowe. Na służbowym biurku można położyć się i zapłakać, od nadmiaru.
Odkąd rozpoczęłam nową robotę trochę ponad miesiąc temu tkwimy po pachy w trzeciej infekcji. (Od początku września – piątej).

 

Dziś znów jestem sama, gdyż albowiem korporacja, w której K. sprzedaje swój intelekt ma buracki zwyczaj organizowania wigilii li jedynie dla swoich parobków. Bez osób towarzyszących. Zresztą – przecież i tak nie stawiłabym się mając na stanie Misia z rozkwitem zapalenia uszu.
Nie wiem, nie wiem.

Piję gin z pepsi, bo tonik się był skończył.

I ryczę, bo czuję się sama.

 

Jakiś czas temu wracałam na piechotę z pewnej popijawy naprana jak szmata, z drugą taką samą pijaczką u boku. Szłyśmy Mostem Warszawskim i ja do niej mówię, bełkotliwie, wskazując na okno z napierdalającymi nastrojowo lampeczkami:

- Patrz, to moje okno. Widać K. jeszcze nie śpi, czeka na mnie.

A ona, że też by chciała, żeby ktoś na nią czekał i że fajnie mam.

 

A ja tymczasem myślę sobie jakie one są wolne, te moje laski z pracy. I myślę jeszcze co lepsze – czy samotność wolna, czy zniewolona.

Ja dziś mam w gardle tę drugą i powiem Wam, że chujowo smakuje.

 

A najlepszy jest koncert życzeń. Co ciekawe, ci, którzy pomagają naprawdę, mają najmniej do powiedzenia. Najwięcej mają jak zwykle ci, co ni chuja, nie uczestniczą w niczym. Powinnam zrezygnować z przedszkola i wynająć opiekunkę, powinnam bardziej wsadzać koszulę w gacie, powinnam intensywniej pilnować, żeby miał kapcie, powinnam wyjechać z nim na trzy tygodnie nad morze, powinnam, kurwa, wszystko powinnam. I niedopuszczalne jest, że w kontekście jego choroby, myślę o swojej pracy. W dupie mając małoletnie cierpienia, zachłystuję się cierpieniem własnym.

 

Sama, sama, sama.