Mój małżonek kocha podsumowania, ja niekoniecznie. Może dlatego, że jako urodzona katastrofistka czuję zawsze na karku oddech perfidii losu, a ta dziwka tylko czeka, by usłyszeć – jest naprawdę dobrze.

Dumam nad zagadnieniem pod tytułem – jaki był ten rok.
Chyba nie jakiś szczególny, ale ogólnie dobry.
Był na pewno czasem widocznego przepoczwarzenia Marcelego Fr. z rzucającego się po chodniku bachora w bardzo fajnego chłopaka, któremu mam ochotę skręcić karczek tylko czasem, a nie kilka razy na dobę. To duży sukces. Załamywało mnie niegdyś, że nie widzę efektów ciężkiej pracy, jaką była ( i jest) moja żelazna konsekwencja, rezygnowanie często z rzeczy, na które sama czekałam jak dziecko, tylko dlatego, że w moim mniemaniu musiała nastąpić jakaś konsekwencja parszywego zachowania, co w efekcie nierzadko dawało mi poczucie ukarania samej siebie. Jednocześnie zawsze starałam się tłumaczyć i uzasadniać swoje zakazy, nakazy i generalnie matczyne widzimisię, a na pewnym etapie, wyglądało to na przykrą nerwicę natręctw, bo jak inaczej nazwać bezustanne napierdalanie do słupa. Wraz ze zbliżeniem się, a potem przekroczeniem magicznej trójki jakiś trybik przeskoczył, czyjaś niewidzialna dłoń nalała oliwy pod kopułkę i oto jest. Całkiem rozumny maleńki człowiek, z którym możliwe są negocjacje, a nawet wygranie ich. I to nawet bez dąsów. Warto było na to czekać.
(Pamiętam jak kiedyś jak-ciotka pisała, że uwielbia wychowywać swojego syna. Czytałam to i miałam oczy jak kot Garfield. Ja szczerze nie znosiłam codziennych bezowocnych zmagań z trudną materią, czułam się jak żeńskie wydanie Syzyfa, zero, zero efektu, tylko pot, krew i łzy i nic, kurwa, w zamian. Tyle, że potomek rzeczonej jest sporo starszy od mojego Pysia Srysia i kiedy pisała te słowa, jak ciotka, w sensie, była na zgoła innym etapie wychowu niż ja. Wtedy.)

Co tam jeszcze.
Decyzje dotyczące życia zawodowego mają swoje plusy dodatnie i ujemne, nieprawdaż, jednak na pewno nie mogę mieć poczucia, że się cofam lub stoję w miejscu (czyli cofam). Cóż, komfortowo było dłubać  swoje w domu, szczególnie w momencie niedyspozycji Marcelona. Przed nikim nie musiałam się tłumaczyć, świecić oczami i trząść jak osika, ile szefostwo jeszcze tego zniesie. Aktualnie jest pod tym względem tak sobie, ale muszę to przespać, przeczekać. Chyba KIEDYŚ minie, co? Tylko kiedy.

Boli mnie jeszcze, że w kwestii kultury jestem w tym roku sto lat za Murzynami. Nie miałam i nie mam czasu. Kiedyś, widząc zestawienie dziecięciu tytułów powiedzmy jakiegoś tam roku, wg prasy tak zwanej opiniotwórczej, kiwałam głową, lub cedziłam serio? ten szit?!, teraz nie wiem nic, tytuły znam tylko z recenzji, bo wciąż czytam gazety i nic poza tym. Trudno. Są chyba fatalniejsze braki w życiu.

Ten rok przyniósł też nową mnie w sferze polityki. Nie wiem, nigdy nie sądziłam, że to powiem, ale jestem oto TOTALNIE apolityczna, więcej – nie uczestniczyłam w ostatnich wyborach stuprocentowo świadomie, nie bez obrzydzenia, że tak musiało być, lecz z przekonaniem. Nie dlatego, że mam tłusty, nieruchawy tyłek i nie chciało mi się go zwlec z tapczanu i też nie dlatego, że jestem kretynką, powtarzającą bezmyślne frazesy, o tym, że co tam zmieni mój głos i w ogóle jestem piasku ziarenkiem w klepsydrze. Dlatego, że boleśnie wyruchano mnie w tyłek, ale tak wiecie, bez orientu, bez nawilżenia, żadnej gry wstępnej. Więcej – wzięto mnie na kilka batów. Nie żebym była jakaś bez wyobraźni w kwestii eksperymentów erotycznych, ale na Boga. Nic na chama, tak? A tu nie dość, że bez mojej zgody, to jeszcze rechot w żywe oczy. No nie, moi mili, tak się nie bawimy.

Poza tym co.
W wigilię przy opłatku mąż powiedział mi tylko – życzę nam zdrowia, bo reszta zależy od nas. To były głęboko mądre słowa. I takież życzenia składam Wam, drodzy.