eee-co-to-ja-chcialam blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2011

Będąc młodą jałówką z podłączonym do wymion (na stałe, z przerwami na sikanie) małym bydlątkiem zatraciłam się w telewizji śniadaniowej oraz kanale kobiecym tefauenstyle. Sesje mleczne bowiem trwają i trwają, a tak: na drutach nie umiem, poza tym chyba jednak bałabym się, na czytanie byłam wtedy nazbyt roztrzęsiona, na laptopa na kolanach nie ma miejsca, bo wiadomo. Cielaczek ma jednak pierwszeństwo. Nie pytajcie mnie dlaczego akurat tefaunenstyle, skoro mamy też wykupione pakiety: wiedza i film wcale nie obrażające intelektu, w przeciwieństwie. Najwyraźniej pragnęłam być obrażana, ot taki okres w życiu, praktykowałam chłostę wszelką, w tym macierzyńską i telewizyjną najintensywniej.  Słuchałam uważnie arcyciekawych wynurzeń rodzimych celebrytów i upuszczałam potoki ludzkiego mleka. Możliwe, że był to swoisty stan depresyjny, nie mówię, że nie.

Ale jednak umówmy się – ani przerażająca królowa domowej dezynfekcji Anthea Turner, ani wywody Jolki, pierwszej damy sawuarwiwru i słodkiego popierdywania, ani nawet nianie w ubrankach rodem ze snu fetyszysty nie stanowiły jakiegoś znowu odlotu. Każdy ma swoje hobby i dopóki nie odnotowuje się ofiar tegoż wszystko jest chyba okej. Z życzliwym zdziwieniem oglądałam propozycje stacji adresującej się jako kobieca i, bądź co bądź kobietą będąc, nie miewałam z jej powodu większych rozczarowań.

Czas jednak mknie w pojebanym tempie, skończyła się era jałówki i wiszenia na tefau. Jakieś niecałe trzy lata później się mi znów włączyło. Tym razem jednak odlot, czysty, pełnowartościowy, jak po jakimś tusipekcie. Pan o ogólnym looku psychopaty-pedofila, z fryzurą pizdusia niewyzwolonego z maminych wpływów, przedstawia się jako, uwaga, ZAKLINACZ DZIECI. Mówi, że czyta w ich myślach (czym?), a one z kolei czytają z rodziców swych, jak to się popularnie mówi, niczym z otwartej księgi. W dowód, że tak jest tłumaczy młodej brytyjskiej siksie, że problemy z jej córką (rok? półtora?) wzięły się z nieszczerości, jaka zalęgła się między nimi. Córka (rok? półtora?) zna jej (matki) najskrytsze sekrety, szczególnie te dotyczące jej przeszłości seksualnej i ma z tym problem. Dlatego nieustannie drze pysk. Dziewczyna słysząc to, wywala gały, a następnie łka dramatycznie, bo widzi wyraźnie, że czytający w jej myślach zaklinacz, faktycznie wyczytał prawdę, ma ona albowiem różne sekrety o których nie wie nikt, a na pewno nie wie jej córka (rok? półtora? – powtarzam bo to nie może umknąć w próbach zrozumienia problemu). Nie wiem, co było dalej, bo zabrakło mi tchu i musiałam wcisnąć na pilocie OFF. Szefie ramówki tefauenstyle, ty nędzny frajerze, ty niemoralna mendo, jak możesz tym biednym niewyspanym kobitom, z ciężkim, gorącym biustem, w skarpetach nie do pary i puklami włosów walającymi się po panelach, jak, kutasie niemyty, możesz im serwować, taką oblechę? Nie ogarniam, przysięgam, przerasta mnie to.

Z pozytywnych rzeczy tośmy se dziś zafundowali spacerek Ostrowem i do Ryneczku i do Italiano Ristorante i było bardzo bardzo, choć doskonałe ciasto włoskiej pizzy podrapało mi podniebienie. Odwiedziliśmy także nieśmiertelną szopkę (trochę rychło w czas, ale jakoś nie było sposobności), do której obydwoje – K. i ja, chadzaliśmy jako szczeniactwo i kochaliśmy pasjami, szczególnie, gdy dało się za sprawą uzyskanych z babcinych portmonetek monet skłonić bohomaźne anioły do debilnego kiwania gipsowymi łbami. I dziś wstąpiliśmy tam znów, niemal ćwierć wieku później, a wszystko było dokładnie tak jak wtedy. Panował duch postmodernizmu (górale i smerfy, mikołaje i Murzyni, Japoneczki i święta rodzina, no limits)  i dusił niemożliwy swąd zleżałego kurzu. Zapytałam Marcela czy chce aniołkowi wprowadzić pieniążek w bebechy, ale o dziwo nie wyraził zainteresowania. A potem powiedział – wychodźmy już. Skonsternowani spytaliśmy, skąd ta obojętność. I czy to możliwe, że naćpanie wszystkiego w jednej komnacie przy akompaniamencie orgazmicznie wyjękiwanych kolęd mogło mu się nie spodobać.
-Podobało się mi – rzekł Marceli poważnie – ale chciałem już wychodzić.
A-ha.
 

