Moje święta to galop między czterema domami, dwoma moich rozeszłych się dwadzieścia osiem lat temu rodzicieli, jednym, w którym urzęduje rodzina-in-law, oraz naszym własnym.  Takie okazje jak święta wysysają ze mnie asertywność, którą normalnie posiadam dość rozwiniętą. Jestem też jednak jednostką empatyczną i baczę, by godziny spędzone na lepieniu uszek/mieleniu maku/wycinaniu pierniczków nie zostały niedocenione, więc jestem tu, tu i tam, a na koniec padam na ryj. Kto uważa, że w święta się odpoczywa, niech nie mówi tego przy mnie, bo prócz dwóch pozytywnych cech jakimi niewątpliwie są asertywność i zdolność współodczuwania, posiadam również szereg cech parszywych, między innymi jestem nadmiernie wkurwliwa. Oraz zazdroszczę.

Inna rzecz, że jestem przyzwyczajona do życia w galopie i nie wiem, czy inaczej potrafię, co jest na pewno źródłem moich cierpień, (jak zresztą cała kultura, podpowiada wuj Zygmunt).
Nie no, nie mówię, że nie bywa magicznie. (Szczególnie, gdy za sprawą intensywnej, nieprzerwanej konsumpcji pojawia się nowy element akompaniamentu dla wokalu Mazowsza – kompulsywnie spłukiwana w kiblu woda). Moja teściowa pięknie gotuje, moja matka rodzona także, i macocha, i dziadek, i ja też nie jestem w tej dziedzinie lewa, więc jest pysznie. Prezenty z reguły bywają udane i obfite, świerk pachnie, wino znika, świeczki migocą. Marcelon w koszuli w drobną krateczkę wygląda oszołamiająco, ja mam na powiece  nienaganną kreskę, małżonek – świetnie skrojoną marynarkę. Potem Irena przemawia ludzkim głosem, literki na ekranie tańczą, Tcherga działa i wspomaga metabolizm.

Mam jednak od lat postępujące wrażenie, że coraz mniej w tym wszystkim sedna. Mam w sobie morze irytacji i żali w stosunku do wielu z nich, niecierpię sztucznie rozbawionego tonu mojej matki i jej pouczeń, jak i co powinnam. Po drugiej stronie lustra jest rodzina-in-law i ich kawa na ławę, oraz awantura, jaka miała miejsce w sobotę przy zrazach teściowej, łącznie z inwektywami i opuszczaniem lokalu (na szczęście nie przez nas). Nie wiem co wolę – uszczypliwości cedzone półżartem, pomiędzy kęsem karpia, a łykiem wina, w połączeniu z późniejszym bezlitosnym obrobieniem dupy, czy szczerość totalną, której skutkiem często jest donośne trzaśnięcie drzwiami wyjściowymi.  

Coraz mniej w tym sedna, bo sedno zatraciło się już dawno wraz z postępującym zapatrzeniem w czubek własnego nosa. Wiem, co mówię, sama jestem egoistką i hedonistką, choć z racji bycia matką – ostatnio nie do końca spełnioną. Wyposażona w gazety lub czasopisma, czytam o Henryce Krzywonos, Annie Dymnej i innych takich freakach i zazdroszczę im wolności.  Oderwania się od tegoż czubka, własnych żenujących pragnień, sprowadzających się w jakże sporej większości do chuci materialnych, nażarcia się i wysrania, przyodziania w sukienkę power-shoulders  i zebrania należnych pochwał.

Chciałabym takiej wolności, stanu szczerej olewki nad wiecznym kminieniem, co zrobić, by mieć więcej, by mieszkać piękniej i lepiej się nosić, a na wakacje latać bez kredytów. Wolności polegającej na zrobieniu czegoś więcej niż zadbanie o korzyść własną. Nie dorosłam do tego, źle mi z tym, ale wolę siebie i swoje, niźli cudze. Co z tego, że raz po raz pchnę jakiś przelewik, dla zabicia koszmarnych wyrzutów, że mam tyle i na dodatek jeszcze ujadam, kiedy inni mają tak niewiele i ich bóg jest chujowszy niż mój?

No ale nic. Mamy w lodówce zapasy na cały kolejny tydzień i donośny kaszel za ścianą. Ktoś może wie w jaki sposób kaszel może być następstwem infekcji uszu? Chętnie się dowiem. Mam różne refleksje o życiu, ale medycznie jestem tępa, jak diabli.