Taka jest chyba różnica między dziećmi komuny i dziećmi kapitalizmu. Byle gówno już nie porusza.
Natomiast w kwestii zaklinacza chyba pierdolnę jakieś pisemko.

W środę, piątego, jużeśmy myśleli, że się sprawa jebła.
Dziecko albowiem chlusnęło jednym i drugim końcem, przy czym tym na górze bardzo porządnie, położyło się na pufie i powiedziało, że bardzo mu źle. Mi też zrobiło się źle, ale potem rozbłysło światełko w tunelu, gdyż noc przebiegła spokojnie, czoło wciąż pozostawało chłodne, a pewne dolegliwości dosięgły również nas, przy czym nie nosiły dobrze nam znanych symptomów połamania i pragnienia jak najszybszej śmierci, jak to bywa w przypadku załapania rota. Czyli, że struliśmy się. Mam nawet pewną podejrzaną. Tak, ćwikła, o tobie mówię, zdziro.

I tak jakimś niebywałym fuksem dotrwaliśmy do dziś. Aptece Kleopatrze mocno spadły obroty, a panie z rejestracji pediatrycznej mają dwa razy więcej czasu na siorbanie neskafe i nieodbieranie telefonów. Szczypię się regularnie, ale sen trzyma. I zniewala.

W sobotę, ósmego, spotkałam się gronie mateczek z roku. Tych samych, z którymi wygniatałam fotele w Altanie, haftowałam do jednej muszli i przeżywałam inne drobne studenckie uniesienia.  Jest nas fifty-fifty dzieciatych i o nieruszonej macicy, i jedna taka na wpół, czyli raczej dzieciata, tylko korpusa delikti brak, bo brzuch był, ale się zmył. Koszmarna historia, a ona dzielna i dziarska jak zawsze. Nie znam jej innej.  Ogromnie podziwiam i broda mi drży.

A dziś postanowiłam zaprosić Marcelonowi narzeczoną. Zaliczyłam jakieś trzy zawały, gdy zaintrygowana rytmicznie wydawanym okrzykiem weszłam do misiowej bawialni. Narzeczeni skakali sobie i popychali się nawzajem na Marcela łóżku. Nie byłoby w tym nic zdrożnego, mnie również zabawy łóżkowe bawiły od wczesnych lat dziecięcych,  gdyby nie fakt, że łóżko stanowi antresolę. No ale co, zaliczyłam zgon, wstałam, otrzepałam się i nasmażyłam jabłek w cieście.

Potem wydałam obiad, ogarnęłam chawirę i zaktualizowałam klucz prasowy. A także przyjrzałam się z bliska dziełu Chudej – pierwszej społecznicy blogosfery.
I tylko chłop od rana nieruchany.
(Znacie ten kawał?)

Poniedziałek zaliczony.
Wtorek też.
Co będzie w środę?
Sprawdzam ciepłotę czoła jak pojebana. Ciągle macam dziecko po głowie. Wariacko, obsesyjnie, raz za razem. Gdyby przyuważyłby to ktoś kompetentny zabraliby mi prawa rodzicielskie. Od zaraz. Za nękanie dziecka. Odbieranie wolności.  Gwałt na beztroskim dzieciństwie.

Na razie cisza.

Opada mi jodła za sto pięćdziesiąt.
Zmywarka zostawia smugi na szklanusiach.
Pralka postanawia nie wirować, trzeba hrabinie ustawiać wirowanie ekstra. Sucz.
Irena manifestuje różne żale i sra gdzie bądź.
Dom zarasta, pańci nie ma dniami całemi.
Ziemniaki pożyczam od Czujnej Ani, może jutro znajdę czas na warzywniak.  A może nie.

Ale za to czoło wciąż chłodne.
Kyrie elejson.

Nadrabiamy trochę filmowo.
Incepcja – fajne i  smutne.
Autor widmo – naiwne na każdym kroku i kompletnie wtórne.
Co wiesz o Elly? – dobre, mocne, egzotyczne, choć w sumie uniwersalne.
Wszystko będzie dobrze – gdyby okroić z mocno zbędnych scen i dialogów – fajne.
Poza tym wciąż mamy masę zaległości.

Jestem tłusta, ale za ślisko na bieganie. Więc staram się chociaż jakoś strasznie nie wpierdalać. Ale nie żebym jakoś tam wariowała. Męża mam, tak? Mówi, że mam dobrą dupę. Oczywiście nie ufam bezgranicznie, znam mężczyzn. Sprawdzam co okazja. Ale rzeczywiście, zła nie jest. Trochę tłusta, ale dość sympatyczna.
Zresztą. W dupie mam zmywarkę, wirowanie i grudki tłuszczu na moim tyle.

Jak Marcel jest zdrowy to wszystko jest zajebiście.


  • RSS